Królowa Piasku-XVII

17 – Luli luli laj!


- Więc jesteś już gotowy! – mruknęła Zira, patrząc na swego młodszego syna. – Pięknie... po prostu pięknie. Masz w sobie duszę Skazy! Co jest twoim celem?

Kovu odparł, tak jak się tego spodziewała. Zemsta była już w zasięgu łapy jej syna. Złota królowa powoli odzyskiwała wierzę w powodzenie misji. Kovu był kluczem do zabicia Simby i odzyskania tronu Lwiej Ziemi. Zira uważała ten dzień za święto... po długiej żałobie.

Śmierć Hawy nie była tylko śmiercią lwicy. To była strata ukochanej podopiecznej, bliskiej sercu królowej jak mało kto. Władczyni dusiła się gniewem i żalem, wiedząc że nigdy już nie zobaczy tej najwspanialszej ze swoich poddanych, która nie była Złoziemką z krwi, ale stałą się nią w sercu mocnej, niż ktokolwiek ze stada. Więc ten piękny kwiat został zerwany... przez Simba, a przez kogóż by innego? Tylko ten lew potrafił ją ranić tak boleśnie.

Ale poza osobista stratą, śmierć Hawy była ciosem dla całego stada. Stracili najlepszą wojowniczkę, niemal tak groźną jak Kovu. Lwica była też żywotnym elementem wspólnoty, wpierającym na duchu wątpiące i słabsze siostry. Ale już odeszła...

I odszedł od Ziry jej syn, Nuka. Lew zmienił się od tamtego dnia – królowa była wręcz przerażona, co stało się z jej najstarszym dzieckiem. Schudł nawet jeszcze bardziej, ale nie o to chodziło. Zira postanowiła spojrzeć prawdzie w oczy... Nuka oszalał. Śmierć ukochanej zerwała w jego wnętrzu jakąś delikatna strunę, tak że całymi dniami wahał się pomiędzy stanem chorobliwego rozbawienia a wszechogarniającą melancholią, albo pomiędzy niespożytą wolą działania i paraliżującym strachem. Zira mówiła w samotności do Skazy od lat, ale kiedy usłyszała, jak to samo robi jej syn, przeraziła się. Nuka uwierzył, że ojciec nakazał mu pokutę za porażkę: aby zabił Simbę osobiście. Aha, i oczywiście, Nuka czasem ruszał na lunatyczne wędrówki po Złej Ziemi, wciąż wołając za Hawą.

W przebłyskach rozsądku, rozmawiał z królową jak dawny Nuka. Ale takie dni nie były częste. Przez większość czasu, lew wydawał się być przerośniętym kociakiem, równie psotliwym jak kapryśnym. Może w lżejszych czasach, szybciej odzyskałby równowagę ducha. Ale Zła Ziemia przeżywała kryzys, jak w najgorszych dniach pory suchej. Simba przygotowywał się na wypuszczenie córki na pierwsze polowanie, wiec wysyłał patrole na całą sawannę, w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń. Złoziemcy byli zmuszeni albo do nieefektywnych polowań całym stadem, albo szukania żywności u siebie. A Nuka, najlepszy w zdobywaniu jedzenia na tej nieprzyjaznej glebie, nie był w stanie już im pomagać. Głód czynił lwice niespokojnymi. Oczywiście, wciąż były posłuszne Zirze, ale morale było niskie. Nikt już nie traktował odzyskania Lwiej Skały, jako aktu sprawiedliwości. Stado widziało w ich walce już tylko szansę dostania się do raju łatwych łowów i dostatku świeżej wody. Królowa usiłowała jakoś zaradzić pladze głodu, ale nie był w stanie naprawić szkód, które wyrządziła dziwaczna pogoda i Simba. Niedojadała, zostawiając więcej dla sióstr, tak więc sama żyła na skraju wyczerpania. Zrozumiała, że taki tryb wegetacji ją także zapędzi w szaleństwo. Atak na wroga był koniecznością – Złote Stado miało nie przetrwać kolejnej pory suchej na Złej Ziemi.

- Co musisz zrobić? – zapytała syna Zira, wyobrażając sobie dzień ratunku dla jej stada – moment śmierci Simby.

- Musze go zabić! – odparł Kovu napiętym głosem. Też był głodny.

*

Rozmyte obrazy, nieuchwytne wspomnienia. Przeszłość i teraźniejszość, rozpływające się w sobie.

Ona, wysyłająca Kovu, aby zwiódł Kiarę. Zapach gorącego i dusznego dymu nad sawanną. Oglądanie zabawnej sceny, kiedy Simba przyjmuję Kovu do stada. I czekanie, przeklęte czekanie. Vitani była niecierpliwa, poszła na zwiad. Kovu jeszcze nie zabił Simby, choć był blisko... Więcej czekania. I ten GŁÓD.

Dzień po wyjściu Kovu, Zira zarządziła stadu najeść się za wszelką cenę. Pożerali stare truchła, wysysali szpik z suchych kości, nawet jedli termity i to w olbrzymich ilościach. Groźba zatrucia jadem? Groźna, ale nie tak jak wszechobecny głód. Musieli odzyskać choć cześć sił na zbliżająca się walkę. Zira połknęła kolejną porcję obrzydliwego robactwa, mając nadzieje, że Kovu był już bliski swego celu.

*

- Nie mogę na to patrzeć! – jęknął Skaza. – Tarki, zrób coś!

Gwiezdni przyjaciele: Skaza, Tarki, Sparthi i Amini leżeli na szczycie Termiciego Wzgórza, niewidoczni w świetle dnia. Słońce powoli schylało się ku zachodowi, a oni patrzyli na smutną rutynę życia umierającego stada. Nawet Tarki, zazwyczaj tryskający niewybrednymi dowcipami, był tego dnia cichy. Ta cisza była okrzykiem rozpaczy.

- Wiesz, że nie możemy zrobić niczego. – odparła gwiezdny lewek zbolałym głosem. – Twój atak na ojca i interwencja Aminiego również łamały pakt. Mamy z nimi remis – i oni przekroczyli prawo i my.

- Uczciwe, nie? – syknął Sparthi. – Skaza i Amini jedynie próbowali udaremnić wcześniej zaplanowany spisek, a Mufasa... – spojrzał na martwego króla i powiedział ponurym głosem. – Gdybym miał takiego brata... też mógłbym go zabić!

Znów zamilkli na długie minuty, aż wreszcie Amini zapytał.

- Więc co zrobimy teraz?

- Ty, nic. – odparł Tarki. – Rozmawiałeś z Kovu, co Ahadi uznał za interwencję. Skaza jest poza rozgrywką i tak, gdyż nie może nawiązać kontaktu z nikim ze stada... A ja zostałem arbitrem. Więc pozostał tylko Sparthi... przeciw dwóm Dawnym.

Piaskogrzywy lew westchnął z żalem i schylił wstydliwie głowę. Odparł cicho.

- Jestem zbyt słaby, aby ich obu pokonać. Wybaczcie...

- Tak, wiemy. – mruknął Skaza. – Nikt z nas nie jest dość silny. Wiedzą, że mają przewagę i tylko czekają, aż złamiemy pakt. A wtedy wtrącą się bez litości.

Znów cisza okryła szczyt wzgórza. Czwórka przyjaciół była bezsilna wobec zasad, które rządziły światem nieba - Krąg Życia dopadł ich nawet po śmierci. Ale nagle, poczuli obecność kogoś nowego, kto był rzadkim gościem na Złej Ziemi.

- Sarafina. – mruknął Skaza obojętnym głosem.

- Mam odejść, Taka? – zapytała lwica.

- Nie. – odparł lew z ironią. – Usiądź z nami i oglądaj spełnienie snów, które śniłaś razem z córką: oto Złote Stado znika z historii.

Lwica podeszła do duchów i usiadła na półce skalnej tuż pod nimi. Spojrzała się na Skazę i zapytała smutnym głosem.

- Wciąż jesteś na mnie wściekły? – Lew nawet nie drgnął. – Tak, wciąż masz powody... Ale jestem tu, aby odkupić choć część moich błędów. Znam sposób, aby uratować... tak wiele spośród Złotych, jak to jest możliwe.

- Tak? A co Hawaa na to? – syknął Skaza jadowitym głosem. Sarafina spuściła wzrok ku ziemi i odpowiedziała łamiącym się głosem.

- To ona mnie przysyła... Bałam się przyjść do was, ale ona mnie zmusiła. – ponieważ żaden z duchów się nie odezwał, kontynuowała. – Jest sposób na uratowanie stada... ale to wymaga porażki Ziry... i poddania się reszty. Nie musicie robić nic, Hawaa i ja zajmiemy się wszystkim. Ona mówi, że potrafi nawiązać kontakt z Vitani... z nią, bo Nuka nie jest w stanie teraz rozmawiać z nikim. Więc, posłuchajcie mnie tylko...

*

I wreszcie, ten dzień nadszedł.

Kovu zwabił Simbę w zasadzkę... Nie, właściwie Zira prowadziła tam stado przypadkiem, wracając z polowania. Ale nie ważne, dorwali uzurpatora niedaleko rzeki...

- Atak! – rozkazała Zira i ruszyła na czele pościgu.

Nie byli przygotowani, więc uciekający wymknął się w pierwszej chwili. Jednak zapędzili go do wąwozu, skąd nie było ucieczki. Nie było ucieczki – Zira rozkoszowała się tą myślą.

- Pamiętajcie, czego was uczyłam! Wszyscy razem! – krzyczała, choć mówiąc prawdę, nie było żadnego szyku. To był zwykły pościg za wrogiem... zdobyczą. Jak polowanie. Ale znużone lwice nie były wstanie schwytać ofiary. Uzurpator zaczął się w przypływie desperackiej siły, wspinać na stos martwych pniaków, leżących na ścianie wąwozu.

Na szczęście, Kovu był na miejscu. Spojrzał na wroga... i... nic nie zrobił.

Następne sceny zlały się w umyśle Ziry w jedną całość: Nuka, wspinający się za Simbą. Trzask, upadek, lecące belki... Jej syn... syn Skazy, umierający pod zwałami drewna.

- Nuka... – wyszeptała królowa.

- Wybacz matko... próbowałem... – syknął jej syn i odszedł ku niebu, do swojego ojca.

*

- Nuka! – krzyknęła Hawaa i chwyciła dusze lwa, powoli wznoszącą się ku górze. Pod nimi Złote Stado oddawało ostatni salut zmarłemu księciu. A w górze, duch Nuki był już w drodze ku niebu.

- Nuka! – szepnęła martwa lwica.

- Hawaa? – wyjąkał lew ze zdumieniem. – Ale jak... czy ja nie żyję?

- Tak ukochany, niestety! – chlipnęła Złoziemka i wybuchła głośnym płaczem. – Ja także się starałam, ale...

- Simba! Mama! – krzyknął lew i wyrwał się z uścisku Hawy. – Idą na Lwią Ziemię... – Ale wtedy w pełni zrozumiał, że nie mógł już nic zrobić. Nie mógł służyć już swej matce i stadu. – Ale... nie zdołamy im pomóc?

- Tak, mój synu. – odezwał się głos z góry. Skaza zstąpił na zbocze wąwozu i stanął przed Nuką.

- Ojcze! – szepnął lew i pochylił głowę z szacunkiem. – Tato, tak mi przykro, że cię zawio... ughm! – martwy król mocno przycisnął syna do piersi.

- Nie mów nic, mój chłopcze! – wymruczał Skaza, łamiącym się głosem. – Widziałem wszystko... twoją odwagę i oddanie. – zamilkł na dłuższą chwilę, po czym przemówił znów. – Ale teraz już jest po wszystkim... Możesz wreszcie odpocząć.

- Tato... co z mamą? Co z Vitani? – Nuka wyzwolił się z objęć ojca i spytał przerażonym głosem. – A co z... KOVU! – syknął lodowatym głosem, patrząc na sylwetkę samotnego lwa, biegnącego ku Lwiej Skale. – Nie... to niemożliwe... On nie mógł zdradzić! Mama mówiła, że był zawsze lepszy ode mnie... – Hawaa podeszła do ukochanego i położyła mu łapę na ramieniu. – Hawo, proszę... powiedz mi, że to sen!

- Uspokój się, mój drogi. – szepnęła. – Twój ojciec się tym zajmie... na ile zdoła.

- Hawo! – rozkazał Skaza. – Zaprowadź mojego syna na sklepienie, musi odpocząć. Ja pójdę ze stadem.

- Tak, mój panie! – potwierdziła lwica i skłoniła głowę. – Choć, Nuko, Musimy już iść.

- Tato... powiedz mi tylko jedno. – poprosił lew. – Czy zrobiliśmy dość?

Martwy król spojrzał na niego wzrokiem pełnym smutku i poczucia winy.

- Dość? Zrobiliście znacznie więcej, niż miałem prawo od was wymagać. – powiedział, łamiącym się głosem. – Synu, niedługo porozmawiamy... Ale teraz idę do twojej matki.

Podniósł łapę i dotknął czoła wysuniętymi pazurami. Był to starożytne pozdrowienie wojowników z Lwiej Skały, dawane jedynie po zwycięskiej bitwie. Nuka nie był przekonany, aby zwyciężył kogokolwiek, ale oddał salut. Skoro jego ojciec uznał go za godnego takiego pozdrowienia, to widać na jakiś sposób wygrał. Kiedy martwy król ruszył na północ za stadem, Nuka odwrócił się ku Hawie.

- Kochanie... Tak się cieszę, że jesteśmy razem... – powiedział wzruszonym głosem. – Ale boję się o mamę i...

- Nuka... – szepnęła lwica. – Twoje zadanie jest wypełnione. Teraz kolej tych co jeszcze żyją. Jeśli wypełnią swoje powinności choćby w połowie tak dobrze, jak ty... będą mogli być z siebie dumni.

- Ale... ja zawiodłem! Nie zabiłem Simby ani dziś, ani wtedy. – odparł ponurym głosem. Jednocześnie czuł, jak cały świat zwalnia i staje się coraz cichszy.

- Nigdy nie zawiodłeś! – odparła Hawaa. - Tamtego dnia przeszkodzono ci i to w nieuczciwy sposób. A dziś... dzień dzisiejszy jeszcze trwa. Może twoje stado dokona, co zacząłeś.

- Może... – powtórzył znużony Nuka.

- Musisz teraz odpocząć, aby zerwać więzy, które cię trzymają przy ziemi. Wkrótce, znów się spotkamy... i będziemy jednym.

- Zaśpiewaj mi kołysankę... – poprosił Nuka, ale w tej samej chwili zapadł w sen.

*

- To twoja ostatnia szansa, Zira: wracaj do domu! – warknął Simba w akompaniamencie ciężkiego deszczu. Dwa szeregi lwic stały na przeciwko siebie, a dwójka przywódców między nimi.

- Ja JESTEM w domu! – odparła zdecydowanie Zira. – Do ataku!

Złoziemcy ruszyli do natarcia. Królowa, choć zamroczona przez głód, gniew i żal po utracie dwóch synów – bohatera i zdrajcy, wciąż była dowódcą i myślała jak dowódca. Obserwując ruchy nieprzyjaciela i stwierdziła, że Lwioziemcy nie mają żadnej taktyki: ruszyli, gdy ruszyły Złote i przeszli do biegu, gdy zrobił to przeciwnik. Zira stała na skale za linią walki. Stanowiła jednocześnie centrum dowodzenia, jak i jedyną rezerwę. Była gotowa skoczyć do walki, gdyby szyk w którymś miejscu się załamał. W tym czasie zachęcała swoje stado.

- W oczy, uderzaj w oczy! Wyłam jej szczękę!  Tak! Niżej! Róbcie co trzeba! – wołała pewnym głosem, ale w środku drżała.

Dziewięć lwic przeciwko jedenastu i Simbie... Nie,  teraz już osiem na dziesięć, od kiedy Vitani odciągnęła Nalę. Z początku, królowa chciała odwołać córkę do szeregu, ale potem uznała, że ryzyko się opłaci – zabicie partnerki uzurpatora załamałoby morale wroga. Ale jej plan zawiódł, bo Złoziemcy nie zdołali złamać szyku Lwioziemców. Walka zmieniła się w kilkanaście osobistych potyczek, rozsypanych po polu bitwy. Zira zmarszczyła brwi, ale zmusiła się do spokoju. Chaos, który zapanował w walce był nie do uniknięcia. Ćwiczyli w dziesiątkę, z Hawą, jako ważnym elementem szyku. I nikt nie mógł zastąpić talentu lwicy. No chyba, że... Zira zaryczała, a niebo przeszyła błyskawica. Zeskoczyła na ziemie, aby przesądzić o wyniku wojny. Zaśmiała się i z ulgą i z desperacją: więc po tylu latach przygotowań, wszystko miało się z rozstrzygnąć w zwykłym pojedynku?

- Simba! – zawołała, idąc w kierunku uzurpatora. – Jesteś mój!

- Idzie na Simbę! – jęknął przerażony Amini.

- Wreszcie! – wyszeptali Skaza i Sparthi jednocześnie. Król pustyni dodał. – Nigdy nie widziałeś jej w walce... Simba ma poważny problem!

Więc obserwowali bitwę, z trudem powstrzymując emocje, podobnie jak dwa lwie duchy, siedzące na Lwiej Skale.

- Tato... czy możemy... – zaczął Mufasa, ale Ahadi mu przerwał.

- Nie, patrzą na nas i czekają, aż znów złamiemy pakt. Daj spokój! – zawołał. – To tylko lwica! Simba ją rozgromi.

- Tak, oczywiście. – potwierdził Mufasa, ale w jego głosie nie słychać było pewności

Zira uderzyła Simbę w ramię. A wtedy stało się coś niebywałego: uzurpator padł ciężko na ziemię. Jeden cios starszej, lżejszej i wycieńczonej głodem lwicy prawie znokautował wielkiego, ciężkiego i doskonale odżywionego samca. Niemal natychmiast wszelkie walki zamarły: nieprzyjaciele odskoczyli od siebie, aby widzieć pojedynek wodzów. Wojna miała się rozstrzygnąć wedle dawnego zwyczaju.

Zaskoczony i nieco przestraszony Simba stał w miejscu. Królowa powoli obchodziła go, obserwując jego niepewny wzrok. W końcu i Simba ruszył, by zając dogodniejszą pozycję, ale właśnie na to czekała Zira. Podniosła łapę do ostatecznego ciosu i...

- Kiara? szepnął zdumiony Simba, kiedy dwójka lwów wskoczyła między walczących.

- Kovu! – zawołała zdumiona Zira. – Przesuń się! – dodała ze złością i rozpaczą. Jej syn przeszkodził w najdogodniejszej okazji do ataku. – Jesteś słabszy, niż myślałam! Zejdź z mojej drogi! – syknęła królowa i poczuła ból płonącego wstydu. Jakże źle wybrała: Skoro Kovu, całe życie otaczany troską i uwagą, wytrenowany z pieczołowitością i zawsze dobrze żywiony zawiódł... a Nuka, przez lata w spychany na drugi plan, lekceważony i zapomniany, dowiódł lojalności aż do śmiertelnej ofiary... to znaczyło, że zawiodła, i jako królowa, i jako matka. Widmo porażki zasnuło jej myśli zanim jeszcze Kovu odpowiedział.

- Nie skrzywdzisz Kiary... ani Simby. Nie pozwolę! – warknął zdrajca, wciąż stojący na jej drodze do uzurpatora. A więc naprawdę straciła obu synów. „Obu z głupoty!” jęknęła w duszy. „Teraz mam tylko jeden sposób, by naprawić mój błąd: wygrać, lub zginąć!”

- Vitani... teraz! – rozkazała ostatnią szarżę. Ale w zamian usłyszała odpowiedź lwicy... która wyglądała jak jej córka... ale czy nadal była jej córką?

- Nie, matko! – powiedziała księżniczka. – Kiara ma rację: już dość.

Racja, już dość. Zira nie była w stanie znieść niczego więcej. Pojęła, że właśnie straciła ostatnie dziecko. Jej mała, słodka Vitani poddała się, wobec obietnicy luksusów z łap tyrana. Nie było już o kogo walczyć? „Nie!” pomyślała królowa. „Nuka nie zginął na darmo!”

- Jeśli nie staniesz do walki... zginiesz! – syknęła, mając jeszcze cień nadziei, że słowa matczynej klątwy wstrząsną sumieniem córki. Nie wstrząsnęły.

Szereg lwic zachwiał się niepewnie, a pierwsze z jej sióstr ruszyły ku Lwioziemcom. Strach, zdrada i defetyzm to trzy najgroźniejsze choroby zakaźne, rozsiewające się szybciej od wiatru. Vitani, córka królowej i najwierniejsza wojowniczka stada, poddała się. Czy Zira mogła wymagać od głodnych, słabych i przerażonych sióstr, aby były odważniejsze od księżniczki?

- Co... dokąd wy idziecie! Wracajcie! – jęknęła władczyni, widząc jej podopieczne biegnące ku szeregom Simby.

- Przestań, Zira. Już czas zapomnieć o przeszłości. – powiedział Simba, triumfalnym tonem. „Cóż za wspaniała filozofia dla mordercy i złodzieja!” szepnął cierpki głos w umyśle Ziry. „Popełnić przestępstwo... i zapomnieć. Zmusić wszystkich, aby zapomnieli o jego zbrodniach, aby tym łatwiej mógł je powtórzyć. Zapomnieć o przeszłości? To oznaczyłoby zabić starożytne stado, zmuszając jej członków do wyrzeczenia się siebie.” Nie było drogi odwrotu, tylko szlak naprzód.

- Ja nigdy nie zapomnę! – zawołała Złota Królowa. Była, kim była, a zapomnienie oznaczało dla niej śmierć. Śmierć we własnym sercu i sercach tych, których kochała. Nie mogłaby zdradzić Skazy. Miłość wskazywała jej drogę, odkąd poznała swego partnera i króla. Tego dnia była gotowa udowodnić to, nawet za cenę życia. – To dla ciebie, Skazo! – szepnęła i skoczyła na Simbę.

Los nie jest sprawiedliwy. Na drodze śmiertelnej szarży królowej Złej Ziemi pojawiła się Kiara. Lwiczka rzuciła się na oślep, jedynie przez przypadek blokując atak na ojca. Nawet nie próbowała uderzyć przeciwniczki, a jedynie naparła masą, znacznie większą od ciężaru wychudzonej Złoziemki. Obie upadły niezgrabnie i przetoczyły się do krawędzi wąwozu. Tak jak mówiłem: los nie jest sprawiedliwy – wcielona bogini wojny została zatrzymana przez niezgrabne dziecko, które miało szczęście. Ale czy tylko szczęście, czy coś więcej?

- NIE! – ryknął Skaza, widząc Mufasę, prowadzącego szarżę Kiary. Skoczył, aby ich zatrzymać, ale było już za późno.

Obie lwice wypadły za krawędź, i poleciały w dół, gdzie czekał już Ahadi. Martwy król popchnął prawnuczkę ku skale, by mogła złapać oparcie. Zanim Skaza, Amini czy Sparthi dotarli do krawędzi, królowa już wisiała na łapach nad przepaścią.

- Stój! – rozkazał Mufasa i rzucił się na brata.

Ahadi natychmiast wyskoczył z wąwozu i ruszył na Aminiego i Sparhiego. Choć miał dwóch wrogów, Aminiego powalił pierwszym ciosem. Moc starszego władcy była wielka. Sparthi ominął lezącego przyjaciela i chwycił Ahadiego za gardło. Tak więc piątka martwych lwów rozpoczęła walkę, a Zira powili osuwała się w czeluść.

- Ziro, podaj łapę! – krzyknęła Kiara z bezpiecznej półki skalnej nad królową. Opuściła kończynę, ku patrzącej z furią Zirze.

„Co takiego?” pomyślała Złoziemka. „Ona chce mnie ratować? Czemu? Aby upokorzyć jeszcze bardziej?” szarpnęła się do góry, tnąc powietrze pazurami. „Nie chcę niczego od spadkobierczyni mordercy!”

- Ziro, pomogę ci! Szybciej! – nalegała Kiara.

Królowa spojrzała w jej oczy i zdumiała się. Lwica musiała być przekonana, że czyni dobrze. Chciała uratować Zirę, jakby nie wiedziała, co to oznacza. „Więc morderca wychował dzieci, wpajając im współczucie... którego nie miał dla Skazy i dla nas! Wychował ją w luksusie, choć nas skazał na śmierć głodową. Może ona nawet nie wie, co zrobił jej ojciec?”

I nagła fala żalu omyła dusze Ziry. Zawiodła Skazę, dzieci i stado. Nie pomściła partnera, pozwoliła dzieciom umrzeć, lub wydała je na pokuszenie nieprzyjacielowi. I dopuściła, aby starożytne stado zapomniało o swojej dumie. „Byłam... za słaba!” zapłakała w duchu. „Nie wytrwałam próby. Nie jestem Skazą, który zwyciężył sam Krąg Życia... Jestem tylko...” Myślała z rozpaczą o Vitani i Kovu. “Odrzucili mnie... zdradzili Skazę... ale nadal są moimi dziećmi! Jak zdołają przeżyć u boku Simby, skoro on będzie ich nienawidził z mojego powodu? Chyba, że... mnie tu już nie będzie... Niech to stanie się moim ostatnim prezentem dla nich... Opuścili mnie... Ale ja ich nie mogę opuścić. Dlatego odchodzę... Simbo, nie dostaniesz swojego trofeum. Wygrałeś... ale nigdy nie dorównasz Skazie!”

- Nie! Nigdy! – szepnęła i puściła chwyt. Królowa pustyni pomknęła na spotkanie wód rzeki.

*

Ból wybuchł i zgasł ułamek sekundy później. Uderzyła o płynącą belkę i nawet nie poczuła, a usłyszała dźwięk łamanych kości. Zanurzyła się głęboko, nie czując nic prócz paraliżującej słabości w całym ciele. Nie mogła ruszyć zmiażdżonych kończyn i nawet nie próbowała. Ta historia była już opowiedziana. Otworzyła oczy, aby ujrzeć ciemność w głębinie i jasność nad sobą. Ale nie była to jasność słońca, a raczej światło milionów gwiazd całego nieba. Nagle Zira poczuła, że znów może się ruszać. Jej ciało przestało krępować ruchy, więc odepchnęła się mocno łapami od wody. Zauważyła, że porzuciła ciało pod sobą, a jej duch szybko unosił się ku jasności powierzchni. W tamtym blasku widziała twarz Skazy, czekającego specjalnie na nią. Jeszcze raz odepchnęła zimną ciemność i dotknęła świetlistej granicy śmierci.

*

I nagle znalazła się gdzieś indziej.

Unosiła się w pustce, otoczona tylko ciemnym niebem, na którym świeciły gwiazdy. Ale te gwiazdy zdawały się być znacznie bliżej, niż kiedykolwiek. A świat kurczył się i gasł pod jej stopami. A więc wstępowała na sklepienie.

- Zira! – zawołał czarnogrzywy lew z blizną na twarzy.

- Skaza? – szepnęła królowa, i wpadła w objęcia króla.

Lwica wybuchła głośnym płaczem, powstrzymywanym przez lata.

- Skazo, wybacz mi! – wyjąkała. - Ja chciałam...

- Kocham cię. – przerwał Skaza. – I mam nadzieję, że to ty mi wybaczysz, że żądałem od ciebie zbyt wiele. Ale teraz jesteśmy już jednym, moja królowo...

Z cienia za jego plecami wyszły sylwetki lwów: Hawaa, Amini, Sparthi i jakiś dziwny, zielonooki kociak. Podeszli do nowo przybyłej.

- Czy to jest... – zapytała Zira.

- Nasza rodzina, tutaj, na niebie. – Odparł Skaza. – Nuka do nas dołączy już wkrótce. Wszyscy będziemy razem.

- Braciszku? – szepnęła lwica. – Amini! – dodała zmieszana, widząc czarnogrzywego. Spojrzała niepewnie na Skazę. – Skazo, ja...

Martwy król uśmiechnął się i polizał jej policzek.

- Wiem wszystko, bo wszystko widziałem. A o reszcie opowiedział mi mój serdeczny przyjaciel, Amini. Nigdy nie wymagałem, aby być twoim jedynym poddanym.

- A co ze mną? – pisnął lewek. – Ja nie dostanę całusa? To dyskryminacja ze względu na wzrost!

Wszystkie duchy, nawet zamieszana Zira, wybuchły radosnym śmiechem. Królowa podeszła do kociaka i polizała go w czoło.

- Nie mam pojęcia, kim jesteś, ale jako przyjaciel Skazy, będziesz i moim przyjacielem. – powiedziała.

- Przyjaciel? – żachnął się lewek. – Nazywam się Tarki i jestem jego stryjem! – Zira wytrzeszczyła oczy w zdumieniu. – Tia... – dodał Tarki. – Pewnie przed ślubem nie wspominał, jaką ma powaloną rodzinę?

Ale królowa nagle zamarła w przerażeniu, po czym pojrzała się ku ziemi. Widząc scenę rozgrywającą się pod jej stopami, spojrzała na partnera. Skaza odparł, poważnym głosem.

- Moja najdroższa... wiem, to wszystko poszło źle. Ale nie przeze mnie, czy ciebie, ale z powodu mojej dawnej kłótni z ojcem i bratem. Zawiedliśmy, bo pozwoliliśmy zginąć tobie i Nuce... Ale nie możemy płakać. Wiesz dlaczego? – lwica potrząsnęła głową. – Bo dzięki temu jesteśmy znów razem. – spojrzał gdzieś w ciemność i dodał, patrząc na dalekie sylwetki w południowej części nieba. – A to dopiero początek. Nasi wrogowie... których kocham, ale przed którymi muszę się bronić... wykonali swój ruch. Teraz... nadejdzie czas, aby naprawić szkody, które wyrządzili, wyrównać Krąg Życia! Odnowimy chwałę naszych imion i wskrzesimy dumę Złotego Stada! – podszedł do Ziry, objął ją znowu i zanucił. – Znów nasz dumny ryk obiegnie ten kraj w mig!

Tarki podbiegł do nich, wskoczył Zirze na ramię i szepnął jej do ucha.

- A tak przy okazji twojej kołysanki... masz cudowny głos!

Logowanie

Cytaty

Chwila, chwila! Proszę o czas! Trzeba coś wyjaśnić! Ty znasz ją, ona zna ciebie, ale chce zjeść jego i... to wszystko ma być w porządku? GŁUPA RŻNIECIE?!

-- Timon