Królowa Piasku-XII

12 – Swój i wróg


Kiedy Amini otworzył oczy, postanowić leżeć nieruchomo, tak długo jak się da. Spoglądał z zachwytem na Zirę, spoczywająca w jego uścisku, ale gdy słońca wzeszło zza krawędzi nadrzecznego klifu i królowa się obudziła. Spostrzegała Aminiego, z początku zmarszczyła brwi w zdumieniu, ale zaraz potem przypomniała sobie wydarzenia ostatniej nocy i uśmiechnęła się promiennie.

- Jesteś piękna, jak ten poranek, moja królowo. – przywitał ją lew.

- To wspaniale... ale to chyba już nie poranek. – zauważyła Zira i zaśmiała się.

Amini delikatnie dotknął nosem policzka lwicy i polizał ją po twarzy. Ta poddała się pieszczocie, ale kiedy skończył, szepnęła poważnie.

- Starczy. Mamy dziś wiele do zrobienia.

Lwy wstały i ruszyły w kierunku Złotej Hali. Po krótkim spacerze, ujrzeli cichą twierdze stada. Dziwaczna rutyna tego przedpołudnia toczyła się sama, bez rozkazów i rad. Cztery lwice, które miały towarzyszyć w wyprawie królowej i wędrowcom, zapewne wciąż spały w środku kopca. Dwie inne, Anga i Ndugu, zbyt poranione, aby wziąć udział w boju, właśnie wracały z polowania z częścią łupu. Kolejne dwie Złote polowały gdzieś dalej. Daki i Laki leżeli przez Złota Halą, a Vitani i Nuka usiłowali ich obudzić. Oczywiście bezskutecznie.

- Niech pan wstanie! – jęczała Vitani. – Chcemy iść popływać, a mamy jeszcze nie ma.

- Ja jej nie zjadałem.- odparł śpiący lew. – Może Laki?

Bliźniaki nawet przez sen mówiły razem.

- To nie ja! – mruknął Laki, szturchany przez Nukę. – A jeśli nawet, to zostawiłem wam porcje.

- To na nic. – westchnął Nuka. – Musimy czekać na mamę.

Zira podeszła do kociaków i polizała je na przywitanie.

- Już jestem, moi drodzy. – wtedy zauważyła, że jej córka usiłuje otworzyć szczęki Dakiego i złapać go za język. – Vitani, zostaw go! – kotka pościła głowę lwa, a ten uśmiechnął się z ulgą. Wciąż śpiąc, rzecz jasna.

- Wspaniała organizacja. – ocenił Amini. – Stado wzięło twoje rady do serca...

- Mamo, chcemy nad rzekę. – zażądał Nuka.

- Obawiam się, ze dziś to niemożliwe. – odparła Zira. – Dziś... jest bardzo szczególny dzień. Wyruszamy po Yaktę.

Kociaki spojrzały się po sobie, po czym zwróciły ku matce.

- Jupi! – krzyknęło rodzeństwo.

- Ale wy zostaniecie tutaj! – dodała natychmiast królowa.

- Ech... – mruknął rozczarowany Nuka.

- Ktoś musi pilnować naszej siedziby, kiedy my stąd pójdziemy. – powiedział Amini. – Ktoś odważny i sprytny.

Nuka przytaknął, choć nie wyglądał na całkowicie przekonanego. Zaprowadził siostrę do niedalekiego kopczyka, po czym zaczęli ścigać termity. Amini podszedł do Dakiego i użył jedynego, pewnego sposobu, aby obudzić lwa. Nadepnął na jego ogon.

- AŁA! – wrzasnął wędrowiec. – A to za co?

- Przepraszam. – odparł czarnogrzywy. – Ale szukamy szefa. Gdzie poszedł?

- Gdzieś z Dorią. – poinformował ich lew. – Gwiazdy wiedza gdzie.

- Kiedyś wróci. – mruknął Amini. – A ty, czemu nie pomagasz w polowaniu? – zapytał złośliwie.

- Daj mi spokój! – odwarknął bliźniak, a w następnej sekundzie spał znowu.

Zira zachichotała ze zrozumieniem i trąciła Aminiego w bok.

- Ma rację, daj mu spokój. Wyglądają, jakby też nie przespali nocy. – ziewnęła. – Powiedziałam <też>? No właśnie, do wieczora powinniśmy solidnie wypocząć. – weszli do Złotej Hali.

Tymczasem, na wzgórzu opodal, siedziała para lwów, rozmawiając podniesionymi głosami. Przynajmniej jej głos był bardzo nerwowy. Doria spoglądała na swego świeżoupieczonego partnera i powtarzała z naciskiem.

- Mam nadzieje, ze wiesz, co to oznacza? Musisz podjąć swoje obowiązki.

- Obowiązki! – mruknął Horen. – Na to się nie pisałem!

*

Dzień na Lwiej Skale upłynęła w radosnej atmosferze. Kolejny raz polowanie udało się znakomicie, a stado najadło się jak nigdy w ostatnich latach. Po obiedzie większość stada ułożyła się do drzemki, tylko Kilia bawiła się z córeczką. Mała Hawaa chyba jako jedynie nie cieszyła się z tego spokoju.

- Mamo... nie chce się znów w to bawić. – powiedziała, gdy skończyły płoszyć przepiórki skał w pobliżu.

- A w co byś chciała? – zapytała lwica.

Kotka usiadła na ziemi i spojrzała na matkę z powagą.

- Mamo, musimy poważnie porozmawiać. – szepnęła. Kilia zmarszczyła brwi w zdumieniu.

- Co się stało, moja mała?

- Mamo... dlaczego tak nie lubisz Złotych Lwic? – to pytanie jeszcze bardziej zmieszało lwicę.

- Nie wiem, o co ci chodzi. Te wyrzutki to nasi wrogowie. – odparła, a Hawaa spojrzała smutno w ziemię.

- Ale... jeszcze tydzień temu byliśmy jednym stadem. – zauważyła, smutnym głosem.

- Nie, nic nie rozumiesz. – mruknęła niecierpliwiona Kilia. – Zawsze byli wrogami, ale... wcześniej nie mogłyśmy nic z tym zrobić. Dopiero gdy wrócił Simba.

- Mamo! – wykrzyknęła Hawaa. – To była fatalna wymiana. Mamy jednego pana Simbę, za całe stado!

- Simba jest naszym królem! – odparła lwica groźnie. – Pamiętaj o tym. Nie chcę wracać do tej głupiej rozmowy o Skazie i Zirze. Jasne?

- Nie gniewaj się, mamo. – chlipnęła kotka. – Ja chcę tylko... abyśmy byli znów razem.

- Wracamy. – mruknęła zmęczonym głosem Kilia. – Jesteś dziś nieznośna.

Tak więc wróciły na Lwią Skałę. Tym czasem na Złej Ziemi prawdziwy dzień się dopiero zaczynał.

*

- Mamo, błagam: uważaj na siebie. – prosił Nuka, gdy Zira po raz ostatni oglądała swą mała armię. – Wrócisz jutro, prawda?

- Oczywiście, mój drogi. I przyprowadzimy Shakisę oraz Yaktę. – zauważyła, że ciężko ranna Anga chciała dołączyć do szeregu. – Powiedziałam: nie! – krzyknęła, ale zaraz dodała łagodnym głosem. – Wybacz, ale jeszcze nie czas. Musisz wyzdrowieć.

Starsza lwica odeszła z ciężkim sercem. Cztery jej przyjaciółki, wyznaczone na wyprawę, wpatrywały się w królową z szacunkiem, ale i niepokojem. Ten wypad był szalony, nawet przy wsparciu wędrowców.

- Mamo, proszę... spróbujcie przyprowadzić też Hawę! – prosił lewek. – Jestem pewien, że tak na prawdę ona jest z nami, tylko jej mama...

- Chcesz, żebym porwała ją od matki? – zdziwiła się Zira.

- No... – odparła Nuka. – Jeśli przyprowadzisz ja tu, to ciocia Kilia będzie musiał też tu przyjść. A my ją przekonamy, że Simba jest zły. Chyba się uda, nie?

Królowa przymknęła oczy i przywołała w pamięci noc śmierci Skazy. Wewnątrz gotowała się ze złości i żalu. Była gotowa rozszarpać wszystkie lwice z Lwiej Skały, nawet nie dla zemsty, ale aby uchronić resztę świata od podobnego losu, który spotkał ich. Lwioziemcy byli niebezpieczni, może nie źli, ale ranili. Litość od zawsze była luksusem silnych. Zira i jej stado nie bili silni i mieli tylko jedną drogę, aby pozbyć się zagrożenia: otwarta wojnę. Dziś mieli ją zacząć. Ale współczucie Nuki... „Nie możemy stać się tacy, jak oni.” Pomyślała Zira. „Jeśli będę miała okazję, zaproponuje Kilii kapitulację. Tylko to mogę zrobić.”

- Spróbujemy. – zapewniła syna.

Nuka podszedł do Aminiego i przytulił się do jego łapy. Lew podniósł go i usadził na plecach, tak że kociak mógł wtulić się w jego grzywę.

- Amini, proszę... pilnuj naszej mamy. – szepnął. – Przyprowadź ją bezpieczną.

- To mój obowiązek, Nuka. I nie zawiodę was. – obiecał i odstawił lewka na ziemię. – Bądź dzielny. Twój ojciec patrzy na ciebie z gwiazd. – dodał, nienaturalnym głosem.

- Mamo, możemy poczekać na was na brzegu rzeki? – zapytała Vitani.

Zira pokręciła głową.

- Nie, lepiej nie...

- Ziro, nie usiedzimy tutaj. – powiedziała Anga szczerze. – Jesteśmy z tobą duchem... ale i ciałem chcemy być jak najbliżej. – zauważyła niepewność na twarzy królowej. – Zaopiekujemy się kociakami.

- No dobrze... – zgodziła się Zira. – Więc weź Vitani i ruszamy nad rzekę. Za mną! – rozkazała, ale wtedy spostrzegła, że brakuje jej połowy armii. Tej silniejszej połowy. – Gdzie jest Horen? – zdziwiła się. – Gdzie są bliźniaki?

- Bez obaw. – mruknął Amini. – Są... gdzieś tam. – wskazał szczyt pobliskiego wzgórza. Dogonią nas po drodze. – odetchnął głęboko i zawołał. – Chłopaki! Już czas!

- Spotkamy się na plaży. – odkrzyknął Horen, siedzący na nieodległym zboczu.

Bliźniaki patrzyły na niego ze zdumieniem. Tak, to była trudna decyzja, Horen nie miał wątpliwości, że konieczna.

- Chłopaki, zrozumcie! – powtórzył. – Jesteśmy tylko mięsem armatnim. Chcą od nas tylko zębów i pazurów.

- Ale... nie możemy ich tak po prostu zostawić. – wykrzyknął Laki.

- Ciszej! Usłyszą... – syknął Horen.

- Przepraszam... – szepnął lew. – Ale nie możemy.

- Możemy. Po prostu chodźmy. – poradził wódz.

- Obiecałem Vii... – mruknął Daki.

- Co obiecałeś? – spytał Horen.

- Że uratuję Shakisę. Jest jej przyjaciółką i...

- Lwice was ogłupiły! – syknął rudogrzywy. – Shakisa, lwica której nawet nie widzieliście, może już nie żyć. A co wtedy.

- Szefie? – zapytał Laki, spoglądając na wodza. – Co się stało? Wczoraj byłeś zdecydowany, aby zostać.

- Nie rozumiesz! – powiedział Horen nerwowym głosem. – Pomyśl chwilę! Robimy to dla Aminiego. Kiedy odejdziemy, zostanie prawdziwym królem.

- Albo zginie w bitwie. – zauważył Daki.

- Nie będzie żadnej bitwy! – syknął rudogrzywy. – Kiedy zobaczą, że nas nie ma, wycofają się... Nie są przecież skończonymi idiotami!

- Właściwie, to sam powiedziałeś, że Amini jest idiotą, bo zakochał się z Zirze. – przypomniał Laki, a Horen potrząsnął grzywą w wyrazie irytacji.

- Szefie... coś się jednak wydarzyło od wczoraj, że zdecydowałeś się zostawić Dorię. – stwierdził pewnie Daki. – Musimy wiedzieć co.

Horen milczał chwilę, patrząc na przyjaciół. Otworzył usta, aby zamknąć je chwilę potem. Nie miał pojęcia, jak im to powiedzieć. Wreszcie zrobił głęboki wdech i rzekł, grobowym głosem.

- Jaka to pora?

- Wczesny wieczór. – stwierdził Laki.

- Pora roku.

- Wczesna pora deszczowa. – odparł Daki

- A kiedy lwice najczęściej mają okres godowy? – zapytał, aby ujrzeć zdumienie i strach na twarzach przyjaciół. Dodał. – Tak, teraz. Nie miałem o tym pojęcia... Nie patrzcie tak na mnie, po raz pierwszy byłem z lwicą. – Tak samo jak oni. Świadomość, co się stało poprzedniego dnia docierała do nich powoli. – I Doria też nie wiedziała! Uświadomiły nas inne lwice, dowcipkujące nad ranem. Ja nie mogę być ojcem! Nie umiem!

- No to jest problem, szefie. – mruknłą Daki. – Bo ostatniej nocy Vii i ja...

- Oraz Thela i ja... – dodał Laki. – Czy to znaczy...

Horen skrzywił się i pokiwał głową.

- A więc może jednak rozważycie pomysł natychmiastowego odejścia.

Bliźniaki były zszokowane.

- Ale... – jęknął Laki. – Zostawić Thelę...

- I Vii... – dodał Daki.

- ...z kociakami? Z naszymi kociakami!

Horen zacisnął pięści i uderzył u skaliste podłoże. Wbił spojrzenie w braci i zaczął mówić, wolno i wyraźnie.

- Nie możemy być dobrymi ojcami. Jesteśmy wędrowcami... wygnańcami. Zostaliśmy wygnani z naszych stad, bo tam nie pasowaliśmy. I nie będziemy pasować i od tego stada! Tylko Amini ma ten dar, że potrafi stać się osiadłym lwem i związać się z lwica na poważnie. Będzie królem... i opiekunem naszych dzieci. My tego nie możemy się podjąć. To nie leży w naszej naturze.

- Ale w mojej leżało... aby poleżeć z Vii. – szepnął zawstydzony Daki.

- Zostaw Aminiego z Zirą. – przekonywał Horen. – Tak bezie lepiej, dla nas, dla niego, dla kociaków...

- Ale musimy mu wpierw pomóc zostać królem! – oponował Laki.

- Nic nie musimy! – krzyknął Horen, ale ujrzał chłodną determinację w oczach bliźniaków. – Obiecaliście uratować Shakisę i jej kociaka, tak? No to zrobimy to... i odejdziemy zaraz potem.

- Czy to aby na pewno... – zaczął Laki.

- Jedyna droga. – zapewnił Horen, spoglądając w oczy lwa. – Amini będzie nam dziękował!

- Hej, chłopaki! – zawołał Amini ze ścieżki poniżej. – Idziecie?

- Jasne! Będziemy za chwilę! – odparł Horen i ruszył szlakiem w dół.

Bliźniaki niepewnie podążyły za nim.

*

Lwia Skała powoli zapadała w sen. Tylko trzy lwice wciąż czuwały na zewnątrz, na tarasie. Tak jak Simba rządził całym królestwem, tak ta trójka rządziła Simbą – królowa-matka, matka królowej i sama królowa. Kolejny raz rozmawiały o zagrożeniu Złotym Stadem. Ponieważ żadnej złotej lwicy nie widziano już od paru dni, ta groźba stała się mnie realna, ale pomimo tego... a może wręcz: dzięki temu, bardziej przerażająca.

- Nie podoba mi się to. – powiedziała Sarafina, patrząc w mrok nad sawanną. – Nie widzieliśmy ani śladu po nich przez ostatnie dni. To niemożliwe, aby tak duża grupa krążyła tu niezauważona. Musiały się gdzieś ukryć. Tylko gdzie...

- Mamo, czemu zakładasz, że wciąż tu są? – zapytała Nala. – Stado Ziry przybyło z pustyni... mieli tam jakąś siedzibę, zwaną bodaj... Złotymi Piaskami. Może tam właśnie wrócili?

Sarabi potrząsnęła głową i odparła.

- Nie, to niemożliwe. Pamiętam dzień, kiedy tu przybyli. Byli wycieńczeni drogą i umierający z pragnienia po długiej podróży. Jeśli nawet chcą wrócić... choć nie wierze, aby ryzykowali życie kociaków w tak dalekim marszu... musieliby się starannie przygotować. – spojrzała na równinę, na której szybko odrastała po suszy świeża trawa. – Te Złote Piaski musiały zostać poważnie zniszczone przez suszę. Wątpię, czy już odzyskały na tyle życia, aby utrzymać stado. My mamy niezwykłe szczęście, że Lwia Ziemia wciąż nas żywi.

„A czy to nie jest zasługą Skazy?” pomyślała Nala, ale szybko zdusiła tę myśl. Nie, Skaza był zły, wiec jego rządy musiały być podobne. „A więc czemu za nim tak tęsknisz?” zapytał niepokorny głos w jej głowie. Ona jednak zignorowała go.

- Nie ważne. – powiedziała królowa. – Musimy przekonać Simbę, aby wysłał zwiad na północny brzeg Rzeki Granicznej. Jeśli istnieje choć minimalne prawdopodobieństwo, że Zira się tam chowa, musimy to sprawdzić. – Dwie lwice spojrzały na młodszą pytającym wzrokiem. Ta dodała. – Oczywiście, to ja mu podsunę ten pomysł, ale musicie mnie wesprzeć. Sarabi, Simba będzie posłuszny twoim radom.

- To dziwna sytuacja. – oceniła Sarabi. – Opiekujemy się królem, jak małym kociakiem, a przecież powinno być odwrotnie.

„I było!” szepnął głos w głowie Nali. „Całkiem niedawno. Kiedy Skaza traktował swoich poddanych jak dzieci. Wiesz coś o tym, czyż nie?” Królowa potrząsnęła głową, chcąc przegnać nieproszone myśli, a potem odpowiedziała królowej-matce. – I wkrótce tak będzie, jak tylko pozbędziemy się na dobre tych wyrzutków. Kiedy nie będzie już zagrożenia wojną, Simba będzie sprawował rządy bez naszej pomocy. Musimy tylko... zneutralizować Zirę i jej zwolenników.

Sarafina ziewnęła głośno i spojrzała na córkę i przyjaciółkę.

- To dobrze, ale zaczniemy jutro. – mruknęła sennym głosem. – Jutro porozmawiamy z Simbą. I wcale nie uważam, że należy się śpieszyć. To im się śpieszy. My żyjemy w bezpiecznym schronieniu, mamy pod dostatkiem żywności. Jeśli Zira jest na Złej Ziemi, wygoni ją stamtąd głód.

- Masz rację. – zgodziła się Sarabi. – I faktycznie czas już spać. – wstała i dodała zmęczonym głosem. – Dobrej nocy. – ruszyła ku głównej jaskini, a jej towarzyszki podążyły zaraz za nią. Hawaa mogła odetchnąć z ulgą, nie widziały jej.

Kotka cały czas leżała na skale, tuż przy wejściu do jaskini. Jej szare futro maskowało ja niemal zupełnie, a niezwykły (jak na jej wiek) spokój, pozwolił jej pozostać niezauważoną. Nieco wcześniej, wyślizgnęła się z objęć matki i poszła za wychodząca Sarabi. Wiedziała, że matka Simby jest szczególnie uprzedzona wobec cioci Ziry i wszystkich Złotych. Więc należało ją pilnować. Kotka słyszała każde słowo z rozmowy lwic i gdy te się rozeszły, ona leżała w miejscy, sparaliżowana strachem. One zamierzały zabić ciocię Zirę i Nukę! Chciała płakać, ale widziała, że łzy nikomu nie pomogą. Rozważała obudzenie matki i prośbę, aby ta wstawiła się za Złotymi. Ale matka była równie wściekła na stado Ziry, co Sarabi. A Simba... Hawaa bała się nawet zapytać o to nowego króla. On zapewne wierzył z bzdury, które opowiadała Sarafina, Sarabi i Nala. Jedna, mała Hawaa nie była w stanie przekonać go, jak bardzo się myli. Więc pozostała jej już tylko jedna droga.

- Mamo, proszę, nie gniewaj się na mnie. – wyszeptała w kierunku ciemności jaskini. – Ale ja czuję w sercu, że nie masz racji. Kocham cię, ale nie mogę ci pozwolić skrzywdzić moich przyjaciół. – Odwróciła się ku ścieżce w dół i ruszyła przed siebie.

Była zdecydowana, aby dotrzeć do <Rzeki Granicznej>, a potem aby znaleźć Zirę. Ktoś musiał ich ostrzec o niebezpieczeństwie ataku Lwioziemców. Kotka nie miała pojęcia, jak można przekroczyć rzekę ale to nie miało znaczenia. Zwłaszcza, że dotychczas nie widziała prawdziwej rzeki, więc nie wiedziała czego się bać. Była pewna, że Złote Stado jest na północy. Czemu? Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale wydawało jej się, że wieczorny wiatr gwiżdże w uszach pomocne słowa.

Hawaa zaczęła marsz przez sawannę. Z powodu jej krótkich nóżek, przypominało to raczej ciągłe skoki, ale śpieszyła się jak mogła. Po chwili mięśnie zaczęły ją boleć, ale nie poddawała się. Musiała wykonać swoją misję, na przekór wszystkiemu.

*

Kilia obudziła się z powodu złego snu. Dodajmy: bardzo dziwacznego snu.

Śniła o nieodległej przeszłości, czasach suszy. Umierała z głodu, leżąc na tarasie Lwiej Skały. Nagle, drużyna łowcza Złotych Lwic wróciła z wielkim kawałkiem mięsa. Lwica podniosła głowę, mając nadzieję, że dadzą jej trochę. Ale Złote, prowadzone przez Zirę, zaczęły same zajadać przysmak. Kilia poczuła delikatny aromat mięsa i łzy zakręciły jej się w oczach.

- Ziro... pomóż mi! – jęknęła.

- Wygnałaś Shakisę! – odparła Złota lodowatym głosem. Shakisa była już wygnana? Cóż, w tym śnie chyba tak.

- To był pomysł Nali! – pisnęła głodna lwica. – Błagam, dajcie mi kawałek.

- Morderczyni! – krzyknęła inna Złota. Vii? Doria? Kilia nie była pewna.

- Co się stało? – zapytał Skaza, który właśnie wyszedł z królewskiej jaskini. – Ziro, moja droga, to lwica wygląda na chorą.

- Słońce jej szkodzi. – odparła Zira i połknęła nieprzyzwoicie wielki kęs mięsa. Kilia załkała bezsilnie.

- Panie, jestem taka głodna... Błagam, nakarm mnie!

Skaza podszedł do umierającej lwicy i spojrzał na nią ze współczuciem. W jego oczach Kilia dostrzegła autentyczną troskę i poczuła, że kocha swego władcę całym sercem. Lew odwrócił się ku swej partnerce.

- Ziro, ona umiera z głodu. Daj jej mięsa! – polecił spokojnym, ale nieznoszącym sprzeciwu głosem. Królowa skłoniła się i odparła.

- Tak, najjaśniejszy panie. – Razem z resztą lwic przeciągnęła truchło (ależ ono było ciężkie!) pod sam nos Kilii. Lwica, wciąż łkając, wyszarpała pierwszy kęs mięsa. Było cudownie pyszne, ale tego smaku wcześniej nie znała. Szybko przełknęła porcję i sięgnęła po więcej.

- Smakuje? – zapytał łagodnym głosem Skaza. – Zasłużyłaś na lwią cześć tego łupu.

Wtedy Kilia odkryła, co je. Truchło, leżące przed nią, zamieniło się w bezwładne i nadgryzione ciało Simby. Lwica zamarła.

- Moja droga... – powiedział król. – Przepraszam, za ten smak. Simba jest młody i łykowaty. A jeszcze ta dieta z robaków... Mufasa był znacznie smaczniejszy, ale zjadłyście ostatnie resztki wczoraj.

Kilia obudziła się, zlana zimnym potem. Podniosła głowę i spojrzała na króla, leżącego w monarszym łożu, obok Nali. Był cichy, nieruchomy, ale z pewnością żywy. Westchnęła z ulga i tylko mocniej przytuliła... przytuliła... przytuliła...

- Sarafino! – zapytała Kilia w ciszy jaskini.

- Tak? – mruknęła senna lwica.

- Czy Hawaa jest z tobą? – zapytała nerwowo Kilia.

- Tak... to znaczy: nie. – odparła matka królowej. – Czemu pytasz?

Serce Kilii zamarło. Wstała i spojrzała na ciemną komnatę, szukając córki u boku innych lwic. Bezskutecznie. Przerażenie ze snu ustąpiło przerażeniu rzeczywistemu.

- Hawaa znikła! – szepnęła zszokowana lwica. – Saffy, jej tu nie ma...

I właśnie w tym momencie do jaskini wleciał Zazu, pędząc co sił. Niemal rozbił się o tylnia ścianę groty, ale w ostatniej sekundzie zdołał zawrócić i niezgrabnie wyładować obok monarchy. Dyszał kilkanaście sekund, zanim zdołał wyrzucić z siebie rozpaczliwy okrzyk.

- Atakują nas!

Krzyk dzioborożca rozdarł senną ciszę i kilka lwic otworzyło oczy. Podniosły głowy i spojrzały na królewskiego majordomusa.

- Simba, Zira nadchodzi! – jęknął Zazu i upadł na skalne łóżko, bez siły.

- Świetnie. – mruknął Simba. – Ale audiencje przyjmuje od południa... CO?! – otworzył oczy i wbił zaspane spojrzenie w ptaka.

- Panie, grupa intruzów. – wyspał dzioborożec. – Co najmniej sześć lwic, ale to może być tylko pierwszy oddział. Idą od rzeki.

Simba zerwał się na równe nogi i zaryczał. Taka pobudka poderwała już całe stado. Lwice wstały i skupiły się wokół króla.

- Oni tu są. – powiedział Simba opanowanym głosem. Jednak uważny obserwator dostrzegłby, że władca trzęsie się na całym ciele. Był kompletnie zaskoczony. – Zatrzymamy ich na Północnej Ścieżce, nie dopuszczając na Lwią Skałę. Wszyscy idą ze mną, tylko... – Myślał kilka sekund, aż w końcu spojrzał na matkę królowej. – Sarafina zostaje z Kilią i kotką.

Zanim Sarafina lub Kilia zdołały powiedzieć, że kotki tu nie ma, reszt stada wybiegła z jaskini.

*

Hawaa była jednocześnie przerażona, ale i podniecona. Szalony bieg przez równinę oszołomił ją tak dalece, że nie usłyszała grupy lwic, mijającej jej ledwie około stu metrów na zachodzie.

Zira prowadziła armię w szybkim marszu. Lwioziemcy byli już zaalarmowani przez tego piekielnego dzioborożca, więc nie było czasu do stracenia. Nie mogli pozwolić, aż Simba zorganizuje obronę.

- Tak jak ustaliliśmy! – zawołała do Horena, Dakiego i Lakiego. – Idźcie już, odwrócimy ich uwagę.

Oddział ratunkowy oddalił się od głównych sił.

Logowanie

Cytaty

- Tato, tato!
- Twój syn się zbudził...
- Przed wschodem słońca to TWÓJ syn...