13 – Władcy serc
Następny dzień wstał leniwie i niepewnie. Pyłowe chmury wciąż spowijały niebo, dzięki czemu słońce nie parzyło rannych, uwięzionych na szczycie Złotej Skały. Ale pogoda wyraźnie świadczyła o ciągłym niebezpieczeństwie – wiatr wciąż wiał, a kolejna burza wisiała w powietrzu. Ani Kota, ani Raia nie miały odwagi patrzeć na horyzont, bo mogłyby tam ujrzeć rychły wyrok na swoje lwy.
- Panie, posłuchaj mnie... – szeptała piaskowofutra, niczym matka do małego kociaka. Jednocześnie podawała królowi wody z tykwowego naczynia. – Musisz leżeć spokojnie i spać jak najwięcej. Im szybciej zejdziesz ze skały, tym lepiej. – Ledwo powstrzymała się przez spojrzeniem na wschodni horyzont. – Burza może wrócić.
- Najpierw załatwię Takę. – odparł władca. – Przecież powiedziałaś, że żyje.
- Tak, żyje. – potwierdziła lwica. – Jest ciężko ranny. Panie, nie przejmuj się nim. To ty jesteś w niebezpieczeństwie! – Nagle, tknięta oczywistą myślą, nachyliła się nad uchem brązowogrzywego. – Jeśli tylko mi rozkażesz, dobiję go...
- Nie! – ryknął Dhalimu. – To wbrew Prawu Wyzwań... Poza tym... – podniósł się nieco na lewej łapie, tak że Raia aż pisnęła ze strachu i podparła władcę. - ...jeśli Taka żyje, to Kota pewnie pilnuje go dzień i noc. Tak jak ty mnie...
Dopiero teraz do piaskowofutrej dotarł cały hazard jej planu. Mogłaby zabić arbitra bez trudu – widziała, że ślepy lew był absolutnie bezbronny. Ale zanim dotarłaby do wędrowca, musiałaby pokonać Kotę. „Dla ciebie, panie, zabiłabym moją ukochaną przyjaciółkę.” Myślała. „Ale nie mogę ryzykować. Nie jestem jeszcze w pełni sprawna i gdyby to Kocie przodkowie pobłogosławili w walce, ty byłbyś bezbronny.” Spojrzała ku zachodniemu krańcowi skały, gdzie leżał pielęgnowany przez złotofutrą Taka.
Fakt, że oba lwy przeżyły napór sztormu zakrawał na cud. W chwili gdy burza uderzała o skałę, Dhalimu skakał ku arbitrowi, a powiew wichru cisnął go na ziemie i przeciągnął dobre kilka metrów do wystającego ponad platformę głazu. Tak więc król spoczywał kilkanaście metrów od południowej, i niemal sto od zachodniej krawędzi. Twarde lądowanie kosztowało go paskudne złamanie prawej, przedniej łapy, ale niewiele poza tym. Taka miał mniej szczęścia.
Lżejszy z lwów został poderwany przez powiew wiatru i przeciągnięty po skale niemal na krawędź masywu. Zatrzymał się tuż przy wylocie ścieżki zachodniej, pięć metrów od urwiska. Ponieważ upadł od razu na skałę, jego obrażenia nie były liczne – ot, powierzchowne otarcia brzucha i łap, którymi szorował po twardej nawierzchni. Jednak największą krzywdą której doznał, były straszne urazy twarzy – pędzący piasek, nawet przez zaciśnięte powieki, pokaleczył oczy czarnogrzywego i poszarpał futro na jego pysku. Kota mogła jedynie wylizać skaleczenia, aby nie dopuścić do infekcji. Wzroku lew odzyskać nie miał szans. A na ślepo nie mógł zejść po wąskiej ścieżce w dół masywu. Ilekroć złotofutra o tym myślała, nieposłuszna szyja kierowała jej wzrok ku wschodniemu niebu. Ale lwica zaciskała oczy, nie chcąc widzieć, ile czasu jej jeszcze zostało.
- Przepraszam, Koto... – szepnął Taka. – Jestem spragniony...
- Tak, kochanie. – odpowiedziała natychmiast lwica. – Zaraz umówię się z Raią i zejdziemy po wodę.
- Dlaczego zawsze schodzicie razem? – zapytał czarnogrzywy, ale niemal od razu domyślił się odpowiedzi. – Ojej... A Raia wydawała się taka miła.
- Ona jest wspaniała lwicą. – stwierdziła bez wahania Kota. – I kocham ją. Ale właśnie dlatego, że ją tak dobrze znam, wiem, że tylko czeka, aby cię zabić. Całkiem rozsądnie, bo przecież ja też... – Taka przerwał jej bolesnym syknięciem.
- Wszystko poszło źle! – jęknął. – Tak być nie powinno! Już lepiej by nam było zginąć w tej burzy, zamiast być przyczyną tego... – machnął łapą w nieokreślonym kierunku. - ...wszystkiego. Zostaw mnie i przekonaj Raię, aby zostawiła Dhalimu. Zawiedliśmy obaj...
- Ja cię nie mogę zostawić. – szepnęła Kota, przytulając się do boku lwa. – I wiem, że Raia nie opuści swojego króla.
- A wiesz co jest najśmieszniejsze? – zapytał po chwili tej pieszczoty Taka. – Nawet nie wiemy kto wygrał. Przyznaję, burza dotarła akurat na czas, aby mnie uratować, ale technicznie rzecz biorąc, obaj się poraniliśmy i unieruchomiliśmy, więc pojedynek jest nierozstrzygnięty... W takiej sytuacji, zwycięzcą i królem zostaje ten, kto pierwszy o własnych siłach opuści pole bitwy... – Spojrzał martwymi oczyma w kierunku, w którym spodziewał się ścieżki w dół. Pomylił się o dobre trzydzieści stopni, ale Kota nie miała serca mu o tym powiedzieć. – Choć to idiotyczny problem. Ja już nie zejdę z tej skały.
- Zejdziesz! – zaprzeczyła złotofutra. – Daj mi trochę czasu, na pewno coś wymyślę...
A potem przyszła do nich Raia, proponując zejście po wodę. Kota aż syknęła, widząc, jak jej przyjaciółka łamie niepisany rozejm, zbliżając się bliżej niż na trzydzieści metrów do Taki i obrażonym głosem kazała jej zejść wschodnią ścieżką. Szarofutra jednak doskonale zrozumiała niepokój lwicy i pokornie spełniła żądanie. Spotkały się na dole, a tam wszelka wrogość między nimi zgasła natychmiast. Zgodnie weszły z tykwami do jaskini, witane przez zdziwione i pełne trwożnego podziwu spojrzenia stada.
- Musicie iść na polowanie. – powiedziała Raia. – Król musi jeść, my musimy jeść... – A widząc skrzywioną minę Koty, zaraz dodała. – I dopóki pojedynek się nie rozstrzygnie, musimy także żywić Takę.
- Wy zostajecie? – zapytała Simmi.
- Albo idziemy razem z wami. Ale ja wolałabym zostać...
- Poradzimy sobie. – zapewniła Akra. – Przynajmniej na razie. – A do Simmi szepnęła cicho. – Sprowadź Kauliego. Może on będzie wiedział, co robić.
A sto metrów wyżej rozgrywał się w tym czasie dziwaczny dialog. Taka, pomimo całkowitej ślepoty, dzięki delikatnemu wiatrowi zdołał już rozpoznać strony świata, a nawet dopełzł do jednego z głazów płaskowyżu. Kiedy się na niego wdrapał, zrównał się wysokością, z leżącym na wyższym tarasie Dhalimu. Król, widząc starania przeciwnika, sam postanowił mu je ułatwić. Doczołgał się kilka metrów, wychodząc zza swojego głazu i zatrzymał się przed głęboką szczeliną skalną, której o zgruchotanej łapie przebyć nie mógł. Podszedł jednak na tyle blisko do wroga, że obaj doskonale się słyszeli, choć ich rozmowa musiała odbywać się za pomocą krzyku.
- Widzę, że żyjesz, przybłędo! – Dhalimu radośnie powitał arbitra.
- Słyszę, że jeszcze mielisz ozorem, świrze! – odparł czarnogrzywy. – To dobrze, nie będzie mi się nudziło, dzięki twoim tyradom.
- Słyszałem, że jesteś kompletnie ślepy i bezbronny. Mógłbym cię zabić jednym ciosem... – zagadnął uprzejmie władca.
- No to chodź tutaj i wykończ mnie.
- Ech, chwilowo nie jestem w stanie chodzić. – z rozbrajającą szczerością oznajmił Dhalimu. – Ale pracuję nad tym.
Na chwilę ponad płaskowyżem zapadła głucha cisza, jednak zaraz potem oba lwy wybuchły serdecznym śmiechem. Dla walczących nagle stał się jasny cały absurd ich sytuacji. Zimna wrogość roztopiła się w ciągu sekund w niemal przyjazną solidarność rannych wojowników. Oczywiście, powód walki nie znikł. Gdyby Dhalimu jakimś cudem odzyskał władze w łapie, pomknąłby zabić ślepego przeciwnika. Gdyby magiczna moc zwróciłaby wzrok Tace, ten pognałby, aby uśmiercić kalekiego wroga. Jednak chyba już bez tej ślepej nienawiści, jaką pałali do siebie dobę wcześniej. A potem przyszły z wodą Raia i Kota, aby udzielić surowych bur swoim lwom, zwlec ich z powrotem na przygotowane łoża akacjowego chrustu. Po czym napoić, wylizać rany i pocieszyć, wedle swoich skromnych możliwości.
Powoli zapadał zmierzch. Drużyna łowcza wciąż była na pustyni, ale burza wciąż nie nadchodziła, więc czwórka pozostałych rezydentów Złotej Skały mogła ze spokojem myśleć o stadzie. Oprócz rzadkich zejść po wodę, które odrywały Kote i Raię od lwów, trwali w spokojnym oczekiwaniu na nieznane. Choć Taka leżał niecałe pięćdziesiąt metrów od Dhalimu, nieznaczna różnica poziomów i osłona dwóch głazów praktycznie zapewniała przeciwnikom prywatność i osłonę od swojej obecności. Król wraz Raią zajął centrum i wschodnią cześć płaskowyżu, arbiter bez wątpienia rządził na zachodzie. Granice królestw były pilnie respektowane przez poddane obydwu władców (dwie poddane – jedna w państwie Dhalimu, jedna w państwie Taki), a wszelkie międzynarodowe odwiedziny były regulowane przez szczegółowy protokół dyplomatyczny. Największym problemem był jednak nadchodzący sen.
- Jak to rozegramy, Koto? – zapytała piaskowofutra. – Może zaśniemy na środku płaskowyżu, bok w bok? Żadna z nas nie wstanie niezauważona.
- A może po prostu obiecamy sobie, że tę noc spędzimy spokojnie? – zaproponowała złotofutra.
- A jesteś pewna, że wypełnisz tę obietnicę?
- E... nie. – przyznała Kota. – Ale już chyba lepiej śpijmy przy swoich... – Nie powiedziała „lwach”, ani „partnerach”, choć to właśnie miała na myśli. Nie chciała jednak obrazić przyjaciółki. „Dhalimu wolał mnie od Rai. Nie mam serca przypominać jej, że nie jest partnerką króla.” – Mam czujny sen, a ty?
- Dobrze, warty. Każda przy swoim... – Rozeszły się ku rannym.
Piaskowofutra wracała do Dhalimu niepewnie i ze strachem w sercu. Świadomość, że spędzi noc obok ukochanego, zamiast radością, napełniała ją przerażeniem. „Nie powinnam.” Myślała. „Jestem tylko jego poddaną. Poddaną, którą odrzucił, jako partnerkę.” Ale obowiązek był silniejszy niż skrupuły. „Moja kochana Kota zabiłaby go natychmiast, gdybym zeszła na dół. Musze go strzec.”
- Panie... – zapytała nieśmiało. – Czy mogę przy tobie czuwać? – A Dhalimu podniósł głowę i spojrzał na lwice, rozciągając usta w rozbawieniu.
- Możesz. Możesz również mnie dobić, zostawić na śmierć z pragnienia, albo wymalować moje futro sokiem z kaktusa. Możesz wszystko, gdyż ja jestem nieco... niedysponowany.
- Postaram się ci nie przeszkadzać. – szepnęła piaskowofutra, kładąc się za pobliskim kamieniem. Spodziewała się tego, a mimo to z trudem powstrzymywała łzy. Nad szczytem zapadła cisza, która trwała kilka minut. W końcu odezwał się Dhalimu.
- Raia... śpisz? – zapytał nieśmiałym, jakby kocięcym głosem.
- Nie, czuwam, panie. – odparła lwica.
- Wygodnie ci tam?
- To dobre miejsce na wartę. – stwierdziła.
- A czy... czy... – zawiesił na chwilę głos, szukając odpowiednich słów. – A czy mogłabyś... jeśli to nie będzie dla ciebie problemem... przyjść tu, do mnie. I tak mam zbyt dużo chrustu w tym legowisku...
Raia z trudem powstrzymała pisk radości i zdumienia. Wstała powoli, nakazując mięśniom spokój i ruszyła ku władcy. Jednocześnie uważnie obserwowała zachodnią cześć masywu, upewniając się, że z pobliża Dhalimu będzie wciąż miała dobry widok na kierunek przypuszczalnej napaści. Z ulga stwierdziła, że królewskie stanowisko pozwala widzieć niemal tak samo dobrze, jak kryjówka obok kamienia.
- Jestem, panie. – oznajmiła, siadając obok brązowogrzywego.
- Tutaj... – zaprosił lew, zwalniając nieco miejsca na legowisku. – Oczywiście, jeśli chcesz. – Lwica nieśmiało legła u jego boku. – No dobrze... – odezwał się znów władca. – Teraz powiedz mi, czemu to robisz.
- Co, panie? – Ale Dhalimu spojrzał na nią przenikliwym i surowym wzrokiem, tak że uznała, iż dalsze kluczenie nie jest właściwe. „Jest taki piękny... Nawet teraz, ranny i słaby. Może nawet bardziej, bo jest przy mnie. Mój król.” Pomyślała i odpowiedziała cicho. – Robię to, co powinnam. Kocham cię, sir.
Monarcha długo żuł tę odpowiedź w milczeniu, starannie oglądając twarz poddanej. W końcu zapytał ostrożnie.
- Jako władcę?
- Też, panie. – Na płaskowyżu zapadła znów cisza. Kolejny raz została przerwana przez głośny śmiech, tym razem samego monarchy.
- Choć teraz to już nie ma większego znaczenia. – oznajmił Dhalimu, jakby lwica doskonale wiedziała, co miał na myśli. – Podziwiam cię, Raio.
- Panie...
- Wszystko poszło źle. – syknął król. – Do niedawna widziałem cały świat jak przez mgłę, niewyraźnie i krzywo. A kiedy widzę już lepiej, jest za późno na zmiany. Przepraszam, Raio. Powinienem uczynić cię królową dawno temu. Szukałem daleko tego, co zawsze było blisko mnie. Może ty byś mnie uchroniła przed krzywdami, które wyrządziłem stadu.
- Jesteś wspaniałym królem. – zaszlochała piaskowofutra. – I będziesz. Z Kotą u boku, czy kimkolwiek, kogo wybierzesz. Śpij i zdrowiej panie.
- Chyba już wyzdrowiałem, przynajmniej na rozumie. – mruknął władca. – I wzroku. Czy mówiłem ci kiedyś, że jesteś piękna? – zagadnął głosem tak beztroskim, jakby mówił o ładnej pogodzie. Zszokowana Raia pokręciła głową. – O, sama widzisz. Kolejna ważna sprawa, którą umknęła mi z pamięci... – Nagle zacisnął szczeki i zamknął oczy, jakby nieoczekiwane wspomnienie zaatakowało jego umysł. – Uderzyłem cię! – szepnął niedowierzającym głosem. – Wtedy... i wtedy, za przewinienie Nivy... Nie, nie za przewinienie Nivy. Z powodu mojego kaprysu. Wybaczysz mi?
- Nic nie mów, panie. – szlochała lwica. – Ja nigdy nie gniewałam się na ciebie.
- Ale inne tak. – zauważył Dhalimu. – To doprowadziło Kotę do buntu... Choć zdradziła, miała rację, nie powinienem być królem. – Uciszył łapą protest Rai i mówił dalej. – Gdyby nie obowiązek krwi i pamięć mojego ojca, oddał bym teraz to królestwo Tace. Ale nie mogę, muszę go pokonać i liczyć, że z twoją pomocą będę od dzisiaj lepszym władcą. Bo pomożesz mi?
A piaskowofutra, pchana śmiałym impulsem, podniosła głowę i polizała policzek swojego monarchy. Ten uśmiechnął się błogo.
- Jeśli tylko chcesz, panie. – powiedziała lwica. – Będę z tobą tak długo, jak zechcesz.
- Nie „panie”. – poprawił ją lew. – Jeśli nazwiesz mnie Dhalimu, uwierzę, że na prawdę tego chcesz.
- Dhalimu... – szepnęła Raia i przywarła ustami od ust brązowogrzywego.
- Ojć... nie w porę. – syknęła Kota, właśnie wychodząca zza głazu.
- Kota! – uśmiechnął się król, odruchowo i nieco wstydliwie odsuwając się od poddanej. – Już się stęskniłem za twoim nieustannym, buntowniczym szemraniem. – Lwica chciała odpowiedzieć cięta ironią na temat karzącej łapy sprawiedliwości królewskiej, ale zamarła z ripostą na ustach. W głosie Dhalimu usłyszała bowiem nową, wcześniej zupełnie nieznaną nutę. Ironię.
- Wybacz Raio. Przepraszam... sir. – powiedziała nieśmiało – Ale mam do ciebie sprawę, panie.
- Panie? – mruknął ze zdumieniem brązowogrzywy. – A gdzie wyparował twój rewolucyjny zapał? – mówił to jednak bez złośliwości, niemal z sympatią wobec poddanej.
- Dopóki pojedynek się nie rozstrzygnie, jesteś nadal moim władcą, sir. – zaczęła nieśmiało lwica.
- Do rzeczy mała. – pośpieszył monarcha. – Skoro jesteś dla mnie taka miła, czegoś ode mnie chcesz.
- Tak... Panie, proszę cię, abyś zwolnił mnie z przysięgi wierności, a potem udzielił ślubu z Taką Drugim z Lwiej Ziemi.
Cisza. Głośny oddech Dhalimu, Koty i Rai.
- A czemu... – ryknął wściekle władca, ale nagle zamilkł i dokończył ze śmiechem. - ...by nie? Wścieklizna, a co mi szkodzi? Tylko wiesz, że kiedy dojdę już do siebie, postaram się uczynić cię wdową?
- Cóż, życzę ci więc, abyś zdrowiał długo i szczęśliwie. – odparła Kota, a cała trójka wybuchła serdecznym i beztroskim śmiechem.
W końcu Dhalimu skinął łapą na poddaną, a ta uklękła obok władcy. Nie było to niezbędne dla ceremonii, ale ponieważ król nie mógł wstać, Kota uznała, że wypadało jej schylić się do poziomu monarchy. Brązowogrzywy położył lewą, tą zdrową łapę na czole złotofutrej po czym beztroskim głosem oznajmił.
- Jesteś wolna, Koto ze Złotych Piasków. Nie wiążą cię już żadne przysięgi, buntowniczko.
- Teraz nie jestem już buntowniczką, a konstruktywną opozycją. – odparła uradowana lwica. Cała trójka kolejny raz się roześmiała.
- Dobrze, a teraz ślub... – mruknął Dhalimu. – Hm... powinienem go udzielić osobiście, jako władca tej ziemi. A więc wracaj do swojego przybłędy, połóżcie sobie łapy na szyjach... Tak jak opowiadał Taka, to stary gest bezwzględnego oddania. A potrzebne formułki krzyknę wam stąd. Jeśli nawet nie usłyszycie wyraźnie, to w po jakimś czasie powiedzcie: tak. Zrozumiano?
Kota tylko skinęła głową i ruszyła pędem ku arbitrowi. Z promiennym uśmiechem upadła na skałę obok lwa i wtuliła się w jego bok. Połączyli się w mocnym uścisku, a kiedy niewyraźne krzyki Dhalimu ucichły, na raz ryknęli zdecydowane „tak!”. Potem Kota położyła się u boku partnera, mrucząc cicho i z rozkoszą.
- O, Gwiazdy, jaka jestem szczęśliwa. – powiedziała w końcu.
- Ja też. – przyznał Taka. – Wiem, że nie powinienem tego mówić teraz... ale nie nastawiaj się, ze nasze szczęście potrwa długo. – Obejmująca go lwica zesztywniała. – Jestem ślepy, ale mam inne zmysły. Wiem, że nadchodzi druga burza. Może Dhalimu ma szansę zejść ścieżką, ale ja nie.
- Ciii, coś wymyślę. – zapewniła złotofutra, choć nie miała pojęcia, co mogłoby pomóc jej partnerowi. – Lepiej śpij.
- A ty? – zapytał lew.
- Czuwam, bo i Raia czuwa. – odparła. - Nasz ślub nie zakończył pojedynku. Dhalimu prędzej umrze, niż złamie dane słowo. Dla niego zwyczaj i prawo są święte, przynajmniej ich litera. Z duchem to różnie bywało... – Nagle spojrzała w martwe oczy partnera i zapytała z nadzieją. – Taka... czy chciałbyś mieć kociaka? Ze mną. Przywołamy go na ten świat tu i teraz.
- Poczniemy sierotę. – mruknął czarnogrzywy. – Kota, chciałbym, jak niczego na świecie. Ale sama wiesz, że...
- ...to ostatnia szansa. – przerwała mu lwica. – Ja się nie boję. I ty też nie powinieneś. – Pocałowała go czule i szepnęła do ucha. – Chcę dać ci jeszcze jeden powód, dla którego musisz żyć.
[Piosenka „Nie bój się”. Melodia pogodna i romantyczna.]
[Noc, dość ciemna, nieliczne gwiazdy przeświecają przez szczeliny w warstwie chmur. Ujęcie z góry, na szczyt Złotej Skały. Widzimy Raię i Dhalimu, leżących obok siebie, przy południowej krawędzi masywu, mniej więcej w środku jego szerokości. Kota i Taka spoczywając na samym, zachodnim krańcu, obok zejścia na ścieżkę w dół. Zbliżenie na złotofutrą i arbitra.
Leżą spokojnie, widocznie jednak wyczerpani czułościami. Na ich twarzach maluje się szczęście, jednak pysk Taki wykrzywiony jest w niepokoju. Razem z okrutnymi ranami oczu, tworzy to dość dziwaczny kontrast z uśmiechem. Kota liże policzek arbitra, uważając, aby nie podrażnić jego obrażeń. Śpiewa.]
Pierwsza zwrotka; Kota:
Nie bój się groźnego jutra, skoro „dzisiaj” jeszcze trwa
Siły znajdziesz by je przerwać. Jeśli nie – pomogę ja
Razem stańmy wśród nadziei, tutaj się nie trzeba bać
Uwierz w przyszłość, tylko miłość, jest tym, co się może stać
[Kładzie się na plecach i spogląda w niebo. Tam, zza chmur zaczynają prześwitywać coraz liczniejsze gwiazdy. Wskazuje je Tace, lecz nagle zastyga, przypominając sobie, że ten nie widzi. Ale lew podnosi martwe oczy ku górze i uśmiecha się jeszcze szerzej, jakby widział piękny widok.]
Nie bój się chmurnego nieba, bo burza oznacza deszcz
Jak na wodę jest potrzeba, wichru wymagamy też
Aby rosnąć mocniej, wyżej, próbom nas poddaje świat
Nie bój się i podejdź bliżej – weź swój los, co na cię padł
[Zbliżenie na łapy pary. Pazury Taki są wysunięte, jak do walki. Dopiero pod dotknięciem Koty, chowają się do poduszek. Lwy ściskają swoje łapy.]
Ref; Kota:
Nie bój się – ja się nie boję
Nie bój się – bo na nic strach
Nie bój się – bo ja tu stoję
Choćby się zawalił świat
[Znów zbliżenie na niebo, widzimy spadająca gwiazdę. Ujęcie twarzy Taki – ten otwiera w zdziwieniu usta, jakby widział, co się stało. Widok z perspektywy czarnogrzywego: ciemna przestrzeń, w której jednak zapalają się odległe punkty. Nie są to jednak gwiazdy, a sylwetki przodków. Widać Vitani, Tanabiego i Zirę, patrzących z dumą na potomka.]
Nie bój się – strach nic nie znaczy
Nie bój się – lecz wiara - tak
Nie bój się – będzie inaczej
Miłość to lepszego znak
[Kamera przechodzi do Rai i Dhalimu. Oni leżą na plecach, tuż przy sobie i także patrzą w gwiazdy. Na twarzy króla maluje się zachwyt i zdumienie, jakby po raz pierwszy widział cuda nieba. Łapy pary stykają się w powietrzu i splatają czule.]
Druga zwrotka; Raia:
Nie bój się groźnego wczoraj, jutro zniknie stary błąd
Zginie rezygnacji zmora, a strach też odejdzie stąd
Nie bój się, że nic nie widzisz, kiedy serce drogę zna
Odrzuć w tył, czego się wstydzisz, miłość tylko dumę ma.
[Zbliżenie na twarz Dhalimu. W jego oczach widać wspomnienia z czasów rządów – pogrzeb Nivy, scena, kiedy wysyłał stado na polowanie, wygonienie Taki, władca, uderzający Raię. Uśmiech na ustach Dhalimu gaśnie, ale widząc to, Raia liże go po policzku (na słowo: kochanie). Radość wraca natychmiast, a wizje znikają.]
Dhalimu:
Nie bój się, bo jaka wina jest ciemniejsza niż ta noc
A noc tylko dzień zaczyna, to jest czasu zbawcza moc
Każdy dzień, co mi zostanie, będę łatał, to com spruł
Gdy pomożesz mi, kochanie, zdążę świata zmienić pół!
[Znów ujęcie Taki. Ostrożnie wstaje i siada obok partnerki. Na oślep szuka jej łapą, po czym delikatnie kładzie kończynę na brzuchu Koty. Ta śmieje się. Muzyka nieco cichnie, jednak cały czas gra w tle melodie zwrotki]
- Czuję, że to będzie syn. – oznajmia Kota. – Dzielny i przystojny jak ojciec. Przyszły król Złotych
Piasków.
- Potomek godny mojej pięknej królowej. – mówi z dumą Taka
[Muzyka znów zaczyna grać, melodię zwrotki, ale głośniej.]
[Taka staje pewnie na łapach i spogląda martwym wzrokiem w dół na Akacjową Aleję. Wyobraża sobie, jak stoi tam cały rząd dawnych władców tej ziemi. Niemal na końcu widzi samego siebie, a dalej małego kociaka, podobnego do niego i Koty.]
Taka:
Nie bój się, bo strach jest głupi, mądry śmiało patrzy w przód
Choćbym widział ciemność nieraz - lepiej niż niewiedzy głód
Stanę, jeśli Bóg pozwoli, tam gdzie chciałby abym stał
By pod koniec mojej roli, zebrać za wytrwałość laur
[Kamera wznosi się w niebo, w końcu widzimy w kadrze całą czwórkę bohaterów. Potem ujęcie się zmienia – łamany kadr twarzy Koty i Rai, leżących nad swoimi partnerami. Ich twarze maja bliźniaczo podobne wyrazy radości i ulgi.]
Ref; śpiewają razem Raia i Kota:
Nie bój się – ja się nie boję
Nie bój się – bo na nic strach
Nie bój się – bo ja tu stoję
Choćby się zawalił świat
[Śpiewają razem: „Nie bój się” Raia nieco wyższym głosem, resztę wersu Kota. W tle upada kolejna spadająca gwiazda.]
Nie bój się – strach nic nie znaczy
Ale wiara w jutro - tak
A więc w niej żyjemy raczej
Miłość to wieczności znak
[Muzyka cichnie, a kamera na dobre wznosi się. Jest skierowana prosto w dół i zorientowana na południe, dlatego w pewnej chwili, kiedy cały masyw jest w kadrze, widzimy, ze ma on kształt przypominający serce.]
[Muzyka cichnie.]
14 – Umierać, ale powoli!
W miejscu, które jest na niebie, ale którego nie może dostrzec żaden ze śmiertelnych, Skaza czekał na Zirę i Vitani. Wiedział że przyjdą, tak samo dobrze, jak wiedział o wielu innych sprawach nieba i ziemi, od czasu kiedy przejął po Tarkim rolę arbitra Dawnych.
- Już wiecie... – powitał córkę i partnerkę. – Przykro mi...
- Tato... wiedziałeś? – zapytała przez łzy Vitani. Choć dawni rzadko okazują ziemskie słabości, takie jak nagłe emocje, martwa królowa Lwiej Ziemi płakała. Skaza podszedł do niej i delikatnie przytulił do szyi.
- Nie, ale domyślałem się. – odparł. – To Taka jest tym, który dopełni obrót Kręgu. Tak jak powiedział Tanabi: za każde dobro musimy płacić drogo.
- Mamo? – szepnęła niebieskooka Dawna. Złotofutra Dawna dogoniła córkę i stanęła pomiędzy nią, a partnerem.
- Nie wiedziałam, ale czułam. – przyznała Zira. – Wybacz...
- Sama prosiłam cię o pomoc. – załkała Vitani. – I co ja mu powiem, kiedy już stanie razem z nami. Że umarł z powodu głupoty własnej matki?
- Twój syn wciąż żyje. – zauważył Skaza, spoglądając na rannego Takę, leżącego na szczycie Złotej Skały.
- A jest wciąż dla niego szansa? – na raz zapytały z nadzieję Zira i Vitani.
- Każdy kiedyś umrze. – odparł gwiezdny arbiter. – Ale on ma jeszcze do spełnienia obowiązek wobec stada... wobec swojego przyszłego królestwa. Musi je obronić, jak prawdziwy król. A jeśli ma umrzeć... to niech umiera powoli. – oznajmił uroczystym głosem Skaza, choć sam ledwo trzymał na wodzy współczucie wobec wnuka.
*
Następnego dnia obaj przeciwnicy wstali niemal równocześnie – równie spóźnieni. Słońce wisiało już wysoko nad horyzontem i grzało rannych. Zapobiegliwe lwice okryły lwy prowizorycznymi osłonami z akacjowego chrustu. W zwykły dzień niewiele by to pomogło wobec pustynnego upału, ale tamtego przedpołudnia niebo było częściowo zasnute pyłowymi chmurami.
- Taka! – zawołał Dhalimu, wspinając się na obserwacyjny głaz.
- Miło, że pamiętasz moje imię. – odparł arbiter.
- Tak mi podpadłeś, że nie jestem w stanie go zapomnieć. – powiedział król i zaśmiał się beztrosko. – A jak tam noc poślubna?
- Za krótka. – przyznał czarnogrzywy. – Dhalimu... dziękuję.
- Daj spokój, uzurpatorze. – prychnął monarcha, uśmiechając się jednak z pewnym zażenowaniem. – To że wyświadczyłem ci tę przysługę, nie znaczy, że cię nie zabiję.
- Wiem. – odparł Taka. – A wiec dziękuję tylko za wczoraj.
Kiedy usłyszeli wracające lwice, sami wrócili na posłania, nie czekając na cierpkie wymówki Rai i Koty. Ubogie śniadanie i skąpe łyki wody smakowy im jak żaden posiłek w życiu. Zwłaszcza Taka zachwalał mięso przyniesione przez Kotę.
- Pyszne... Wiesz, od kiedy nie widzę świata, czuję go znacznie lepiej innymi zmysłami. Smakiem również. – Złotofutra zastygła na chwilę, ukłuta bolesnym tematem, ale zaraz nachyliła się nad partnerem i pocałowała go.
- To też smakuje lepiej?
- Znacznie lepiej.
A kiedy arbiter skończył jeść i wypił poranny przydział wody, lwica pochyliła się nad jego uchem i szepnęła.
- Taka, posłuchaj, jest jeszcze nadzieja. Dziewczyny, specjalnie dla ciebie, zdobyły skądeś suche liany. Przyniosę je tutaj, obwiążę cię i jakoś zejdziemy ze skały...
- Jeśli spadnę ze szlaku, taka uprząż mnie nie uratuję, ale ciebie pociągnie za sobą.
- Wezmę Akrę i Beluwę. Jestem pewna ich lojalności wobec ciebie.
- To złamanie Prawa Wyzwań... – szepnął Taka.
- Zrozum! – jęknęła lwica. – Prawo Wyzwań to martwy i okrutny zwyczaj, relikt dawnych czasów. A ty musisz żyć!
- Za każdą cenę? – zapytał poważnie czarnogrzywy.
- Za ka... Nie! – zapłakała nagle Kota. – Wiem, sama zmusiłam cię, abyś wyzwał Dhalimu. To moja wina i twoje rany bolą mnie bardziej niż ciebie. Ale pozwól mi to naprawić...
- Nie, Koto. – odezwał się nagły głos z masywu. – Taka ma rację.
- Raia! Podsłuchiwałaś! – syknęła złotofutra.
- Szłam właśnie, aby zapytać, czy nie chcecie reszty mięsa, która zostawił Dhalimu... – mruknęła zirytowana lwica, kładąc na ziemi udziec adaksa. – Ale widzę, że nie ufasz przyjaciółce... może i słusznie.
- Przepraszam, Raio, ale to co słyszałaś... – odparła wciąż wściekła Kota.
- Słuchaj się Taki. – przerwała jej piaskowofutra. – Dhalimu nigdy nie złamie zasada pojedynku i liczy, że jego przeciwnik postąpi tak samo. Wiesz, co mi rozkazał? Przysiąc, że nie zemszczę się na twoim partnerze, jeśli on jakimś cudem wygra. – Kota opuściła wzrok, zawstydzona. – I o tym też chciałam wam powiedzieć. A teraz żegnam. – oznajmiła, odwróciła się i ruszyła ku centrum masywu.
- Raia! Przepraszam. – krzyknęła za nią złotofutra.
- Nic się nie stało. Rozumiem twoje nerwy. – odparła suchym głosem wierna poddana. – Ale pozwolisz, że zanim dam się przeprosić, sama się uspokoję.
- Ech, co za lwica... – mruknął Taka. – Byłaby niemal tak dobrą królową, jak ty.
- Czyli nie zejdziesz ze mną? – spytała ostatni raz, już bez większej nadziei na pożądaną odpowiedź, Kota.
- Nie, wybacz. – odparł czarnogrzywy.
- Ech... – mruknęła z rezygnacją Kota. – Za to także cię kocham.
*
Mtanga prowadził Amali Wapienną Aleją Taki. Choć księżniczka nie była wytrawną podróżniczką, a i sam wędrowiec nie uważał się za najlepszego w pustynnym życiu, udało im się przebyć większość drogi bez przeszkód. Fakt, mieli szczęście podczas niedawnej burzy piaskowej, ale Mtanga znalazł samotne skały, pod którymi przeczekali furię żywiołu. A sama wichura była zdecydowanie słabsza na pustyni niż w okolicy Złotych Piasków.
- To już niedaleko. – pośpieszył partnerkę wędrowiec. – Muszę zejść ze szlaku, aby złapać chłopaków. Trafisz już sama do celu? To najwyżej trzy kilometry, prosto, na północ.
- To oni nie goszczą w Złotych Piaskach? – zdumiała się księżniczka. – Mtanga, coś dziwnego się dzieje. Czy ty przede mną czegoś nie ukrywasz? – A wędrowiec, odpowiedział, nawet nie zwalniając.
- Sama zobaczysz na miejscu. Po prostu... rzeczy idą źle pośród Złotych. A twoi bracia poprosili mnie o pomoc w rozwiązaniu problemu.
- To niebezpieczne? – przestraszyła się lwica.
- Nie. Sądzę, że osiągniemy cel nawet nie wysilając się zbytnio. – stwierdził Mtanga. – Ale teraz już idź.
Więc Amali poszła. Wiele pytań cisnęło się jej na usta, ale nie miała już kogo zapytać. Poza tym, ufała swojemu partnerowi, który nigdy nie dał jej powodów do kwestionowania własnej lojalności. „Powodzenia, Mtanga, w czymkolwiek, co zamierzasz.” Pomyślała i żwawiej ruszyła ku włościom kuzyna.
Dotarła do Złotej Skały około dwóch godzin przed zachodem słońca. Zamiast powitania, spotkała grupę lwic, wracającą z polowania. Złote były zmęczone i spragnione, a co gorsza, przerażone. Amali aż podskoczyła, widząc piętno strachu na twarzach lwic. Szybko podeszła do jednej z nich, szarofutrej, która wiodła stado.
- Jestem Amali z Lwiej Ziemi. Przyszłam prosić mojego kuzyna, Dhalimu, o gościnę. – oznajmiła niepewnie. – Gdzie jest król? – Drużynowa, nie wypuszczając porcji mięsa z ust, wskazała wzrokiem szczyt masywu. – A... powinien tu być mój brat, Taka Drugi. Gdzie go znajdę? – Lwica po raz kolejny wskazała płaskowyż. – Ja nic nie rozumiem... Co tu się dzieję?
- Wejdź do środka, lady. – zaprosiła ją jedna z młodszych lwic. – Wytłumaczymy ci wszystko... co same rozumiemy.
*
- Tego jesteśmy pewni. – kończył raport Baridi. – Dhalimu i Taka żyją, choć są obydwaj ciężko ranni. Jeden z nich leży obok zachodniego podejścia, drugi gdzieś głębiej na platformie szczytu. Lwice siedzą w jaskini, wyraźnie zdezorientowane. Co robimy?
Czwórka lwów czekała na wydmie, niecały kilometr od siedziby stada. byli niewidoczni od podnóża skały, za to sami dobrze widzieli krawędź szczytu Złotego Masywu. Wprawne oczy wędrowców zauważyły Takę, leżącego przy krawędzi urwiska.
- Wkraczamy. – polecił Mtanga, wskazując na skałę. – Widzicie... lwice nie reagują.
- Takie jest Prawo Wyzwań... – wtrącił Hofu.
- Nie! – syknął wódz wędrowców. – Ich po prostu nie obchodzi walka tyranów. Dla nich nie ma różnicy, czy będzie rządził morderca własnej partnerki, czy chciwy tronu uzurpator. My musimy się pozbyć ich obu.
- Ale, ale... – jęknął Udole. – Takę? Czy Amali wie, co zamierzasz?
- Przykro mi, przyjaciele. – odparł Mtanga, głosem tak współczującym i smutnym, że wędrowcy odruchowo pospuszczali uszy. – Nie mamy wyboru. Musimy przywrócić spokój w tej biednej krainie i to jeszcze dziś. – Chrząknął i skierował spojrzenia towarzyszy na Złotą Skałę. – Wy wchodzicie wschodnią ścieżką i dobijacie Dhalimu. Z Taką poradzę sobie sam.
- Jesteś pewien?
- Tak, jestem pewien. – uśmiechnął się Mtanga. – Ta wojna skończy się dzisiaj.
I tłumiąc triumfalny uśmiech, ruszył w dół wydmy. Słońce zachodziło krwawo, a długie cienie tyranobójców padały na czerwony piasek.
*
Taka wyczuł coś złego w powiewie wiatru i od razu nastawił ciekawie uszy. Kota i Raia zeszły do jaskini po porcje wody, więc na masywie został sam z Dhalimu. Nie miało to z reszta większego znaczenia, gdyż arbiter wiedział o zbliżającym się wietrze. Tamtej nocy miała przyjść kolejna burza i dokończyć, co zaczęła jej poprzedniczka. „Cóż, Dhalimu ma pewne szanse.” Myślał czarnogrzywy. „Jeśli znajdzie właściwą kryjówkę i będzie miał szczęście... Może to nie najgorsze rozwiązanie, bo przecież on się zmienił. Z Raią u boku będzie lepszym władcą niż dotychczas. A jeśli matka wychowa porządnie królewskie dzieci, kraj przetrwa. Szkoda tylko Koty... Szkoda naszego kociaka...” Podniósł głowę wyżej i wciągnął wieczorne powietrze. „Nie, ale to nie to. Coś innego się zbliża.”
- Dhalimu! – zawołał donośnym głosem. – Musimy pogadać. – I sam zaczął ostrożnie wchodzić na głaz obok siebie, aby król lepiej go widział.
- Słucham cię, uzurpatorze. – odparł władca. W jego słowach wrogość mieszała się dziwacznie z sympatią i szacunkiem wobec uzurpatora. Taka uznał, że nigdy nie zrozumie brązowogrzywego. – Czego chcesz? Też czujesz wiatr?
- Burza się zbliża. – potwierdził arbiter. – Musimy przekonać dziewczyny, aby nie czuwały przy nas do końca. To zbyt duże ryzyko. – W odpowiedzi Dhalimu zaśmiał się, niemal przyjacielsko.
- Dobrze prawisz, Taka. Jak tylko wrócą, spróbuję odesłać Raię na dół. Ale nie licz, że będę miał wpływ na decyzję Koty.
- Wiem, wiem... – odparł. Milczał chwilę, po czym dodał. – A więc królestwo może przypaść Mtandze... Cóż, to dobrze, bo on niedługo tu będzie. Wiesz, że on myśli, jakoby ty zabiłeś Nivę. Jeśli dożyjesz do jego nadejścia, wytłumacz mu, jak było.
- Nie będę się tłumaczył przed byle... – warknął król, lecz nagle aż sapnął ze zdumienia. – A skąd on miałby wiedzieć o śmierci Nivy? Przecież nigdy tu nie był, a my nie wysyłaliśmy kurierów z wieściami...
- Na Gwiazdy... – jęknął Taka. – To skąd on wiedział, że... – Wstał ciężko i spojrzał martwymi oczyma na króla. – Dhalimu, nie powinniśmy byli walczyć.
- No jasne, że nie. – odparł żywo brązowogrzywy. – Ale to wszystko przez twoją zapędy do władzy i...
- Nie, nie rozumiesz. – stwierdził arbiter. – Nie powinniśmy walczyć ZE SOBĄ. – Wzmagający się wiatr rozwiał czarną grzywę lwa. Dhalimu, patrzący z daleka na wroga, oświetlanego promieniami zachodzącego słońca, musiał przyznać jedno: Taka wyglądał jak król. Nawet ranny i słaby, iskrzył majestatem i pewnością siebie. Skierował głowę ku południu i oznajmił głosem pełnym troski. – Już wszystko rozumiem... Szkoda, że zbyt późno. Dhalimu, spójrz na południe... co widzisz?
- Pustynia, piękna ale dosyć monotonna. – oznajmił król. – Chyba zawsze wyglądną podobnie, więc jakoś to sobie wyobrazisz... Nie, czekaj... Cztery sylwetki, schodzące z wydmy... rozdzielają się, jedna idzie bardziej na zachód, trzy pozostałe na wchód... ale wciąż w kierunku skały. – Obrócił głowę ku Tace. – To oni są prawdziwymi wrogami?
- Dhalimu, pomóż mi! – poprosił czarnogrzywy. – Kieruj mną do wylotu ścieżki. Tylko tam mogę się bronić.
- Jest jeszcze drugie podejście... – zauważył ponuro król.
- Tam staniesz ty. – wyjaśnił arbiter. – I będziesz odpierał ataki, tak długo, jak zdołasz.
- Lwice...
- Nie usłyszą nas przy tym wietrze. – ocenił Taka. – Ale może Raia i Kota zdążą zaalarmować stado. Choć właściwie nie ma to znaczenia, bo jeśli wędrowcy wejdą na górę, dwóch pilnujących ścieżki odeprze atak i trzydziestu lwic... Dhalimu, prowadź mnie.
- Dobrze... zejdź z kamienia... o tak... Teraz prosto, dwa metry, przy samej krawędzi będzie ci się szło łatwiej... Ty mi ufasz, uzurpatorze? – zapytał w końcu, widząc jak rywal posłusznie wykonywał wszystkie jego polecenia. – Mogę cię teraz samymi słowami strącić w przepaść.
- Możesz. – przyznał Taka. – Ale wtedy umrę tylko dla ciebie, nie dla Złotych Piasków. Liczę więc na twój rozsądek.
- Stop! – krzyknął Dhamilu. – Dalej jest tylko przepaść. Odwróć się w prawo... jeszcze trochę... Teraz naprzód, aż ci powiem, że dość. Już! – krzyknął król, kiedy czarnogrzywy dotarł do wylotu ścieżki. – Powodzenia, Taka. Nie umieraj, zanim nie dorwiesz co najmniej jednego z tych zuchwalców.
- Idź do wschodniego podejścia! Szybko! – odkrzyknął mu arbiter, samemu ustawiając się na przeciw ścieżki. – I powodzenia. – dodał szeptem. – Mam nadzieję, że nie zginiemy na darmo.
A Dhalimu ruszył po płaskowyżu, z trudem przebierając łapami. Prawą kończynę podnosił wysoko, aby nie urazić właśnie zarastającego się złamania. Niestety, zwalniało to jego marsz, więc lew co chwila rzucał niespokojne spojrzeniu ku trzem sylwetkom, nieubłaganie zbliżającym się do skały. „Muszę tam dotrzeć!” myślał z determinacją. „Z urodzenia jestem królem... ale dopiero teraz mam szansę stać się prawdziwym królem, broniąc swego ludu. Raia, robię to dla ciebie! Ojcze, matko... dajcie mi siłę.” Wspominając królewskich rodziców, przyśpieszył kroku. Skakał na trzech łapach, w każdej chwili ryzykując upadek, byleby tylko szybciej dotrzeć do podejścia. W pewnej chwili do głowy przyszła mu porażającą myśl. „Jestem ranny, łapa boli mnie jak wścieklizna... Zaraz zapewne zginę. A czuje się szczęśliwy, jak nigdy w życiu. No bo czego chcieć więcej? Jestem królem i walczę za swoja ojczyznę. Gdzieś tam na dole, czeka na mnie moja królowa... Gwiazdy... czy każda przyjemność musi się kończyć, zanim się na dobre zacznie?”
*
- Jak to: Mtanga? Jacy wędrowcy? Co oni tu robią? – wykrzykiwały, jedna przez drugą, nagłe pytania Raia i Kota. Amali, wciąż nie rozumiejąca sytuacji, usiadła w komnacie sypialnej, niezbyt trzeźwo patrząc na Złote.
- Mój partner przybył was uratować od Dhalimu. – wyksztusiła z siebie księżniczka. – Pomści śmierć waszej królowej i...
- To nie Dhalimu zabił Nivę! – przerwał im nowy głos w jaskini. – Morderca właśśśśnie zamierza zabić ponownie. – dodał Kauli. – Wybaczcie, że zrozumiałem to tak późno, ale... Raia, Kota... oni obaj są w niebezpieczeńssstwie.
- Stado! – rozkazała gromkim rykiem piaskowofutra. – Wszyscy szukacie tych wędrowców. Kota i ja wchodzimy na górę, strzec króla... i księcia. – dokończyła z nieoczekiwaną miękkością głosu.
- Kauli dowodzi! – dodała złotofutra. Podniosła z piasku pytona i zarzuciła go na szyję Akry. Potem wybiegła z groty, tuż za Raią.
- Jak zawsze. – krzyknęła piaskowofura. – Ty zachód, ja wschód.
Rozdzieliły się i pobiegły ku swoim ścieżkom. Ponieważ wiatr wiał już na dobre, liczne drobinki kurzu skutecznie ograniczały widoczność. Kota z ledwością dostrzegła sylwetkę samotnego lwa, zbliżającego się ku ścieżce. Przyspieszyła kroku i zanim ten ruszył podejściem, dopadła do niego, z obnażonymi pazurami.
- Stój! – ryknęła.
- Nie ma czasu! – odkrzyknął Mtanga. – Szybko na górę, oni już tam są... Wędrowcy, chcą zabić ich obu. – Kota jęknęła, a spiskowiec dodał. – Prowadź, nie znam drogi.
Kota, nie myśląc wiele, a jedynie drżąc o los Taki, bez wahania minęła lwa, aby wejść na ścieżkę. Cios Mtangi trafił zaskoczoną lwicę w kark, błyskawicznie pozbawiając przytomności. Wędrowiec uśmiechnął się i odepchnął ciało nieprzytomnej Złotej.
- Dlatego ZAWSZE puszczam damy przodem. – mruknął i pobiegł pod górę.
Tym czasem Dhalimu dotarł do ścieżki w ostatniej chwili. Właśnie z zawiei wynurzyła się sylwetka pierwszego z wędrowców, Baridi, kiedy kulawy król zajął obronne stanowisko. Zdumiony lew stanął naprzeciw władcy, machnął ogonem, chyba dając znak idącym z tyłu, po czym odezwał się groźnie.
- Tyranie Dhalimu, twój czas dobiegł końca. Jesteśmy tu, aby przywrócić sprawiedliwość.
- Nie wiem kim wy jesteście, ale bezczelnością przewyższacie nawet Takę. – warknął brązowowgrzywy i bez ostrzeżenia rzucił się na wędrowca.
Baridi uskoczył w bok, niemal spadając ze ścieżki. Dhalimu wylądował niezgrabnie na szlaku, pomiędzy napastnikiem a ścianą. Lewą, przednią łapą uderzył w bok wędrowca, a tylnimi kończynami zaparł się o zbocze. Baridi padł na ścieżkę, a jego tylnie łapy bezwładnie opadły poza krawędź. Król z uśmiechem podniósł lewą kończynę do ciosu, kiedy w jego plecy uderzył szarżujący Hofu. Sczepieni napastnicy potoczyli się w górę ścieżki, wpadając na płaskowyż. Idący z tyłu Udole szybko wciągnął wiszącego towarzysza i po chwili dołączyli do Hofu.
- Nie masz szans, despoto. – stwierdził Baridi. – Poddaj się, a zginiesz szybko.
- Nie lubię pośpiechu. – mruknął brązowogrzywy i nieoczekiwanie skoczył pomiędzy wędrowców.
Wylądował na trzech łapach, z trudem, ale nie padając. Jeszcze z rozpędu popchnął Udole, posyłając go na skałę. Potem ruszył do szaleńczej szarży na Hofu. Wgryzł się w jego bok i padł całym ciężarem na ziemię, ciągnąc za sobą wroga. Zaskoczony wędrowiec upadł bezwładnie, a Dhalimu chwycił w paszczę jego łapę. Wściekły wzrok władcy krzyczał: „Teraz wyrównamy szanse.”
Ale zanim szczęki Dhalimu się zacisnęły, z pomocą przyszedł Baridi. Uderzył łapą w bok władcy, żłobiąc cztery krwawe rysy na jasnobrązowym futrze. Król poczęstował go odruchowym ciosem tylniej łapy, ale uderzenie tylko delikatnie zadrapało wroga. A Baridi sam chwycił w paszczę kończynę władcy i zaczął bezlitośnie zaciskać szczęki.
Wściekły Dhalimu puścił Hofu i podciągnął do siebie gryzioną łapę. Zaskoczony Baridi padł na skałę, po czym z ledwością uniknął skoku króla. Kulawy władca wciąż walczył po królewsku. Zapewne zdołałby nawet dosięgnąć gardła Baridiego, gdyby nie szarża Udole.
Lew odłączył się od towarzyszy, aby dobrze przymierzyć atak. Ustawił się idealnie na nawietrznej od Dhalimu, aby nawet natura pomogła mu w walce. Skoczył, kiedy wróg strząsnął z siebie Hofu i rzucił się ku trzeciemu z wędrowców. Udole uderzył łapami w kark Dhalimu. Chwycił ofiarę mocno i dzięki rozpędowi przekoziołkował, przewracając wroga. Obaj zamarli na ziemi, siłując się intensywnie. Wędrowiec chciał jedynie przytrzymać przeciwnika, aż do nadejścia przyjaciół. Faktycznie, zaraz nad królem stanęli dwaj tyranobójcy, wznosząc obnażone pazury.
- Giń, okrutniku. – syknął Baridi i nagle poleciał na skalną podłogę.
Raia uderzyła w bok wędrowca, odrzucając go o dobre dwa metry. Jednocześnie odbiła się od popychanego ciała i skoczyła ku Hofu. Zaskoczony i po części oślepiony lew nie zablokował ataku i wylądował na skale z przeoraną szramami lewą łapą. Ale lwica nie kontynuowała natarcia. Natychmiast odskoczyła w bok, szukając wzrokiem Baridiego. Widząc, że wędrowiec wstaje, zaszarżowała właśnie na niego.
Tym czasem Dhalimu wstał, pomimo nacisku Udole. Zdzielił szybkim ciosem przeciwnika i skoczył ku pozostałym intruzom, osaczającym właśnie Raię. Przewrócił Hofu, ale sam wylądował niezgrabnie, opierając się na niesprawnej łapie. Zrastająca się kość cudem wytrzymała napór, ale brązowogrzywy jęknął z bólu. Jednak nie tracąc bojowego skupienia, odruchów pochylił głowę, dzięki czemu skaczący Udole poszybował nad nim i znikł w chmurze pyły.
- Raia! – krzyknął król. - Uciekaj stąd! Zbierz lwice, załatwicie ich, kiedy będą schodzili.
- Moje miejsce jest przy tobie, panie. – krzyknęła lwica operacja się prawym ramieniem o prawy bok lwa. Teraz ubezpieczali się z obu stron. – Moje miejsce jest przy tobie, Dhalimu. – I warknęła groźnie na podchodzącego Hofu.
A wędrowiec dostrzegł w oczach piaskowowfutrej coś, co kazało mu stanąć i opuścić łapy. Nie patrzył na męczoną i tyranizowaną ofiarę, ale na lwicę, która broniła ukochanego władcy. Wszystko, co do tej pory słyszał od Mtangi, nagle zostało przysłonięte przez to pełne miłości i strachu spojrzenie. Złość, która do tej pory trzymała wędrowca twardym chwytem, zelżała, a umysł podsuwał setki pytań, na które dotychczas nie miał odwagi udzielić odpowiedzi.
- Nie dam wam go zabić! – syczała Raia.
- Nie dasz... – przyznał Hofu. Spojrzał na stojącego obok Udole i rozkazał. – Stój! Nie zabijaj!
Wędrowcy zamarli.
15 – Pieśń Królewska
Taka widział jedynie czarna smołę we wnętrzu umysłu. Pozostałe zmysły doskonale odbierały wschodni wiatr, twardość skalnego podłoża, stukot drobinek piasku, uderzających o ziemie i zapach nadchodzącej burzy. Niestety, wzrok nie pokazywał mu najważniejszej informacji: skąd dochodził drwiący głos wroga.
- Jestem pełen podziwu, Taka. – mruczał z jadowitą ironią Mtanga. – Twoje zachowanie przekroczyło wszelkie granice nieprawdopodobieństwa i głupoty... Wyzwałeś Dhalimu. Cóż, nie płaczę nad tym, bo skoro ty go raniłeś, mnie i chłopaków czeka łatwiejsza robota.
Arbiter stwierdził, że wędrowiec przechadza się po krawędzi płaskowyżu. Ruszał się powoli, jednak Taka domyślał się w tych ruchach ostrożności. Jego szwagier ustawił się idealnie – oślepiony czarnogrzywy nie miał szans podejść do niego niezauważony, a nagłej szarży Mtanga mógł łatwo uniknąć. „A skoro on uniknie mojego skoku, ja spadnę na dół.”
- No więc... – kontynuował napastnik. – Jak już zapewne się domyślasz, to ja będę nowym władcą Złotych Piasków. Powinieneś być zadowolony, bo twoja siostra zostanie królową.
- Zabiłeś Nivę! – syknął Taka w przebłysku strasznego zrozumienia.
- Taka, Taka... – mruknął Mtanga. – To już przeszłość. Teraz pomyślmy o przyszłości. – Choć czarnogrzywy nie mógł tego widzieć, duszą poczuł, jak szwagier wstaje, odwraca się ku niemu, i wbija w arbitra drwiące spojrzenie. – Niedługo zginiesz ty!
Wściekły Taka wyskoczył przed siebie, nie myśląc o konsekwencjach. Poszybował ku krawędzi i zatrzymał się tuż przed uskokiem urwiska. Oczywiście, Mtangi już tam nie było. Zszedł z trasy szwagra, albo nigdy tam nie stał – z powodu świstu wiatru, także słuch Taki zawodził.
Lew chwycił rozpaczliwie podłoże pazurami i odskoczył do tyłu. I tam, o dziwo, uderzył w bok przeciwnika. Obydwaj byli zaskoczeni – śmiech wędrowca zgasł w jednej chwili, ale to Mtanga zareagował pierwszy – uderzył szwagra łapą w kark, tak że ten odleciał kolejne dwa metry od krawędzi, ciężko lądując na brzuchu.
- Czyli jednak chcesz się bawić w ciuciubabkę? – mruknął napastnik. – Dobrze, to nawet może być ciekawe.
- Zabiłeś królową... – warczał Taka. – Sam, czy z pomocą swoich pachołków?
- O... chłopaki by się obrazili. – odparł ze śmiechem Mtanga. – Zrozum, że oni święcie wierzą, iż walczą aby wyzwolić Złote Stado od tyrana, a nie aby zapewnić mi tron.
- No głośniej. – syknął arbiter. – Może usłyszą, jakie masz plany.
- Nie, nie usłyszą. – stwierdził wędrowiec. – Wiatr się wzmaga, jesteśmy od zawietrznej. Właściwie... – dodał, podchodząc do Taki i uderzając go pazurami w bok. - ...pora kończyć. Ta przeklęta zawieja jest gorsza od piasku, a ja nie cierpię piasku!
- Trzeba było o tym pomyśleć, zanim wybrałeś to królestwo. – mruknął Taka, ale w tej samej sekundzie kolejny, wymierzony atak przeorał jego prawy bok.
Mtanga był wszędzie, przynajmniej dla czarnogrzywego. W świście wiatru poruszał się niesłyszalny, bez trudu zachodząc od tyłu i boków swoją ofiarę. Wciąż widział, a pomimo że wszechobecny pył musiał znacznie ograniczyć widoczność na płaskowyżu, była to nieoceniona przewaga. „Jeśli wytrzymam dłużej, do głównego uderzenia burzy, szanse się wyrównają.” Pomyślał Taka, ale zaraz krytyczny głos w jego umyśle dodał. „No jasne, że się wyrównają, bo obaj zginiecie.”
Przez chwilę arbiter rozważał możliwość wycofania się do Dhalimu, ale zaraz odrzucił podobny pomysł. Król mógł być do tamtego czasu już martwy, poza tym ślepe przemierzanie masywu nie należało do najrozsądniejszych zajęć. I zajęłoby dużo czasu, a nadciągająca burza była zdecydowanie szybsza od niewidomego lwa.
- Dlaczego, Mtanga? – Taka postanowił grać na zwłokę. Wciąż tliła się w nim nadzieja, że lwice przyjdą z pomocą. „To mój obowiązek bronić królestwa, ale wypełniam go tylko tak jak potrafię... Choć wiem, ze to zbyt mało.”
- Wiesz... ty tego nie zrozumiesz. – powiedział wędrowiec, nieoczekiwanie miękkim głosem. – Jesteś księciem, synem króla, wychowanym w czci i luksusie. Jak mógłbyś pojąć, co czuje sierota i wyrzutek.
- Samotność, upokorzenie, poczucie niesprawiedliwości. – odparł Taka, przywołując wszystkie uczucia, które towarzyszyły mu w ucieczce z domu. – A przede wszystkim, ta paląca potrzeba zemsty na kimkolwiek. Kimś, kto jest winny twojego stanu. Albo przynajmniej kimś, o którym sądzisz, ze jest winny. – Usłyszał, że Mtanga zatrzymuje się. Poczuł nieuchwytną więź uwagi, jaką poświęcił mu przeciwnik. – I co, zemścisz się na mnie, na wyrzutku, takim samym ja ty?
- Nic nie wiesz! – syknął jego szwagier. – To było tylko na początku. Potem poznałem Amali... i cały świat się odmienił. To ona dała mi siłę i wiarę w dalsze życie. Dzięki niej uwierzyłem w siebie i swoją siłę.
- Jeśli robisz to dla Amali, pomyśl, że może nie być zachwycona śmiercią brata. – zakpił Taka.
- Cisza! – krzyknął Mtanga. – Amali będzie królową, nie dlatego ze jest księżniczką, ale dlatego, że ja tak chce. Teraz ja będę królem, ja zamiast was, będę wyznaczał reguły. Jestem silniejszy od was. Mimo że zaczynałem od zera, jestem tutaj i stoję gdzie stoję.
- Współrzędne, proszę. – mruknął Taka, podnosząc łapę. – Nie widzę dokładnie, mógłbym spudłować.
Mtanga podbiegł do szwagra i posłał go na skały mocnym ciosem w kark. Potem stanął nad leżącym lwem i ze złośliwym uśmiechem na ustach, zaczął powoli i metodycznie ryć jego plecy pazurami. Ból zalał zmysły Taki, ale nie zmusił go do krzyku. Ktoś kto stracił oczy, przeżył burzę piaskową i już wielokrotnie żegnał się z życiem, nie był w stanie płakać ani wyć. Ta cześć arbitra chyba faktycznie już umarła.
- Czy ty tego nie rozumiesz? – warczał wściekły Mtanga. – To koniec! Ja będę królem, nie jakiś paniczyk z wysokiego rodu. Ja, Mtanga ze Ściętych Pni. Kiedyś byłem nikim, dziś jestem wszystkim. – Głębiej wbił pazury w ciało wroga i szeptał dalej, z coraz większym zapamiętaniem. – A nie ty. Nie wy, odrażający i słabi arystokraci. Ja jestem zwiastunem nowego porządku! Ja jestem przyszłością. Przedstawienie skończone, Taka. – I lew wbił szpony w łapę arbitra, po czym zaczął go ciągnąć po krawędzi masywu, dalej od ścieżki, na zachód. Kiedy dotarł niemal do środka długości, puścił ofiarę, odsapnął ciężko i spojrzał na niedaleką linię urwiska. Coraz silniejszy wiatr porywał gęste kłęby pyłu.
[Piosenka „Oto król!”. Melodia szybka, niepokojąca. Mtanga śpiewa teatralnym, ironicznym głosem.]
[Mtanga dociąga Takę niemal do urwiska. Pozostawia go krwawiącego, jakieś trzy metry od przepaści, a sam wchodzi na płaski głaz, tuż nad krawędzią. Kamień wygląda jak scena, tym bardziej, że pyłowe chmury zasłaniają niemal wszystko inne. Widać tylko Mtangę na kamieniu i „widownie” – leżącego pod głazem Taki. Czarnogrzywy z trudem podnosi okaleczoną twarz, jakby oglądał przedstawienie szwagra. Zza chmur prześwituje co chwila mdłe światło księżyca. Oświetla wędrowca, niczym teatralny reflektor.]
Mtanga:
Nie wiem czy to widzisz, może przejrzeć czas
Czas zakończyć spektakl ten, co połączył nas
[Na słowa: czy to widzisz, Mtanga złośliwie zasłania sobie oczy.]
Ty schodzisz ze sceny, ja w następnym gram
Nigdzie dalej nie pójdziemy, bo umierasz sam
[Na słowo: „sam”, wychyla się ze sceny i pochyla nad leżącym. Taka usiłuje go uderzyć łapą, ale chybia haniebnie.]
Ty tym razem już na dole, ja mam słońca żar
[Na słowo: słońca, wskazuje na niebo, pomimo, że widać tylko księżyc.]
Ty nie jesteś królem, dzisiaj błazna grasz
Gdy oklasków chcesz w ogóle, tańcz jak tańczyć masz
[Na słowa: „błazna grasz”, Mtanga wyciąga łapę i uderza w ranę na oczach Taki. Rozsmarowuje krew na policzkach wroga, tworząc okrągłe plamy, podobne do makijaży klauna. Arbiter uderza kończynę Mtangi, ten cofa się z bólem. Wściekły uderza mocno z boku. Jego pazury rozrywają poziomą linią czoło szwagra.]
Ref:
Pełen bólu głos
Ślepy niczym los
Słaby jak kociaka dech
Miękki niczym grzywy włos
[Mtanga podnosi się, potem zeskakuje do Taki, obchodzi go na około z triumfalnym uśmiechem na ustach. Nie zauważa, że krew płynąca z rany na czole arbitra, dziwacznie zlepia włosy grzywy tegoż – krwawy kołtun wygląda niczym korona.]
Oto wielki pan
Co króluje nam
Władca od bezkresnych pól
Oto jest wasz król!
[Mtanaga trąca Takę w bok, ten się chwieje, ale nie pada. Wędrowiec parodiuje ceremonialny ukłon, a w tym samym momencie arbiter uderza. Jego łapa przechodzi nad pochyloną głową szwagra, co ten kwituje kolejnym wybuchem śmiechu. Śpiewa, śmiejąc się:]
Patrzcie na ten święty tron
Krwawi niczym on!
[Wskazuje na głaz sceny, na który padł chlust krwi księcia. Potem uderza na odlew Takę, ten cofa się, niezgrabnie zasłaniając.]
Druga zwrotka:
Lata w drugim rzędzie los mi kazał stać
Lecz wiedziałem co to będzie kiedy zacznę grać
[Mtanga znów wchodzi na głaz-scenę, jednocześnie uderzając końcówką ogona w policzek Taki.]
Grać jak ty grasz lepszą rolę, bo już przyszedł na mnie czas
Ja na górze, ty na dole; świat mnie kocha pierwszy raz
[Z triumfem podrywa się do góry, na chwilę staje na tylnich łapach, a przednie podnosi do góry, w geście zwycięstwa. Scena zmienia się na wizję Mtangi – wędrowiec stoi przed Złotym Stadem, które składa mu pokłon.]
Już od dzisiaj mój jest blask królewskich szat
Życia blichtr i tłumów chór u mych władczych łap
[Wizja z marzeń powoli blaknie, rzeczywistość piaskowej burzy nabiera barw. Taka z trudem podchodzi do sceny, kładzie łapy na górze głazu, chcąc się wspiąć. Mtanga przydeptuje jego kończyny.]
I to wszystko moje – zemsty słodki smak
Giń już błaźnie, bierz co twoje, mało tego wszak!
[Wędrowiec pochyla się nad szwagrem i uderza go głową. Taka pada do tyłu.]
Ref:
Pełen bólu głos
Ślepy niczym los
Słaby jak kociaka dech
Miękki niczym grzywy włos
[Mtanga stoi na kamieniu, chwyta łapą piasek, naleciały na skałę. Rzuca garściami w twarz Taki, co wyraźnie boli księcia, zwłaszcza gdy brud zetknie się ze świeżo rozciętą blizną.]
Oto mocny lew
Najprzedniejsza krew
Z żył wypływa, wyje ból
Oto jest wasz król!
[Rzucając ostatnią garść, zastyga z wyciągniętą łapą, wskazując Takę. Ten siada na ziemi, brocząc obficie z rany na twarzy. Kiedy piasek wpada do jego ust, kaszle głośno i nowa porcja krwi wypływa, tym razem z jego ust.]
Z nieba dany, święty wódz
We krwi z własnych płuc
[Kończy władczym krzykiem i uderza zaciśniętą w pięść łapą w głaz.]
[Muzyka cichnie.]
- I co teraz, mój książę? – zapytał jadowitym tonem Mtanga. – To ja zostanę królem.
- Nie, nigdy ci się to nie uda. – z trudem wysapał Taka, a jego szwagier zmarszczył groźnie brwi. – To że przebierzesz się w szatki króla i usiądziesz na tronie, nie uczyni cię władcą.
- Nie. – przyznał Mtanga, patrząc z góry na arbitra. – Ale mój rozum i spryt tak. – Odpowiedział mu jedynie śmiech Taki. – Z czego się śmiejesz, żałosny błaźnie.
- To ty tu jesteś błaznem! – warczał, wciąż dusząc się ze śmiechu książę. – Tylko udajesz monarchę. Wiesz po czym poznać króla?
- No, oświeć mnie.
W głowie księcia wołały odległe głosy. W ciemności jego zmysłów, nagle zabłysły dobrze znane sylwetki, postacie rodziców. Zdawały się wskazywać jeden kierunek, tuż przed Taką. I lew w tej samej sekundzie poczuł, że widzi świat przed sobą – płaski głaz, a na nim Mtangę. Zimna determinacja ścisnęła gardło księcia. „Nie!” szepnął w jego umyśle cichy głos, tak podobny do głosu Ziry. „Jesteś królem. I jako król masz do wypełnienia święty obowiązek.”
- Po tym, że jest gotów oddać życie za swoje królestwo. – odparł Taka i z trudem podniósł się na cztery łapy.
- Wiesz... – zachichotał wędrowiec. – Czasem ciężko to poznać.
- Zawsze... – arbiter przykucnął na tylnich łapach. - ...można... – zacisnął zakrwawione powieki i napiął obolałe mięśnie. - ...to... – podniósł ogon, aby lepiej wyczuć kierunek wiatru. - ...SPRAWDZIĆ! – I wyskoczył ku uzurpatorowi.
Zaskoczony Mtanga zobaczył jedynie, że z piaskowego obłoku wyłania się sylwetka lecącego lwa. Twarz Taki krwawiła, ale wędrowiec mógłby przysiąc, że za miejscu wydrapanych oczu goreją czerwone gwiazdy. Wzrok króla, wzrok wymierzającego sprawiedliwość.
Arbiter uderzył o siedzącego wędrowca z potężną siłą. Nie zadał żadnego ciosu, a jedynie ułożył łapy do ostatecznego pchnięcia. Oderwał szwagra od skały i razem poszybowali dalej, w piaskowe chmury. Pomimo wszechobecnego pyłu, szybujący pod księciem Mtanga z przerażeniem ujrzał krawędź masywu, oddalającą się od nich z bezlitosną powolnością.
Po czym runęli w dół.
*
- Nie dasz... – powtórzył głucho Hofu. – Kochasz go.
- To chyba jasne, uzurpatorze. – odparła Raia, szczerząc kły. – To mój król. Mój!
Wędrowcy cofnęli się, jakby uderzeni niewidocznym ciosem. Hofu i Udole spojrzeli niepewnie na Baridiego, a on milczał długo, aby wreszcie nieśmiało zwrócić się do lwicy.
- Chcieliśmy was uratować od tyrana. – szepnął cicho i niepewnie.
- Wpierw musicie nas zabić, jedną po drugiej. – odparła piaskowofutra. – Tak chcecie nas ratować?
- Ale my...
- Zdobywacie tron dla Mtangi. – syknęła Raia. – A przynajmniej mam taką nadzieję. Bo jeśli chcecie zabić króla i sami rządzić jak władcy, wszyscy, bez praw i hierarchii, to was trzeba ratować. Jesteście szaleni.
- To nie Mtagna zabił waszą królową. – jęknął Baridi. – To Dhalimu.
- Kłamca! – ryknęła lwica. – Wierzę swojemu królowi... i Bace, która tego wieczoru była z nim. - Wędrowcy cofnęli się ku ścieżce w dół, wbijając spojrzenia w ziemię.
- Ale jeśli to nie on, to kto? – jęknął Hofu. – Nie...
- Jesteśmy przeklęci, bracia! – załkał Udole i jak na komendę, cała trójka odwróciła się ku zejściu i ruszyła w dół.
A na szczycie masywu został już tylko Dhalimu, podtrzymywany przez Raię. Para dłuższą chwilę patrzyła w piaskową ciemność, za uciekającymi napastnikami. Potem jednak ocknęła się lwica. mocnej chwyciła swego ukochanego i szepnęła mu na ucho.
- Musimy iść, najdroższy. Burza nas zabije.
*
Stado zebrało się tuż przed wejściem do groty, u wylotu Akacjowej Alei. Choć burza napierała coraz silniej, Złote stały twardo, wpatrzone z nadzieją
- Nie ma ich! – meldowała Simmi wiszącemu na szyi Akry Kauliemu. – Burza się wzmaga, nie widać śladów. Za to znaleźliśmy nieprzytomną Kotę, obok wschodniego wejścia na szczyt.
- Są już na szczycie! – jęknęła Akra. I skoczyła ku ścieżce.
- Ssssstój! – krzyknął pyton. – Za późno. Jeśli wessszli na górę, to dwóch z nich zablokuje podejśśśścia i będziemy sssszturmować na próżno. Dhalimu i Taka musssszą sobie radzić ssssami.
Przerażone lwice zamarły, odruchowo spoglądając na spowity pyłowymi chmurami szczyt. I nagle ciemny kształt sfrunął z góry, uderzając ciężko o piasek pod ich nogami.
- Mtanga? – jęknęła przerażona Amali i rzuciła się ku splątanym ciałom.
- TAKA! – wrzasnęła Kota, z trudem otwierając oczy. Dwie lwice chwyciła zębami jej futro i zaciągnęły ku lwom.
Mtanga upadł jako pierwszy na piasek alei. Życie natychmiast uleciało ze zgruchotanego ciała, być może jeszcze zanim te dotknęło ziemi – na szyi uzurpatora czerwieniły się dwie rany. Amali podbiegła do ciał i zamarła, rozpoznając, ze na jej martwym partnerze leżał jej brat.
Taka żył jeszcze, choć nawet pobieżny rzut oka na rannego oznajmiał śmiertelny wyrok dla arbitra. Wędrowiec nieco złagodził upadek czarnogrzywego, ale książę krwawił z niezliczonych ran, a jego łapy i żebra były zgruchotane. Z ust krew płynęła gęsta strugą, a każdy, z trudem chwytany oddech, spieniał czerwoną ciecz.
- Gwiazdy... – jęknęła Amali.
- Wybacz mi... siostrzyczko... – wyszeptał Taka. – On chciał zrobić krzywdę... nam wszystkim...
Lwica upadła na ziemie i wybuchłą płaczem, tuląc się zarówno do ciała partnera, jak i brata. W tej samej chwili, lwice zauważyły trzy sylwetki lwów, stojące w chmurach pyły i patrzące na widowisko w alei. Akra już ruszała, aby zaatakować wędrowców, ale Kauli powstrzymał ją syknięciem.
- Taka, dlaczego? Co się stało? – jęczała Amali.
- Musiałem. – odparła głucho Taka. – Wierzysz mi? – siostra skinęła głową. – Nie oceniaj go zbyt surowo... – przerwał, aby wyksztusić z płuc kolejna porcję krwi. - ...chciał cię uczynić królową.
Kota podeszła do ukochanego z drugiej, prawej strony i matczyną delikatnością ściągnęła jego ciało z ciała wędrowca. Arbiter leżał więc na piasku i oddychał z trudem. Uśmiechał się przy tym beztrosko.
- Taka... uratowałeś nas... – płakała Kota. – Ale nie wolno ci umrzeć. Nie teraz!
- Nie teraz. – przyznał lew. – Jeszcze nie. Królowie umierają powoli. Gdzie są... O, już przyszli.
- Król! – rozległ się zdumiony ryk.
Lwice odwróciły pyski ku zachodowi, aby ujrzeć Raię i Dhalimu, biegnących, czy może lepiej napisać: kuśtykających ku stadu. Brązowogrzywy lew dopadł do umierającego wroga, podniósł łapę i ku przerażeniu zgromadzonych spuścił ją na Takę. Zatrzymał kończynę tuż nad czołem rannego, po czym położył ją na głowie, powoli i delikatnie.
- Wygrałeś, Taka. – powiedział Dhalimu. – Zgodnie z Prawem Wyzwań, wygrałeś pojedynek. Pierwszy, o własnych siłach upuściłeś pole bitwy. – Widząc zdumienie Rai, szepnął jej na ucho. – Wybacz, kochanie. Muszę być posłuszny prawom. A ty zawsze będziesz dla mnie królową. – Do stada zaryczał głośniej. – Słuchajcie mnie... Ja, Dhalimu ze Złotych Piasków, oświadczam, ze Taka Drugi, Lwioziemiec, pokonał mnie w pojedynku. Składam swój urząd u jego łap.
- Rychło w czas... – szepnął Taka. - Fa... faktycznie, nie lubisz pośpiechu. – I wybuchł spazmatycznym śmiechem, co tylko wzbudziło kolejną falę krwi z jego ust.
- Oszczędzaj siły, Taka. – poradził były król. – Musisz to ogłosić.
- Ale Dhalimu... – jęknęła Kota. – On...
- Samico! – ryknął brązowogrzywy. – Dość już zamieszałaś. Daj samcom spełnić, co do nich należy.
Taka przymknął niewidzące oczy, a stado jęknęło, myśląc, że odchodzi. Ale on tylko zbierał siły, patrząc wzrokiem duszy na Akacjową Aleję. Stały tam duchy przodków, spoglądając z dumą na swojego następcę. Dzięki temu nowy król przełknął krwawą ślinę i z całej mocy zaryczał – głośniej od wzbierającej burzy. Niebo pomogło wybrankowi, grzmiąc potężnie.
- Oto król! – syknął Kauli, a Złote pochyliły głowy w hołdzie uznania. Wszystkie, prócz Rai.
- Fakt... ty nie. – szepnął Taka. – Ty masz już swojego króla i nic tego nie zmieni. – Skierował pysk ku Dhalimu. Pomimo, że mnie mógł widzieć brązowogrzywego, czuł doskonale jego obecność. – Wybacz, przyjacielu, ale nie możesz tu zostać.
- Wiem. – odparł lew. – Straciłem to królestwo. Ale żądam, aby Raię traktowano z honorami królowej. Stała się królową, wczoraj na szczycie.
- Oczywiście... – odparł Taka. – Ja już tego nie dopilnuję, ale...
- NIE! – przerwała zdecydowanym głosem lwica. – Jeśli Dhalimu odchodzi, ja też odejdę. Idę z moim królem... – Brązowogrzywy spojrzał na nią, nieco zaskoczony. Jego usta wydawały się szeptać krótko: nie musisz! – I idę z moim partnerem. Muszę. Chcę. - Wtuliła głowę w grzywę Dhalimu.
Kota wciąż leżała obok ukochanego, płacząc, ale i z uwagą patrząc na jego zakrwawione oblicze. Taka jakby wyczuł to spojrzenie, gdyż zwrócił pysk ku niej i zapytał.
- Jesteś pewna, że nosisz w sobie naszego kociaka? – kiedy przytaknęła, mówił dalej. – Jesteś gotowa wychować go na następnego króla Złotych Piasków?
- Taka... – jęknęła, ale w tym głosie brzmiała też zgoda.
- Słuchajcie... Do czasu aż mój potomek nie dojdzie do słusznych lat, Kota rządzi, jako Złota Regentka. Czy to zrozumiałe? – pośród zgromadzonych rozległy się pomruki potwierdzenia.
- Taka... zrób coś z trójką tych nicponi. – przypomniał szeptem Dhalimu.
- A, tak... – przytaknął król. – Oni nadal tam stoją? – zapytał, wskazują pyskiem na pustynię. Stado jęknęło ze zdumienia, gdyż ślepy władca nie miał prawa tego dostrzegać. – Przyprowadźcie ich tu, bo ich burza zasypie... – Kiedy wędrowcy podeszli w skupieniu do rannego, ten zwrócił się do siostry. – Zostaniesz w Złotych Piaskach, czy pójdziesz z nimi? – Słysząc zdumione jęknięcia lwów, dodał. – No co się dziwicie. Miałbym się na was mścić z powodu Mtangi? Idźcie swoją drogą, byle byście już nigdy nie siali burzy, tak jak dzisiaj. – Znów spojrzał na siostrę. – Amali?
- Nie mogę tu zostać. – odparła łamiącym się głosem lwica. – Nie po tym, jak tu zginął Mtanga. Wybacz, bracie.
- Pani, zaopiekujemy się tobą. – zakrzyknął zdecydowanie Baridi. – Oczywiście, jeśli będziesz tego chciała.
- Idź, siostrzyczko. – szepnął król. – Zacznij wszystko od nowa... A gdybyście kiedyś trafili do domu... To powiedz Dahabu... że będę na was patrzył z nieba.
- Żegnaj, bracie. – powiedziała Amali i wstała. Odruchowo wtuliła się w bok Baridiego.
- To wszystko? – zapytał cicho Taka.
- Chyba tak. – odparł Dhalimu. – Ale nie mam pewności. Sam nie byłem najlepszym królem.
- A więc dobrze... – westchnął Taka. – Słuchacie królowej, moi poddani. Ona przeprowadzi was przez trudny czas. Koto... kocham cię.
Złotofutra zacisnęła powieki i głębiej wtuliła się w grzywę partnera. Trwała tak długie minuty, aż do czasu, kiedy była już pewna, że w piersi króla nie płonie już żadna iskierka życia. Wtedy natychmiast podniosła głowę, strzygąc uszami. Wiatr ustał błyskawicznie, a spomiędzy chmur błysnął nowy, odległy punkt na niebie.
- Jaki prezent, najdroższy? – szepnęła w ciemność.
Powoli, leniwie, ale i nieubłaganie, krople deszczu pomknęły z nieba na spotkanie ziemi. Padały na zaskoczone lwy i lwice, żłobiąc na pyskach nowe bruzdy. Tym razem stokroć weselsze niż bruzdy po łzach. Po trzech latach śmierci, do lwich krain wracało życie. Wraz z odejściem króla Taki Drugiego Druga Susza została zakończona.
16 – Epilog (Stary, Wspaniały Świat)
Deszcz z niezwykła siłą bębnił o suchy piasek. Woda na pustyni nie padała z nieba od lat, dlatego Złote Stado, zmarło w zdumieniu, poruszone śmiercią władcy, tak samo jak niewiarygodnym zjawiskiem, które czuła na własnych futrach. W końcu Busu podniosła pyszczek ku niebu, otworzyła go i z kocięcą radością zaczęła połykać krople. Po chwili krzyknęła.
- Woda... ile wody!
I mroźny żal lwic zmienił się w wybuch radości. Złote, wędrowcy, nawet Dhalimu, słowem – wszyscy wznieśli ku chmurom triumfalne ryki. Co młodsze samice, te które jeszcze nie widziały w życiu prawdziwego deszczu, ruszyły w szaleńczy tan, ze śmiechem rozchlapując szybko powstające kałuże. Tylko Kota oraz Amali trwały przy swoich zmarłych, nie potrafiąc porzucić żałoby nawet dla tak niezwykłego zdarzenia. W końcu Raia porzuciła skaczące w tańcu towarzyszki i pochyliła się nad nową królową.
- Sądzę, że nie chciałby, abyś płakała. – szepnęła jej do ucha. – On zginął także po to, abyś mogła się cieszyć.
- Wiem. – odpowiedziała złotofutra. – To on nam przyniósł deszcz.
*
- Piękne, co? – zagadnął uprzejmie Sparthi. Duch trzymał w niematerialnych zębach gwiezdny kark Taki. Obaj powoli wznosili się ponad Złote Piasku, ku deszczowym chmurom. Oczywiście, pustynny patron mówił wyraźnie pomimo zajętych szczęk. W świecie Gwiazd wiele praw ziemi nie miało już znaczenia. – Jaka z tego będzie wspaniała pieśń! Aż szkoda, że to nie ty ją ułożysz. Tylko pomyśl: bohaterska śmierć króla przywraca ład w Kręgu Życia. Woda spada ku ziemi, dusza idzie ku Gwiazdom. Mijają się w połowie drogi, co można bardzo pięknie opisać.
- E... e... – odparł zmarły. Nie rozumiał, co do niego mówiono, właściwie wciąż nie wiedział gdzie się znajduje, ale na wszelki wypadek zaartykułował jęk w formie ostrożnego potwierdzenia.
- Ależ nie przejmuj się, tym co mówię. – poprosił Sparthi. – Ja gadam od rzeczy i tylko po to, abyś szybciej przezwyciężył szok przejścia. Jeśli chcesz, mogę ci pośpiewać kołysankę... Ale, ale... już niemal jesteśmy na miejscu.
- Ja... widzę. – szepnął Taka, spoglądając w dół. Tak jakby najdziwniejszym elementem jego kondycji był odzyskany wzrok, a nie fakt, że właśnie wzlatywał pomiędzy chmury, setki metrów nad ziemią.
- I jak? Ładny jest ten nasz dom, zwłaszcza widziany z tej perspektywy.
- Ja nie żyję. – stwierdził czarnogrzywy. – Mama... Tata...
- O, już. Są tutaj. – stwierdził Sparthi i wypuścił krewnego z uchwytu.
Stali na warstwie ołowianych chmur deszczowych, choć właściwie nie miało to znaczenia. Byli wszędzie i nigdzie, tak jak wszyscy Dawni. Otoczyli nowoprzybyłego ciasnym kręgiem, dotykając go łapami i witając bez słowa.
- Taka! – zaszlochała w końcu Vitani. – Synku, wybacz mi!
- Mamo, ja zostałem królem. - odparł lew, głosem dumnego z siebie kociaka. Szok nowej kondycji mieszał zmarłemu zmysły, ale nie przytępił owego uczucia dumy i dobrze spełnionego obowiązku. – Tato, udało mi się! Tanabi podszedł do syna i przycisnął głowę do jego grzywy. Vitani tym czasem lizała policzek Taki, płacząc cicho. – Mamo, tato... już po wszystkim... chyba. – mruknął, spoglądając ukradkiem ku Sparthiemu. Lew skinął głową. – Jestem tu z wami, nie ma po co płakać.
- Tak, wybacz nam, że cię w to wciągnęliśmy. – powiedział poważnie Tanabi. – Nie mogę tego żałować, bo dzięki twojej ofierze Złote przetrwały suszę, ale... boli mnie, do czego dopuściliśmy.
- Chwileczkę... – jęknął czarnogrzywy. – Ale przecież to nie wasza wina...
- Ale nasza odpowiedzialność. – wtrąciła Zira. Złota lwica podeszła do wnuka i spojrzała mu prosto w oczy. – Mój drogi, powiedz, proszę, że nie czujesz żalu do rodziców... i do mnie. Jeśli się na nas nie gniewasz, ulżyj nam, pomóż. Twoja śmierć bolała nas więcej niż ciebie.
- Babciu, mamo... tato... – odparł zdumiony król. – Jeśli to wy pomagaliście mi w drodze, jestem wam tylko wdzięczny, że robiliście to tak mądrze. Jestem dumny, że mogłem pomóc Władcom z Przeszłości w ich obowiązkach wobec żywych. – A potem nachylił się do ucha Vitani i powtórzył, znów kocięcym głosem. – Mamusiu... jestem królem!
- I to z klasą! – odezwał się mocarny głos. Skaza stanął obok Ziry i również spojrzał na wnuka. – Witaj, mój imienniku. Jestem Skaza, Taka Pierwszy, obecny arbiter nad lwimi krainami. – Zmarły skłonił głowę, a jego rodzice odeszli kilka kroków. Łzy w oczach Vitani zamarły, a na ustach zakwitł pełen dumy uśmiech. – Jak zapewne widzisz, twój ziemski szlak dzisiaj się skończył. Jesteś teraz pośród gwiazd i nas, twojej niebieskiej rodziny. Ja, jako zwierzchnik rodu, muszę to powtórzyć: Król i to z klasą. Taka, niektórzy monarchowie rządzą piętnaście lat. Ty władałeś piętnaście minut... – pomimo poważnej miny, na sekundę wykrzywił wargi w uśmiechu. - ...a okazałeś więcej zalet króla niż wielu innych wodzów. Obroniłeś Krąg. To dlatego próba się skończyła. Deszcze wróciły.
- Czy Złote Piaski będą... – jęknął z nagłym niepokojem.
- Taka, to już nie twoje zmartwienie. – przerwał mu Skaza. – Zaufaj żywym, tak jak my zaufaliśmy tobie. Oni sobie poradzą. Stary, wspaniały świat wrócił.
*
Dhalimu długo żegnał się z lwicami. Głównie przepraszał, a Złote dziękowały. Każda, nawet najbardziej upokorzona przez byłego władcę samica znalazła w sercu coś, za co była mu wdzięczna. Raia w duchu błogosławiła stadne siostry za wielkoduszność. „Teraz mogę już to przyznać.” Myślała. „Mój najdroższy był złym królem. Ale one były dobrymi poddanymi. Dziękuje wam, dziewczyny.” A jednocześnie słuchała słów Koty.
- Wybacz, Raia, tak musi być. – mówiła nowa królowa. – Dhalimu tu rządził, a kto raz był królem, ten na zawsze zachowa majestat. Nie ma dla niego miejsca w stadzie, ale zapamiętamy go... bez gniewu.
- Wiem i jestem wam za to wdzięczna. – odparła piaskowofutra.
- Raia, będzie mi ciebie brakowało. – nagle zapłakała władczyni i wtuliła się w futro przyjaciółki.
- Mnie też, Koto. – mruknęła lwica. – Ale ja idę ze swoim królem, tam gdzie los go zaprowadzi. Będę o tobie pamiętała... i o Tace. – Przytulona królowa pokiwała delikatnie głową. – Ale nie przedłużajmy pożegnań. Obie mamy przed sobą własne powinności.
- Wiem. Żegnaj, przyjaciółko. – powiedziała Kota, odsuwając się od piaskowofutrej.
- Żegnaj, buntowniczko! – mruknęła lwica i obie wybuchły śmiechem. – Kocham cię.
Po czym podeszła do Dhalimu, trąciła go w ramię i razem ruszyli ku wschodzącemu słońcu. Kulejący samiec co chwila wspierał się na ramieniu partnerki, a ona szła wolno, nie popędzając go, co najwyżej zachęcając uśmiechem do dalszej drogi.
- Spójrz... – mruknął brązowogrzywy. – Ile kwiatów... wyrosły tak szybko, jakby tylko czekały na nadejście deszczu. Są piękne, tak jak ty. – spojrzał w oczy Rai.
- Czekały. – przyznała lwica. – Może nawet lata trwały w suszy, aby teraz zakwitnąć. Ale chodźmy, przed nami cały świat.
Trąciła w bok swojego króla i znów ruszyła na wschód. Choć była monarchinią nieistniejącego królestwa, nigdy w życiu nie czuła się tak szczęśliwa.
[Akheri]
[Piosenka końcowa. Widzimy napisy, podziękowania „udział_w_zieli”... ect, ale w tle oglądany także dalsze, już nieme sceny z filmu. „Piosenka Vitani” ma melodie wesołą, skoczną i wyraźny, prosty rytm, ułatwiający zapamiętanie tekstu.]
[Widzimy scenę w zwiększonym tempie – ujęcie Złotych Piasków i fragmentu pustyni z lotu ptaka – z ziemi wyrastają kwiaty i szczelnie pokrywają okolicę.]
Mądre lwy Złotego Rodu
Z piaskiem żyją za pan brat
Bronią od lat swego grodu
By go nie zasypał świat
[Po kwiatowym dywanie chodzą lwice, kilkakrotnie niosąc obfite zdobycze.]
Kiedy wypić chcą conieco
Aby z gardła przemyć pył
Tę piosenkę nucą, wiedząc
Że im zawsze doda sił:
[Kwiaty więdną, znów wyłania się spod zieleni piasek, ale wyraźnie widać, że Złote Piaski mają wystarczająco wody.]
Na dwa łokcie wykop jamkę
Pod wiatr zostaw małą szparkę
Potem idź spokojnie spać
[Sceny już w zwykłym tempie – widzimy Akrę, pokazującą Bace jak kopać dołki na rosę]
Zanim słońce rankiem wstanie
Pod kamienie łapkę włóż
Wypij rosy srebrne danie
Nim je dnia wysuszy kurz.
[Zbliżenie – obie lwice wyciągają spod ziemi chrust akacjowy, z którego kapie woda. Młodsza samica patrzy z podziwem na starszą.]
Burza nie zaskoczy ciebie
Jeśli umiesz czytać z chmur
Czerwień na wieczornym niebie
Wieści ranny wichru chór
[Potem obie spoglądają na horyzont, gdzie widać odległe chmury. Akra trąca Bakę w ramię i obie idą w kierunku jaskini.]
Więc nie wychodź dziecko z nory
Dzisiaj lepiej dłużej spać
Burza przejdzie do wieczora
Zło nie może wiecznie trwać
[Ujęcie Złotych piasków, owiewanych silną burzą. Zbliżenie na wejście do groty, kamera wjeżdża do środka. Widzimy Kotę, pielęgnująca małego kociaka, o twarzy przypominającej Takę Drugiego.]
Wszystko na swe miejsce wróci
Trzeba czekać na ten czas
Schronić się i piosnkę nucić
Śpiewaj z nami jeszcze raz
[Kota podnosi głowę zamyślona i uśmiecha się. Ujęcie przemienia się w kadr na twarz Rai, będącej gdzieś zupełnie indziej. Odjazd kamery, widzimy, że piaskowowfutra też pieści kociaka, a obok niej śpij Dhalimu. Wciąż „zoom-out” i widzimy, że rodzina mieszka w pniu wielkiego baobabu, który dobrze chroni ich przed burzą. W pyłowej zawierusze widzimy blade sylwetki Taki Drugiego, Nivy i Mtangi, patrzących na drzewo. Mtanga odwraca wzrok z widocznym wstydem, ale Niva trąca go łapą, wskazuje syna Dhalimu i Rai, po czym uśmiecha się przyjacielsko. Wędrowiec wzdycha z ulgą. Ekran ciemnieje, widać tylko resztki przydługich napisów;) ]