Królowa Piasku-XIV

14 – Królewska rozgrywka.


- No dobra, przyznaję... mamy problem. – mruknął ponuro Tarki.

Dwa lwie duchy podążały za Złotym Stadem i Aminim. Chcieli iść, tak jak żyjące lwy, przynajmniej Skaza na to nalegał. Powiedział, że chce czuć to samo, co jego partnerka i widzieć to co ona. Tarki zgodził się skwapliwie, pod jednym warunkiem: martwy król wiózł stryja na własnym grzbiecie. Gwiezdny lewek jechał, wtulony w grzywę krewniaka, mając zadowoloną minę, jakby ta podróż cieszyła jego kocięca naturę. Ale w rzeczywistości był poważny. Tak poważny, jak nigdy.

- Wyprzedź ich. – polecił. – Chce widzieć wszystko. – Więc Skaza przyśpieszył kroku, a jego niematerialne ciało wniknęło w grupę lwic. Zrównał się z Zira i zwolnił do jej prędkości, po czym spojrzał na partnerkę z miłością i oddaniem. Wpatrywał się w jej piękną twarz przez długą chwilę, aż dostrzegł, że Zira jest adorowana identycznym spojrzeniem także z drugiej strony. Tam szedł Amini, równie skupiony na królowej.

- Ale ty masz przewagę. – powiedział Tarki, niemal czytając w myślach bratanka. – Wieziesz na plecach oszałamiającego przystojniaka, który powinien ściągnąć jej uwagę. – Skaza potrząsnął z irytacją swoim pasażerem. – Żartuję... spójrz tylko na nią! Jesteś zazdrosny? To absurd, ona myśli tylko o tobie.

- Wiem. – odparł martwy król. – Nie wiem czemu jestem zazdrosny. Po prostu rwie mnie w duszy, gdy widzę jego, żywego i rzeczywistego u jej boku, kiedy ja jestem tylko cieniem. To idiotyczne, bo wiem, co Zira czuje. A na dodatek naprawdę chciałbym, aby ona go pokochała i pozwalała się kochać. Aby wychowali kociaki... Amini jest niemal godzien być jej partnerem... chyba bardziej niż ja byłem.

Tarki westchnął z mieszaniną współczucie i irytacji.

- Przestań... Lubię takie łzawe teksty, ale na Gwiazdy, nie przed bitwą! – mruknął. – Chodź szybciej. Chce widzieć, co robią ich wrogowie. – wskazał na Lwią Skalę, doskonale widoczną w świetle pełnego księżyca.

Tymczasem Zira wydawała ostatnie komendy swemu oddziałowi.

- Bez brawury. Jesteśmy tylko przynęta, odwracamy uwagę od Lwiej Skały, aby Horen i bracia zrobili co trzeba. Jasne? – rozległy się pomruki potwierdzenia. – Trzymajcie zwięzły szyk, tak jak uczył nas Sparthi. – Zira przywołała w duszy twarz Złotego Króla i zawołała w myśli. „Bracie, pomóż nam!”. Potem dodała na głos. – Nie ryzykujcie. Jesteśmy... w agresywnej defensywie. Skupmy się na jednym celu. Jeśli Simba będzie zbyt pilnowany, uderzamy w Nalę. Jeśli i jej nie będzie pierwszej linii, atakujcie pierwszą lwicę, którą ja uderzę. Zrozumiałyście?

- Jestem zachwycony. – przyznał piaskogrzywy lew, który pojawił się obok oddziału. Spojrzał wprost na Skazę i Tarkiego, więc ci od razu domyślili się, że mają do czynienia z duchem. – Nigdy nie słuchała uważnie moich rad, mówiąc, że to bzdury dla samców... Ale i tak zapamiętała wszystko. Dobra robota, siostrzyczko! – rzucił ku królowej, acz ta, rzecz jasna, nie mogła go usłyszeć. Więc pustynny lew zwrócił się znów ku Dawnym. – Kiepsko to wygląda. Mam rację?

Skaza od razy rozpoznał Sparthiego, choć znali się tylko przez tydzień, i to kiedy Złoty Król już ciężko chorował.

- Miło cię widzieć, Sparthi. – powiedział. – Ten arogant na moim grzbiecie to Tarki, mój stryj. Przyszedłeś, abym nam pomóc?

- Nie, aby pogratulować siostrze i szwagrowi małżeństwa, kociaków i złożyć kondolencje. Oczywiście, te tylko wdowie... – Tarki wybuchł radosnym śmiechem, ale został uciszony przez Skazę szybkim szturchańcem. – Wybaczcie. Oczywiście, jestem tu, aby strzec Ziry. – po czym dodał cichszym głosem. – Ale przy okazji musze powiedzieć, że na prawdę cieszyłem się, gdy zostaliście partnerami. Szkoda, że nie dożyłem wystarczająco długo, aby was uściskać...

- Dzięki. – odparł Skaza. – A odpowiadając na twoje pytanie: tak, one są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie możemy liczyć na wędrowców, bo oni uciekną przy pierwszym zagrożeniu prawdziwa walką... albo kiedy nie znajdą Shakisy na Lwiej Skale.

- Więc mamy lwa przeciwko lwu... i pięć lwic na jedenaście? Gra na remis to raczej szczyt naszych ambicji.

- Dopóki cię nie było, nie liczyliśmy nawet na to. – mruknął Skaza. – Pomóż nam. Jesteś martwy już od dwóch lat...

- Ja od trzynastu. – pochwalił się Tarki. – Ale to raczej nie sprawia, bym miał jakiś genialny pomysł.

Po chwili milczenia, przerywanej tylko krótkimi rozkazami Ziry, Tarki zapytał.

- Co umiesz? To znaczy: czy masz jakiś wpływ na siostrę? – westchnął i przyznał z niechęcią. – Bo my nie. Ja jestem zbyt daleko... Bardzo ją lubię, zwłaszcza że to laska niczego sobie... – Został kolejny raz szturchnięty przez bratanka, więc wrócił do tematu. - ...ale nie znałem jej za życia. Za to Skaza... jest jakby zbyt blisko. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale jego miłość... i jej miłość do niego, są tak silne, że przeszkadzają w nawiązaniu kontaktu. A ty, próbowałeś?

- Nie – powiedział z żalem Sparthi. – Ale jeśli trzeba, spróbuję. Co z innymi członkami stada?

- Nawiązałem krótki kontakt z Aminim. – oznajmił Skaza. – Ale ledwie mi się udało. Jestem nowy na niebie i nie umiem niemal niczego.

- Kto to wszystko nakręcił? – zapytał dociekliwie pustynny król.

- Co?! – zdumiał się Skaza.

- Nie wmawiajcie mi, że to przypadek. To wszystko zostało przygotowane przez kogoś z Dawnych, czuję to.

- Ale kto...

- Mufasa, na pewno. – odparł Tarki. – Zapewne pomaga mu Ahadi, mój brat.

Skaza zatrzymał się, uderzony niespodziewaną nowiną. Dwie lwice wyprzedziły go, przechodząc przez niematerialne ciało.

- Nie powiedziałeś mi o tym! – wykrzyknął.

- Niespodzianka! – mruknął Tarki. – A co by to zmieniło? Idź! – Martwy król ruszył z miejsca i znów wybiegł przed lwice. – Poradzę sobie z każdym Dawnym, który nam będzie bruździł... Sparthi, postaraj się skontaktować z kimś ze swojego stada. – potem klepnął Skazę w plecy. – Ty będziesz wspomagał Aminiego. Jak? Nie mam pojęcia. Nie możesz? To lepiej się naucz, bo nie mamy wyboru. Jeszcze jakieś pytania? Nie, więc do roboty. – zakończył monolog i znów tracił bratanka. – Szybciej, chcę widzieć, co czeka nas w domu.

*

- Nie ma czasu! – wrzasnęła Kilia. – Musimy znaleźć Hawę! Chodź ze mną!

Sarafina wiedziała, że nie mają wyboru, ale chwyciła przyjaciółkę i przygniotła ją do ziemi. Musiała uspokoić spanikowaną, aby zrobić cokolwiek.

- Słuchaj mnie! – powiedziała spokojnym i łagodnym głosem. – Poszukamy Hawy, ale musisz się uspokoić. Gdzie mogła pójść? Myśl!

- Do... em... – Kilia zrozumiała, że nawet nie wie, gdzie chce biec. – Nie mam pojęcia.

Starsza lwica westchnęła i przymknęła oczy. Była inteligentna i uważała się za wyjątkowo opanowaną. Ale to była wyjątkowa sytuacja, a ona bała się, że jej błędna decyzja może kosztować życie kociaka. Czuła, że Kilia była zbyt spanikowana, aby myśleć logicznie. Cała odpowiedzialność spoczywała więc na Sarafinie.

- Nie możliwe, aby ktoś ją wykradł. Byłam na tarasie od czasu, gdy poszłyście spać, a potem, nie słyszałam nikogo. Musiała wyjść sama, mogłam jej nie zauważyć. Ale pytanie brzmi: gdzie poszła?

Kilia trzęsła się ze strachu, ale mocny chwyt przyjaciółki powoli przewracał jej poczucie rzeczywistości. Zmarszczyła brwi i odparła niepewnie.

- Ostatnio w ciąż mówiła on Nuce... wiesz, synu Ziry. Chciała, aby Złote wróciły.

Umysł Sarafiny pracował na najwyższych obrotach. Szybko skojarzyła niedawna melancholię kotki z plotkami na temat stada Ziry. Zdała sobie sprawę, że kociak mógł podsłuchać jej rozmowę z Sarabi i Nalą. Szepnęła w myśli. „O, Ahadi! Ona uważa, że knujemy, aby skrzywdzić Nukę, jej przyjaciela. Ona mogła...”

- Nad rzekę! – rozkazała i puściła przyjaciółkę. Ruszyła ku wyjściu z jaskini i wypadła na zewnątrz. Kilia podążyła za nią, pełna nowej nadziei. Jeśli Sarafina była czegoś pewna, lwica też była. Obie zbiegły ścieżką z Lwiej Skały ku podnóżom. Kilia wyśmignęła towarzyszkę i ruszyła przed siebie, na zachód.

- Czekaj! – krzyknęła Sarafina. – Tam! – Wskazała północ, a przerażona matka natychmiast skręciła.

- Biegnij za mną! – poleciła matka królowej, a Kilia z trudem wysłuchała polecenia, zatrzymując się i przepuszczając ją przodem. Chciała dostać się do córki jak najszybciej, ale potrzebowała przewodnika. Tylko dlatego godziła się biec tempem Sarafiny.

- Szybciej! Szybciej! - poganiała co chwilę. Obie oddaliły się od domu.

- Mnie nie pytajcie! – mruknął zdumiony Horen. – Nie mam pojęcia, co tu jest grane. Ale ja się cieszę, bo mamy wolną drogę.

Trzej wędrowcy wstali z trawy, porzucając kamuflaż. Nie trzeba było już się chować, skoro Lwia Skała opustoszała.

- Szefie, to jest podejrzane. – zwrócił się do wodza Daki, kiedy dotarli na górę.

- No właśnie. – potwierdził Laki. – Jeśli trzymają tam zakładników, to czemu nikt ich nie pilnuje?

- Bo nie trzymają tam żadnych zakładników! – syknął rudogrzywy. – Ta Shakisa już pewnie nie żyje. Jesteśmy tu jedynie, aby to potwierdzić.

Weszli do cichej jaskini. Była ciemna, spokojna, ale nie aż tak opuszczona, jak się spodziewali. Timon i Pumbaa, leżeli w najdalszym krańcu, trzęsąc się ze strachu.

- TO są ci zakładnicy? – jęknął Horen z rozpaczą. – To chyba zapas jedzenia! Guziec i mangusta.

- On jest właściwie surykatką, proszę pana. – odparł Pumbaa

- Zamknij się! Udajemy martwych! – syknął Timon.

- Broniłem twojego honoru... – tłumaczył Pumbaa, ale zamarł gdy podszedł do nich rudogrzywy.

- Kto spróbuje uciec, zginie. – przywitał ich Horen. – Odpowiedzcie na moje pytanie, a przeżyjecie. Gotowi?

- TAK! – jęknęli spanikowani przyjaciele.

- Gdzie jest Shakisa i jej kociak?

- Nie tutaj! – pisnął Timon

- No to sprawa załatwiona. – uśmiechnął się Horen i odwrócił do kompanów. – Spadamy!

- Ale szefie! – zaprotestował Daki. – Nie wierzmy mu!

- Trzeba ich przesłuchać! – dodał Laki.

Bliźniacy podbiegli do przerażonych zwierząt. Daki chwycił mocno Pumbę, a Laki podniósł zmartwiałego Timon na wysokość ust.

- Jeśli nie odpowiesz, albo uznamy, że kłamiesz, twój kumpel skończy w jelitach mojego brata. Rozumiesz? – warknął Daki. – A więc: gdzie jest Shakisa?

- Nie wiem! – jęknął guziec, a Laki włożył Timona do ust. – Czekaj! Simba ją wygnał! – Laki zatrzymał zamykanie ust. – To było tuż po śmierci Skazy. Całe stado zabrało ją i jej dzieciaka. Odprowadzili ją na granicę... nie wiem którą!

- Puśćcie go. – mruknął Horen. – Świnie nie kłamią.

Laki wypluł syrykatkę na podłogę, a ta natychmiast wstała i podbiegła do Pumby. Tymczasem Horen oglądał jaskinię.

- Nikogo tu nie ma! – ocenił. – Te przekąski miały rację. Tu nawet nie ma gdzie trzymać więźniów. Nasze zadanie jest zakończone. – dodał z ulgą i wybiegł z jaskini. Bracia niepewnie podążyli za nim, zostawiając bez słowa roztrzęsionych przyjaciół.

- Poszli już? – szepnął guziec.

- Chyba tak. – odparł Timon. – Mięsojady!

*

Dwa oddziały stały naprzeciw siebie w ciszy, czekając na pierwszy ruch wroga. Zira nie śpieszyła się, po pierwsze, gdyż prowadziła jedynie dywersję, po drugie, Simba był schowany za szeregiem lwic, a Nala stała w samym środku, dobrze pilnowana. Ale i tak to ona miała stać się głównym celem. Złota królowa oswajała się z myślą o morderczej walce.

Jej mała armia była ustawiona idealnie: ona i Amini w środku, po lewej Rama i Doria i z prawej Vii i Theli. Ale i tak wyglądali żałośnie na przeciw lwa i jedenastu lwic. Zira wiedziała, że walki nie da już się uniknąć, ale miała nadzieję, iż zaraz wędrowcy zameldują wykonanie zadania.

- Nie jesteś tu mile widziana. – ryknął Simba. W tym samym momencie księżyc przykryły ciężkie, deszczowe chmury.

- Nie musisz na mnie patrzeć, przybłędo. – odparła Zira. – Ta ziemia należy do Skazy i jego następców. – spojrzała na Lwioziemki. – Pokłońcie się przed królem Skazą i wydajcie tego uzurpatora. – Wskazała na Simbę. – Dzięki temu przeżyjecie.

Królowa zauważyła niepokojące rzeczy – wszystkie lwice stada były pewne siebie i zdecydowane. Spoglądały na Złote z pogarda w oczach i wrogością. Nie, nie wyglądały jak potencjalne buntowniczki. Tylko Sakia, szarofutra i niebieskooka lwica nie wydawała się tak wściekła na atakujących. Sprawiała wrażenie raczej przestraszonej i zdezorientowanej. Jej spojrzenie na sekundę zetknęło się ze spojrzeniem Ziry, aby przekazać tylko jedno, nieme słowo: <Przepraszam!>. Ale Sakia nie ruszyła się z wrogiego szeregu.

- Wypuście Shakisę i Yaktę. – syknęła złota królowa, ale odpowiedziały jej jedynie puste spojrzenie Simby. – Zostawcie ją, nie ma nic wspólnego z naszą wojną! – dodała, a groźba zmieniła się niemal w błaganie.

- Nie ma tu ani Shakisy, ani jej kociaka. – odparł uzurpator. – Wygnaliśmy ją. Nie znalazła twojego stada? – zapytał niepewnym głosem.

„Na Gwiazdy... chyba mówi prawdę!” pomyślała Zira. „A skoro Shakisa do nas nie dotarła, to...”

- MORDERCA! – ryknęła królowa. – Zabiłeś i swego władcę i niewinne kocię. Jesteś przeklęty!

Simba zmarszczył brwi, a w sercu poczuł lodowate ukucie. To nie miało być tak, nie chciał nikogo zabijać, a już na pewno nie matki z dzieckiem. Poczuł się słabo, ale to Nala odpowiedziała za niego.

- Król ukarał buntowniczkę. Okazał jej litość, darując życie. Powiedz choć słowo, a nie zaznasz tej łaski.

- Choć słowo! – syknęła Zira. – Gdzie ją porzuciliście?

- Nie twój interes, ty... – zaczęła Nala, ale Simba powiedział.

- Na skraju Potężnej Dżungli. – jego głos wyrażał nutę żalu. Simba wyszedł przed szereg lwic, choć zdumiona Nala próbowała go zatrzymać. Ale on przeszedł między nią a Parani i stanął tuż przed Zirą.

- Idźcie stąd. – powiedział pewnie. – Dość zabijania.

- Tobie powinno już być dość. – odparła królowa lodowatym głosem. – Ale teraz nasza kolej.

- Nie macie szans. – ciągnął Simba, znów chowając się za swoje stado. – Nie zmuszajcie mnie do tego, czego nie chcę. Idźcie, albo was zabiję, zgodnie z prawem mojego ojca...

- Prawo twojego ojca jest martwe jak on sam! – syknęła Zira. – Ta ziemia należy do Skazy i jego prawo tu rządzi. Pogódź się z tym lub giń!

W tym momencie dostrzegła trzy sylwetki na sawannie, zmierzające biegiem ku północnemu wschodowi. Wędrowcy opuszczali ich bez słowa, uciekając z Lwiej Ziemi. Lwica usłyszała, jak Amini głośno łyka ślinę, widać dostrzegł zdradę swoich przyjaciół. A wiec stali, opuszczeni, naprzeciw silniejszego wroga. Zira zrozumiała, że nie mają żadnych szans. I wiedziała, że jej stado też to widzi.

- Moja królowo! – szepnęła Rama. – Stoimy przy tobie i stać chcemy... ale pomyśl o kociakach... dzieciach Skazy.

- Powstrzymam ich. – powiedział Amini. Zira spojrzała na niego, niepewnym wzrokiem. – To moja, wina, nie powstrzymałem ich przed ucieczka... – dodał, łamiącym się głosem. – Wybacz, moja królowo, zawiodłem. Powiedz kociakom, że przepraszam. Kocham cię!

- Amini, NIE! – krzyknęła Zira, ale było już za późno.

Lew skoczył ku szeregowi lwic, ale tylko po to, aby odbić się od pleców Nali i rzucić się dalej, na Simbę. Spadł mu na plecy, przewracając wroga na trawę i chwytając go za szyję. Król starał się podnieść i samemu przygnieść atakującego, ale szybki kop Aminiego sprawił, że obaj zaczęli się turlać. Czarnogrzywy, przygnieciony na chwilę, sapnął z bólu, ale sekundę później, to on znów był na górze.

- Ziro, uciekaj! – krzyknął, aby zaraz potem ryknąć z bólu. Simba uwolnił jedną łapę i uderzył na oślep, lecz mocno. Obaj zatrzymali się w płytkiej niecce, siłując bezlitośnie.

- Odwrót! – rozkazała Zira. – JUŻ! Ramo, pomóż mi! – ruszyła ku szykowi Lwioziemek.

Choć trzy lwice cofnęły się, aby pomóc Simbie, pozostała ósemka stała twardo, nie dopuszczając do odsieczy dla Aminiego.

- Wybacz, przyjaciółko. – szepnęła królowa, kiedy upewniła się, że trzy jej lwice pędza na północ, a Rama odważnie stoi u jej boku. – nie możemy go zostawić... i trzeba kupić czas dla naszych sióstr.

- Kocham cię, moja pani... – mruknęła stara lwica. – I nie pozwolę im cię dostać... zbyt łatwo!

Przyjaciółki skoczyły na zwarty szereg wroga.

- NIE! UCIEKAJCIE! – wołał Amini, przygnieciony przez Simbę i trzy Lwioziemki. Desperacko usiłował uwolnić łapy, uwięzione pod ciałem króla, ale ten był zbyt ciężki, aby go zrzucić. W tym czasie, lwice ostrożnie podchodziły ku jego głowie, szukać dojście do szyi. W porywie szału, czarnogrzywy wysunął pazury przygniecionych kończyn, wbijając je w ciało Simby. Król ryknął z bólu i odruchowo wstał. Amini, niespodziewanie uwolniony, wstał za nim i na oślep uderzył jedną z Lwioziemek. Słabsza, lżejsza i nieprzygotowana samica upadła ciężko na trawę, ale jej dwie towarzyszki gotowały się do skoku.

- ZIRO! BIEGNIJ! – wrzasnął z rozpaczą.

Łatwo powiedzieć. Zira i Rama stały w środku ciasnego kręgu wrogich lwic. Stykały się plecami, kryjąc na wzajem, kiedy tylko któraś z Lwioziemek próbowała ciosu. Był to idealny sposób obrony, ale ciągłe uniki zmęczyłyby je w przeciągu minut. Nala wślizgnęła się do kręgu i rozkazała.

- Poddajcie się i proście o łaskę!

Ale w tej samej chwili, została uderzona łapą lecącego Aminiego. Lew wskoczył do kręgu, odbijając się od ciała oszołomionego Simby i uderzył na szereg lwic od wewnątrz. Mocno odepchnął dwie Lwioziemki, tworząc szeroką wyrwę w blokadzie. Zira i Rama dostrzegły to w porę i rzuciły się przed wyłom na otwartą przestrzeń. Cała trójka wyrwała się na sawannę, a za nimi ruszył chaotyczny pościg. Nawet Simba, wciąć oszołomiony ciosem Aminiego, wstał i rozejrzał się niepewnie. Po kilku sekundach odzyskał ostrość wzroku.

- Za nimi! – rozkazał i ruszył niepewnym krokiem. Po chwili nabrał prędkości, ale wciąż biegł chybotliwym zygzakiem.

Trójka uciekinierów biegła prosto na północ. Zira spojrzała na kompanów z obawą.

- Ranni? – zapytała krótko.

- Bywało gorzej. – oparł Amini.

- Nie, ale... – wysapała Rama.

Królowa wiedziała, co przyjaciółka miała na myśli. Starsza lwica nie była zdolna utrzymać tego zabójczego tempa długo. Z pewnością, nie do rzeki. Poza tym i tak musieli zwolnić pościg, by reszta oddziału zdołała się przeprawić na drugi brzeg.

- Ramo, nie rób tego! – jęknęła królowa.

- Muszę... – wyspała stara lwica. – Nie mogę... was spowalniać... – Musiała odetchnąć kilka razy, by mówić dalej. – I tak nie zdołałabym... Zatrzymam ich... chwilę... – Znów zrobiła pauzę. – Nie dam już rady. – Spojrzała na Aminiego, biegnącego u jej boku. – Kiedy przyjdzie twoja kolej... tnij ścięgna... zwolnisz ich!

Królowa z rozpaczą zrozumiała, o czym mówią. Musieli okaleczyć tak wielu prześladowców, jak to było możliwe. A więc Rama była już stracona, a Amini gotował się do podobnej ofiary. To było zbyt wiele – utrata najdroższej przyjaciółki... nie, dwójki najdroższych przyjaciół, w tym ojca jej kociaka. Zawiodła ich, tak jak zawiodła Skazę.

- Ramo... – chlipnęła Zira, lecz nie zwolniła, gdy stara lwica stanęła i odwróciła się twarzą ku prześladowcom.

- No chodźcie... – szepnęła Rama, wysuwając pazury i gotując się od ostatniej walki. – Pokaże wam, jak umiera Złota!

Simba i piątka lwic minęły pustynna lwicę, wciąż goniąc królową i Aminiego, ale pozostała szóstka skoczyła ku Ramie i obsiadła ją jak szarańcza. Wycieńczona lwica ledwo poczuła, kiedy jej bok został rozdarty pierwszym ciosem. Tylko raziła wrogów potężnymi uderzeniami, nie bojąc się o swoje rany. Jakimś cudem, minęła drugi, trzeci oraz kolejne ciosy przeciwko sobie. Zupełnie, jakby jej ciałem kierowała jakaś zewnętrzna siła, pozwalająca jej razić młodsze i silniejsze przeciwniczki. Zamiast płonącego bólu w zranionym boku, czuła jedynie kojąca obecność kogoś znanego, bliskiego. „Wasza wysokość!” zawołała w duszy, widząc Sparthiego, prowadzącego jej łapy, własnymi. Duch walczył razem z żywą, niemal w idealnej unii. Nadnaturalne zmysły Dawnego ostrzegały Ramę przed uderzeniami, a jego siła pchała jej mięśnie to dalszego wysiłku. Lwica czuła, że umiera – pierwsze cięcie sięgało od łopatki po pachę, tnąc bezlitośnie arterię. Ale dopóki w żyłach Ramy wciąż było dość życia, cięła i gryzła mocno, dzięki pomocy jej władcy. Kiedy w końcu jej wzrok zasnuł się czarną mgłą, wiedziała, że ciężko zraniła dwie Lwioziemki i skaleczyła w łapę trzecią. Szanse Ziry wzrosły... teraz przyszedł czas na Aminiego.

- Sir, starałam się! – wyszeptała, padając pod okrutnymi ciosami Lwioziemek.

- Spokojnie, moja droga... Już po wszystkim. – powiedział Sparthi i chwycił ducha, opuszczającego nieruchome ciało.

*

- Zatrzymaj ich! – wrzasnął Tarki, ściskając szyję Mufasy.

Oba duchy leżały na niewidocznej płaszczyźnie ponad sawanną. Mały kociak twardo trzymał wielkiego lwa, ale nie po to, aby go udusić (co było niemożliwe), ale aby powstrzymać go od dalszej pomocy swoim. Scena mogła się wydać absurdalna, ale wszak wiemy, ze w świecie nieba prawdziwa siła płynie z wewnątrz. Starszy, choć mniejszy duch był potężniejszy.

- Puszczaj mnie... stryju! – wysapał Mufasa. – Tak musi być.

- Powstrzymaj Simbę!

Wtem obu Dawnych uderzyła fala bólu. Zrozumieli, że ktoś właśnie zginął. Krew została rozlana i nie było już drogi odwrotu. Tarki, przerażony, wypuścił bratanka z uścisku.

- Nie pozwól mu zabić Ziry! – rozkazał gwiezdny kociak. – Albo my zabijemy Simbę!

Mufasa spojrzał na zielonookiego z nagłym przestrachem. Dostrzegł tez dobrze znaną aurę, sunąca nad sawanną. To był Skaza, jego brat, gotowy aby pomóc Aminiemu w walce.

- Rozumiesz? – syknął Tarki. – Pozwól jej żyć, albo ja pozwolę Skazie działać.

Mufasa ruszył w pościg za synem. Po drodze minął Sparthiego i Ramę, powoli wstępujących na firmament.

- Wybacz, przyjaciółko... Niedługo wrócę po ciebie. – szepnął złoty król do ucha swej poddanej. – Ale wiesz, ze teraz muszę powstrzymać tę masakrę.

Pobiegł za martwym i żywym królem.

Logowanie

Cytaty

- Tato, tato!
- Twój syn się zbudził...
- Przed wschodem słońca to TWÓJ syn...