Królowa Piasku-XVI

16 – Król Wędrowców

Uwaga:

Część szesnasta zawiera piosenkę [Bój]. O ile jej wersję angielską uważam za znośną, to tłumaczenie jest zupełnie nieudane (jeszcze gorzej niż przy [Razem]!). Z dobrego serca radzę zapoznać się z oryginałem, a dopiero później ciskać gromy ma autora...


Po długim biegu Sarafina i Kilia dotarły do rzeki. Po drodze nie znalazły Hawy, a matka królowej przestraszyła się, że po prostu ją wyprzedziły. Było to całkiem prawdopodobne, jako że sawanna był rozległa, a kotka tak malutka... W dodatku, lwice szukały w pośpiechu. „Niech mnie!” pomyślała Sarafina. „I co teraz? A może ona poszła gdzieś indziej?”

- I co teraz? A może ona poszła gdzieś indziej? – Kilia powtórzyła na głos jej obawę.

- Możemy... – starsza lwica rozpaczliwie szukała wyjścia z sytuacji. - ...się rozdzielić. Ja zaczekam przy brodzie, gdyby okazało się, że ją przegoniliśmy, a ona wciąż tu idzie. Ty idź brzegiem na wschód. Jeśli tam skręciła, wpadniesz na nią. Jeśli nie, wrócisz tu, ty zaczekasz, a ja pójdę na zachód. Dobrze?

- Dobrze! – przytaknęła Kilia, ale Sarafina nie była nawet pewna, czy matka zrozumiała jej polecenie. Dla znerwicowanej lwicy bezczynność była nie do wytrzymania, więc matka królowej chciała zająć ją czymkolwiek. Kilia ruszyła na wschód i imponująca prędkością oddaliła się od brodu. Starsza lwica została sama.

Weszła na szczyt pobliskiego pagórka, aby mieć lepszy widok na okolicę. A wyższego punktu, dzięki światłu księżyca, łatwiej było dostrzec zgubę. Łatwiej, ale to nie znaczy, że łatwo – szukali małej kotki. Sarafina miała nadzieję, że Hawaa nie zgubiła drogi i pewnie idzie prosto do brodu. Myliła się, ale cóż – nie jej wina.

*

- Na pewno tędy, szefie? – zapytał Daki, spoglądając na Horena.

- Tak sądzę. – odparł wódz. – Skręciliśmy na północ, aby dojść szybciej do rzeki. Przyjemniej się będzie szło brzegiem.

Prawda i fałsz. Faktycznie, wzdłuż rzeki biegła ścieżka, ale Horen nie mówił braciom o co mu chodziło. Od początku chciał dotrzeć szybko do rzeki, ale ruszyli na północny wschód, aby ominąć miejsce walki. Wódz obawiał się, że widok walczącego Aminiego obudziłby bojowego ducha w bliźniakach. Nie chciał tego ryzykować, więc prowadził ich naokoło. Ale nawet tam wojna ich odnalazła. A przynajmniej Horen tak pomyślał, widząc nadbiegająca lwicę.

- Idźcie! – rozkazał przyjaciołom. – Dogonię was zaraz.

- Jasne, szefie. – potwierdził Laki, nie zwalniając.

Horen wbiegł w kierunku pobliskiego wzgórza, gdzie zauważył lwią sylwetkę. „Niech to szlag!” pomyślał. „Dziewczyny Ziry szukają wsparcia. Chcą zrobić ze mnie bohatera. Ale ja się nie dam!”  zszedł do niecki pod pagórkiem, gdzie przeciął drogę lwicy. Zanim ta zdarzyła cokolwiek powiedzieć, zakrzyknął, przejętym głosem.

- Dzięki niech będą Gwiazdom, że cię znalazłem. Szukam chłopaków, którzy zapędzili się za jakąś stronniczką Simby. Znajdę ich i już do was wracamy. Spotkajmy się przy brodzie... – ale lwica zdawała się nie rozumieć przemowy rudogrzywego.

- Hawaa! Hawaa! – powtarzała. Horen uznał, że nie kojarzy tej lwicy ze stada Ziry.

- Miło mi cię poznać, Hawo. Jestem Horen. Chyba nie przedstawiono nas sobie... – ale w tamtym momencie zauważył, że futro lwicy jest szare a ona sama wygląda zupełnie inaczej niż lwica pustynna ze Złej Ziemi. „No ładnie!” syknął, kiedy zrozumiał, że spotkał Lwioziemkę. – Część... Niech żyje Simba! – krzyknął, próbując w porę zmienić stronę.

- Gdzie jest Hawaa? – spojrzała na niego z szaleństwem w oczach. – UKRADŁEŚ MOJĄ CÓRECZKĘ! – zawyła i rzuciła się na lwa z wysuniętymi pazurami.

Horen reagował szybko, czasem nawet szybciej niż myślał. Może właśnie dzięki temu zdołał przeżyć swoje pięć lat. Odruchowo zablokował szarżę Kilii i chwycił jej głowę.

- Zamknij się! – syknął i zdusił jej krzyk łapą. Lwica wyrywała się z jego uścisku, a po kilku sekundach uwolniła jedną z łap, i sięgnęła ku jego oczom. Horen zrobił to, co nakazał mu instynkt. „Zabij albo giń!” ryknął głos w jego umyśle. Puścił szczeki Kilii, a ta krzyknęła. Ale jednocześnie wbił pazury w jej ciało i pociągnął w dół. Krzyk umilkł, jakby ucięty nożem, a rudogrzywy zdał sobie sprawę, że właśnie poderżnął lwicy gardło.

- O, Gwiazdy! – jęknął, odskakując do tyłu. Puścił drgające ciało, a te upadło na ziemie chlapiąc krwią z rozciętych tętnic. – Ja ją... – szepnął, ale nie miał czasu na dłuższe sentymenty. Rzucił się na ziemię, aby zetrzeć ślad krwi z futra. Na szczęście dla niego, jego grzywa była krwiście ruda, więc plam nie było praktycznie widać. – Czas stąd spadać! – mruknął i ruszył na północ, gdzie zostawił bliźniaków. Dogonił ich bez problemu.

- Co się stało? – zapytał Daki.

- Słyszeliśmy jakiś hałas. – dodał Laki.

- Idziemy. – odparł Horen, myśląc intensywnie. Szybko znalazł genialne wyjaśnienie. – Albo powiem wam już teraz... Wygrali! – wykrzyknął, udając triumf. Bracia spojrzeli na niego dociekliwym wzrokiem. – Ta... Kilia powiedziała mi. – dodał, mając nadzieję, że bliźniacy nie skojarzą braku tej lwicy w stadzie Ziry. – Amini zabił Simbę, a Lwioziemcy się poddali. Amini będzie królem!

Dali i Laki wybuchli życzliwym śmiechem.

- Świetnie, szefie! – zawołał Daki. – Nasz kumpel jest królem!

- Ojej! – dodał Laki. – Może to nawet lepiej, że odchodzimy?

- Z pewnością lepiej! – zapewnił Horen. Obraz umierającej lwicy stanął mu przed oczyma, ale przegnał go z pamięci. „Skłamałem? Może, ale nikt o tym nie wie.” Pomyślał i ruszył za chichoczącymi braćmi. Mylił się, pozostał jeden świadek.

Hawaa.

Kotka powoli podeszła do martwego ciała matki i walcząc z ogniem paniki w jej myślach, dotknęła go. Kiedy spostrzegła wielką kałużę krwi, krzyknęła przerażona. Jej matka była martwa... zabita przez lwa, który krzyknął wcześniej: Niech żyje Simba! Kociak był zbyt przerażony, aby myśleć racjonalnie. Obraz rudogrzywego nieznajomego w jej umyśle szybko przemienił się w postać Simby, podrzynającego gardło jej matce. Kotka wybuchła płaczem.

- Mamo! Czy to przeze mnie? Przez to, że chciałam ostrzec ciocię Zirę i Nukę? – straszliwy ciężar winy obciążył jej sumienie. Wtuliła się w zakrwawione futro lwicy i zmieszała zasychającą krew ze świeżymi łzami. Płakała głośno, ale nie na tyle głośno, aby ktokolwiek ją usłyszał. Była sama na tym świecie, zostawione bez opieki i obrony...

Choć nie... wciąż był ktoś, do kogo mogła pójść. Kiedy jej stado ją odrzuciło, i tak zwany <król> zabił jej matkę, nie mogła wrócić. Ale mogła iść naprzód, do Ziry i Nuki, jedynej rodziny jaką teraz miała.

- Wybacz, matko... – szepnęła, patrząc na martwe ciało. – Ale sama widzisz... nie mogę już żyć z nimi... To mordercy! Kocham cię, mamusiu... – chlipnęła ku pełnej tarczy księżyca. – I kiedyś... cię pomszczę!

Impuls gniewu dał kotce nowe siły. Odwróciła się ku północy i ruszyła biegiem na Złą Ziemię, zostawiając zmarłą matkę za sobą. Już nic jej nie trzymało na Lwiej Ziemi, żadna powinność, ani obowiązek. Mogła sama decydować, gdzie iść, a ten wybór był prosty. Biegła tam, gdzie miała nadzieję znaleźć swoje miejsce.

*

Z pagórka Zira i Amini widzieli, jak Vii dociera do rzeki i rusza ku północnemu brzegowi, a Thela dobiega już do plaży. Jednak Doria wciąż miała przed sobą szmat drogi, w jej niepewny chód zdradzał krańcowe wyczerpanie. Thela zatrzymała się i spojrzała w tył. Miała zamiar poczekać na przyjaciółkę. Ale wszak nie było czasu – pościg deptał im po piętach.

- Ziro... – wydyszał Amini. – Mój czas... nadszedł! Zatrzymam ich. – Simba z pięcioma lwicami wspinał się już na wzgórze, po którego szczycie biegli uciekający.

- Amini... – krzyknęła królowa, odwracając spojrzenie ku lwu.

Był spokojny i uśmiechał się beztrosko, jakby ten bieg był zabawnym wyścigiem, a nie ucieczka przed śmiercią. W jego oczach widziała miłość i oddanie, które paliła serce Ziry. Lew chciał wypełnić swoją obietnicę: wspierać i bronić królową do końca, nie oczekując żadnej nagrody.

- Pamiętaj o mnie... – zawołał. – Kocham cię... i mam nadzieję, że Skaza mi to wybaczy. To jest silniejsze ode mnie... Po prostu jesteś moją królową. – Lecz potem zmarszczył brwi i dodał. – Ale teraz biegnij! Szybciej!

Zira przyśpieszyła.

A czarnogrzywy przykucnął w trawie, tuż za szczytem wzgórza. Był niewidoczny dla Lwioziemców, wciąż podchodzących pod górę. Czekał na właściwy moment, by uderzyć z zaskoczenia. Nie musiał czekać długo.

- Przepraw ją przez rzekę! – rozkazał Skaza Sparthiemu. – Ja zajmę się Aminim.

Piaskogrzywy przytaknął i dogonił siostrę. A martwy król podszedł do czającego się lwa i dotknął go, chcąc przekazać choć cząstkę swojej siły i zachęty.

- Tak trzymaj, przyjacielu. Dopilnuję, abyś nie zginął... na marne.

I wtedy nadeszli Lwioziemcy.

 

[Piosenka “Bój”. Melodia zwrotek to pierwsze takty Confutatis z Requiem Mozarta (d-moll, kv 626), ale grane w szybszym tempie. Refren wymyślcie sami, ale musi być utrzymany w podobnie podniosłym tonie. Z to Zira, A to Amini, S to Skaza.]

[Ujęcie Lwioziemców, biegnących na szczyt wzgórza i przyczajonego Aminiego. Simba dobiega pierwszy, a lew skacze zza krawędzi na zaskoczonego króla.   Lwice wyprzedzają ich, ale po chwili zawracają, aby wspomóc zaatakowanego monarchę. Amini i Simba turlają się w trawie, trzymając za szyje, acz widać, że Aminimu idzie lepiej z powodu zaskoczenia Simby.]

A: Bój!

Cały czas, po kres dni
Aby ulżyć w życiu ci
Walczę nawet kiedy zły los gnębi cię

[Lwice dobiegają do walczących lwów. Amini jest na Simbie, ale gdy pierwsza z lwica zamierza się na jego plecy, odskakuje w bok, puszczając króla, tak że cios trafia w próżnię. Simba wstaje i gotuje się do skoku.]

Krok
Ciągle w przód, w drogi kurz
Tej jedynej dla mnie już
Tej na której widzę ciągle sny twe

[Lwy skaczą na siebie, zderzając się w powietrzu. Upadają, wciąż się siłując. Na słowo <dreszcz> Simba tnie Aminiego w pierś. Obaj upadają ciężko na ziemię.]

Śnieg
Czy też skwar, czy też deszcz
Nie chcę aby trudu dreszcz
Zmącił ci twój marsz na szczyt - podaj dłoń

[Któraś z lwic skacze na Aminiego, ale ten się schyla. Ta przelatuje nad nim, ale żłobi na plecach lwa krwawe zadrapania. Ten turla się na bok, unikając łapy Simby.]

Krew
Albo pot albo łzy
Cóż to dla mnie, skoro ty

Idziesz za mną – muszę przetrzeć i tą toń

[Ujęcie biegnącej Ziry. Spogląda z przerażeniem na walkę za jej plecami. Widzimy łzy w jej oczach.]

Refren:

Z: Żyję wciąż bo kochasz mnie
Niechaj Gwiazdy złocą cię
Niech odpłacą ci, gdy ja nie mam jak
Przyjmij chociaż pieśni takt

[Na sekundę jej spojrzenie krzyżuje się ze spojrzeniem Aminiego. Lew jest spokojny i uśmiechnięty, choć jego futro pokrywają już plamy krwi. Zira znów spogląda w przód i biegnie dalej. Duch Sparthiego biegnie obok niej.]

Twoja dłoń wspiera mnie
Chociaż nie prosiłam cię
Ale dajesz ją i tak
Tylko dla mnie
Tylko dla mnie znów

[ujęcie walczących lwów z lotu ptaka. Duch Skazy, niewidziany przez nikogo, wydaje się walczyć razem z Aminim, stojąc obok i blokując niektóre ciosy. W końcu wnika w ciało lwa i widzimy tylko błyszczącą poświatę nad Aminim. Obaj unikają wrogich ciosów z niebywałą zręcznością.]

Druga zwrotka:

S: Bój!
Niechaj grzmi, niechaj trwa
Prowadź ją gdzie chciałem ja

Pokaż żeś jest także wart misji tej

[Lwice atakują, ale żadna z nich nie może trafić. Amini (i zjednoczony z nim Skaza) cofa się, walcząc z Simbą, ale co chwila wydziela pojedyncze ciosy lwicom. W końcu oba lwy docierają na wolną przestrzeń, Amini odskakuje do tyłu, kilka metrów od Simby.]

Idź!
Śmiało w przód, to mój ślad
Który drogę dawno zgadł
Ale musisz zgłębić go i zmienić w ścieżkę jej

[Amini skacze na Simbę. Widzimy to z perspektywy Lwioziemca, wiec skok może przypominać Szarżę Skazy z finału KL.]

Walcz
Za nią wciąż, niczym lew
To ożywia cię jak krew
I aby w jej sercu trwać, dla niej krwaw

[Simba skacze również. Zderza się z wrogiem w powietrzu. Ale duch Skazy, wytrącony z ciała Aminiego, leci dalej, ląduje na ziemi i odwraca się ze strachem ku Aminiemu.]

Strach
Odrzuć w bok, będziesz mógł

Być silniejszy niźli wróg
Żyjąc wiecznie w duszy jej, siebie zbaw.

Refren:

[Lwy upadają, Simba znów tnie Aminiego po piersi, zadając głęboką ranę. Czarnogrzywy pada bezwładnie, a lwice zbliżają się, aby go dobić. Nagle zza kadru wbiega duch Skazy, wnika w ciało Aminiego i podrywa go na nogi. Biegną na północ.]

Żyje wciąż bo kochasz ją
Niech świat złoci drogę twą
Niech odpłaci ci miast niej
Przyjmij choć dźwięk pieśni tej

[Amini biegnie ku rzecze, ale widzimy że jego rany krwawią obficie i wyglądają na śmiertelne. Krew spływa po jego czarnej grzywie. Duch Skazy wciąż biegnie w nim, ale ciało żyjącego ledwo nadąża. Z każdym krokiem Amini zostaje coraz bardziej w tyle za duchem.]

Twoja dłoń pomóc chce
Choć ona nie prosi cię
Ale dajesz jej i tak
Tylko dla niej
Tylko dla niej znów

[Jakaś lwice dogania Aminiego, ale ten nagle zatrzymuje się i uderza mocno. Ta pada na ziemię, a lew rusza ponownie.]

S: Stań i walcz
A: O jej los
[Przebitka na Zirę, która właśnie wbiega do rzeki, ale zatrzymuje się z przednimi łapami w wodzie i spogląda do tyłu, na Aminiego.]
Z: Poczuj siły serca głos
I tak przeżyj najciemniejszy dzień

[Skaza ostatecznie opuszcza ciało Aminiego i wydaje się go popędzać z boku. Żyjący lew biegnie szybko, ale zaczyna mylić krok i biec zygzakiem.]

S: Śmiało idź

A: Bo iść chcę [Zira płynie już w rzece. Woda rozpryskuje się pod jej łapami i pada na twarz. Nie wiemy czy krople na twarzy to woda rzeczna, czy łzy.]
Z: Nigdy nie opuścisz mnie
Zawsze będę we mnie trwać to tobie cień

[Amini dociera do rzeki ale staje bezradny na plaży, otoczony półokręgiem Lwioziemców. Widzimy, że pięć następnych lwic już nadbiega.]

A: Więc
Oto kres, oto mat
Wierzyć chcę, żem dobrze zgadł
I powiodłem cię gdzie chciałaś być

[Prześladowcy skoczą na lwa, ale on wbiega do wody, pomimo okrutnych ran. Zira spogląda na niego i widzi krwawy ślad, ciągnący się za nim na wodzie. Amini płynie resztkami sił.]

Z: Tak
Dzięki za ten cudny szlak

Nie zapomnę nigdy wszak
Kto prowadził śmiało mnie, pomógł żyć

[Zbliżenie na Aminiego od przodu. Odpycha wodę łapami, ale z każdym ruchem kolejna porcja krwi czerwieni wodę. Spojrzenie lwa staje się coraz bardziej zamglone. Muzyka cichnie.]

*

Hawaa biegła jak w gorączce. Nie patrzyła na boki, czy po nogi, tylko wzrok miła wbity przed siebie, w rzekę. Dostrzegła niewyraźne sylwetki na drugim brzegu, i uśmiechnęła się przez łzy. Wbiegła do wody, nawet nie zwalniając, jakby wezbrana rzeka była dla niej nic nie znaczącą przeszkodą. Lecz już po kilku krokach prąd przewrócił ją i porwał ze sobą

- Nuka! – krzyknęła, przerażona.

Nuka stał na północnym brzegu, trzymany przez Angę. Usiłował się wyrwać i skoczyć po matkę, właśnie dopływająca do plaży. Ale Zira i tak radziła sobie dzielnie, więc lewek oddychał z ulgą. Jednak wtedy usłyszał ten krzyk.

- Słyszycie? – zapytał. – Ktoś mnie woła!

- Spokojnie, mój mały, mama zaraz tu będzie. – odparła Anga.

- Ale... to jest Hawaa! – zdumiał się kociak. – Pomóżcie jej!

- Kto? – zapytała lwica, wciąż patrząca w kierunku Ziry. – Czekaj tu, idę po jej wysokość. – puściła Nukę.

A ten skorzystał z okazji i skoczył wprost do rzeki. Kiedy wyczerpana Zira wczołgała się na brzeg, jej syn wbił się w wodę i ruszył niezgranym dryfem ku tonącej Hawie. Królowa nawet tego nie dostrzegła, gdyż upadła bezwładnie na piasek, nieprzytomna od zmęczenia. Wszystkie lwice podbiegły w jej kierunku, tylko przerażona Anga zatrzymała się, patrząc na płynącego Nukę.

- Nuka, wracaj! – krzyknęła, ale było już za późno – lewek również został porwany przez silny prąd. Anga już kucała, aby wybić się do skoku za nim, ale w ostatniej chwili zrezygnowała. Pływała tak marnie, że z pewnością by nie pomogła kociakowi. Zamiast tego ruszyła biegiem wzdłuż rzeki, krzycząc za siebie: Pomocy! Ndugu i Vii podążyły zaraz za nią.

Nuka potarł do Hawy na środku rzeki. Objął ja mocno, a zrobił to w ostatnim momencie – lwiczka właśnie bezwładnie zanurzała się pod powierzchnię. Więc od tamtej chwili już oboje pędzili z ryczącym nurtem. Kotka otworzyła oczy i spojrzała na swojego zbawcę.

- I co dalej? – zapytała.

- No... tego nie planowałem. – przyznał Nuka, krztusząc się wodą. – Musimy spróbować... dopłynąć do brzegu. Razem! – kociaki objęły się mocniej i zaczęły niezgrabnie machać nogami, jednak bezskutecznie. Po kilku ruchach zaczęli tonąć oboje.  Samo utrzymanie się na wodzie było i tak męczące.

- Nuka... nie dam rady! – załkała Hawaa.

- Jasne, że dasz! – odkrzyknął Nuka i znów zakrztusił się wodą. – Dotrzemy do brzegu!

- Płyń sam!

- Nie ma mowy! – zawołał Nuka i usadził Hawę na plecach.

Zanurzył się pod wodę i zaczął wytrwale płynąć, wynurzając tylko co chwila głowę, dla zaczerpnięcia powietrza. To pozwoliło Hawie złapać spokojny oddech. Kotka wciąż trzymając się Nuki zaczęła młócić nogami i tak ruszyli szybciej niż wcześniej. Nuka dbał, by Hawaa nie zanurzała się, a ona wiosłowała łapami tak szybko, jak mogła. Niestety, nie dość szybko.

„Ach, gdyby tu był Amini...” pomyślał Nuka, omdlewający z braku tlenu. „Sami nie damy rady.” Ale wtedy stał się cud.

Amini chwycił kociaki i przytulił je do poranionej piersi. Z pomocą wolnej łapy i nóg, zaczął płynąć, znacznie szybciej, niż dotychczas kociaki. Krwawił, dusił się wodą i własną krwią, ale wciąż parł naprzód.

- Na brzeg! Nie skręcaj! – wrzeszczał Skaza, widząc, że omdlały lew traci orientację. Znów wniknął w ciało umierającego. Nuka, choć sam omdlały, zdawał się wyczuwać te zmianę w swoim ratowniku.

- Tata? – szepnął słabym głosem.

Ale chwilę potem kontakt zgasł, gdy tylko Amini znów skierował się ku brzegowi. Nuka zemdlał na dobre kiedy lew rzucił jego i Hawę na mokry piasek plaży.

Krwawiący Amini tez był na krawędzi świadomości. Kiedy dobiegła do niego Anga, on wziął ja za Zirę.

- Moja królowo... – wydyszał. – Zawiodłem raz... ale twój syn żyje. Nie mogę zrobić już nic więcej. Moja służba... się dziś kończy. – tchnął resztą sił, a jego serce stanęło.

Anga delikatnie dotknęła martwego ciała, po czym ostrożnie podniosła kociaki z piasku. Ndugu pokłoniła się Aminiemu, i zepchnęła go z powrotem do wody. Martwy lew ruszył, niesiony prądem.

Nuka wypluł wodę z gardła, otworzył oczy i krzyknął rozpaczliwie.

- HAWAA!

- Spokojnie, mój mały... – szepnęła Anga. – Ona jest tu...

Kotka otworzyła oczy i spojrzała na Nukę, rozpaczliwym wzrokiem.

- Nuka... moja mama... ona nie żyje! – jęknęła i wybuchła płaczem. Lewek doczołgał się do przyjaciółki i przytulił ją. Zamruczał coś uspokajająco, ale zaraz potem kaszlnął głośno, plując resztką wody z przełyku.

- Nie bój się... jesteś teraz bezpieczna... zaopiekujemy się tobą. – szepnął, ale sam zaraz też zaniósł się płaczem, gdy zrozumiał, co się stało z Aminim.

*

Lwie duchy w ciszy otoczyły Aminiego. Czarnogrzywy był wciąż zamroczony i zdezorientowany, widząc własne ciało, płynące z prądem rzeki. Spojrzał wiec na dwie grupy zjaw: dwa brązowogrzywe lwy stojące dalej i Czarnogrzywego i piaskogrzywego lwa tuż przy nim. Pomiędzy nimi siedział też mały kociak z błyszcząco zielonymi oczyma.

- Witaj po drugiej stronie, Amini. – powitał go lewek, nienaturalnie dorosłym głosem. – Jak zapewne już wiesz, zginałeś.

- Nic dziwnego. – odparł czarnogrzywy. – Ale... źle, że tak szybko... Czy Zira jest cała?

Jeden z duchów, ten z czarną grzywą i blizną na twarzy, podbiegł do nowoprzybyłego i objął go serdecznie.

- Tak! – krzyknął lew. – I to tylko dzięki tobie!

- Ty jesteś Skaza... – szepnął dawny wędrowiec.

- Jak na to wpadłeś? – zapytał zielonooki kociak i wybuchł śmiechem.

- Tarki, zachowuj się! – syknął piaskogrzywy.

- No dobra... – umilkł lewek.

Skaza puścił Aminiego i odszedł kilka kroków w tył.

- Dziękuję ci... za ochronę mej partnerki... – dostrzegł grymas żalu na twarzy Aminiego. - ...naszej wspólnej miłości. Dowiodłeś hartu ducha, Amini. Uratowałeś ją i całe stado... – odwrócił się ku stojącym na uboczu lwom i dodał lodowato. - ...od pewnej zguby!

- Skazo, chcieliśmy twojego dobra...

- Daruj sobie, ojcze! – przerwał czarnogrzywy. – Nie waż się przy mnie wspominać o niej. Nie masz prawa... A teraz... – położył łapę na ramieniu Aminiego. – Zaprowadź go na sklepienie. Tak wysoko, jak sobie na to zasłużył, swoją odwaga i poświęceniem.

- To oni walczyli przeciwko nam? – domyślił się lew.

- Dokładnie. – potwierdził Skaza. – Pokrzyżowałeś plany dwóm Królom z Przeszłości, Ahadiemu i Mufasie. Nieźle, jak na wędrowca... A może powinniśmy cię już nazywać Królem Wędrowców?

- Ale Skazo... co z nimi będzie? – zapytał czarnogrzywy, niepewnym głosem.

- Amini... – odparł Skaza i podszedł bliżej do lwa. – Wszystko poszło źle, ale dzięki tobie nie poszło fatalnie. Zira nosi już w sobie twojego syna, Kovu.

- Wiem, że to będzie twój syn. – mruknął gorzko Amini.

- Przede wszystkim będzie synem Ziry. – odparł martwy król. – I za to obaj możemy go kochać.

- Tak, masz rację. – zgodził się lew.

- Martwię się, że zginąłeś, a Zira została sama... – Spojrzał groźnie na Ahadiego i Mufasę. – I nie wiem, co wydarzy się w przyszłości. Sam jestem tu nowy. Ale obiecuję ci, że cała swoją mocą i wiedzą będę wpierał Zirę, jej dzieci i stado. Nie chcę zemsty... – znów spojrzał na ojca i brata lodowato. - ...przynajmniej nie za moją śmierć. Ale będę się opiekował Złotym Stadem. Czy mi pomożesz, Amini?

Król Wędrowców uśmiechnął się, słysząc, że jego służba wcale się nie skończyła. Po prostu zaczynał się jej kolejny etap.

- Co za pytanie... Wiesz, że tak!

Logowanie

Cytaty

- Tato, tato!
- Twój syn się zbudził...
- Przed wschodem słońca to TWÓJ syn...