Królowa Piasku-XI

11 – Nasze skromne progi


Przekraczanie rzeki bywa niebezpieczne, nawet gdy płynie się samemu, za dnia. A dla dwóch lwic, przeprawiających się w nocy, zadanie to okazało się ekstremalnie trudne. Sarafina zawsze pływała dobrze, ale w jej wieku nie powinna była ryzykować takiego wysiłku. Hawaa była niezwykle silna i wytrzymała, ale fakt iż musiała przez cały czas jedną łapa holować dawną opiekunkę, nie ułatwiał jej zadania. Kiedy dotarły do północnego brzegu, obie były wyczerpane. Jednak wspólny wysiłek podniósł je na duchu – skoro największa trudność została pokonana, to znaczy, że dalej miało pójść już łatwiej.

- Wybacz, ciociu, ale musisz tu zaczekać. – powiedziała Hawaa. – Tak na wszelki wypadek, chcę uprzedzić królową Zirę o twoim przybyciu.

- Jeśli się nie zgodzi, będzie to raczej krótka wizyta. – zakpiła stara lwica, ale widząc zakłopotanie na twarzy dawnej podopiecznej, dodała. – Wiem, to raczej niezwykła sytuacja. Poczekam... Mam nadzieję, że Zira nie obrazi się za taką pobudkę.

- Poczucie humoru cię nie opuszcza. – uśmiechnęła się lwica. – Będę niedługo.

Faktycznie, wróciła niebawem. Razem z Zirą, przyszły ledwie półgodziny od czasu odejścia Hawy, co starczyło akurat na dojście do Złotej Hali i powrót. Królowa Złej Ziemi podeszła do Lwioziemki i skinęła głowa na przywitanie.

- Witaj, Sarafino. – powiedziała uprzejmym i łagodnym głosem. Mimo to, słychać było z ledwością tłumione nutki gniewu. – Pomysł Hawy mocno mnie zaskoczył, ale może na cos się przyda. Zapraszam na Złą Ziemię. – Odwróciła się ku północy i ruszyła. Hawaa trąciła bok starszej lwicy, a ta podążyła za królową. – Zapewne rozumiesz, że żyjesz jedynie dzięki zaproszeniu Hawy. – mówiła Zira. – Gdybyśmy spotkały się na Lwiej Ziemi, uderzyłabym cię bez litości. Ale dziś jesteś bezpieczna, jako gość mojego stada. – Stanęła i odwróciła się do Sarafiny. – Ale nie oczekuj wiwatów na swoją cześć. – szepnęła. – My pamiętamy!

Szły w ciszy przez dłuższy czas. W końcu weszły na szczyt jednego ze wzgórz Złej Ziemi. Tam Zira zatrzymała się i wskazała podnóże wzniesienia.

- Spójrz tam. – poprosiła. – Oto moje tymczasowe królestwo. Słyszysz tę ciszę? Nie przypomina nocnych szeptów żyznej sawanny południowej. To jest kraj życia bez luksusów. Wiesz co mam na myśli?

Sarafina patrzyła na Zła Ziemię, oświetlaną tylko przez światło pełnego księżyca. Potem spojrzała na Hawę i królową.

- Chodź wiele nas dzieli, potrafię przyznać, że jestem pełna podziwu. Zdumiewa mnie, jak potrafisz żyć na tej ziemi i wyżywić swoje stado. Kiedy uciekl... kiedy odeszliście na Złą Ziemię, myśleliśmy, że wytrzymacie tam jedynie do końca pory deszczowej. Ale wy żyjecie tu od trzech lat...

Zira uśmiechnęła się gorzko i odparła.

- Odważne wyznanie, Sarafino. A więc przyznajesz, że Simba chciał naszej śmierci, skazując nas na życie w tym miejscu? Niezbyt mnie to dziwi, ale jakże powinno zniesmaczyć wyznawców waszego wspaniałego... uzurpatora! – pokończyła, zjadliwym szeptem.

- Ziro, daj spokój. – odparła stara lwica. – Nie przyszłam tu, aby rozmawiać o polityce.

- To nie jest polityka, ale nasze życie. Hawo, opowiedz jej...

Młodsza lwica stanęła przed dawną opiekunką i wskazała łapą północ. Zaczęła mówić cichym, ale zdecydowanym głosem.

- Spójrz, ciociu. To jest mój dom. Choć wydaje się ubogi i przerażający, kocham to miejsce. Nie dla jego ubóstwa, ale ponieważ żyje tu moja rodzina... moje ukochane stado. – Zniżyła łapę, aby pokazać Złotą Halę, ledwie widoczną u podnóża wzgórza. – Tam. To moja rodzina. Stado, które wybrałam sama i nigdy tego nie pożałowałam. Nawet, kiedy płakałam z głodu i pragnienia. A wiesz dlaczego? – stara lwica milczała, więc Hawaa sama odpowiedziała na to pytanie. – Bo to jest PRAWDZIWA Lwia Ziemia. Nie wygląda? A jednak... To jest moja ojczyzna, choć urodziłam się w innym miejscu. Dla mnie liczy się duch: duch miłości, honoru i współczucia, tak rzadki w ostatnich czasach na Lwiej Skale.

- Nie mów tak. – przerwała Sarafina. – Jeśli wrócisz, zostaniesz przyjęta z radością, jak tamta kotka, która kiedyś straciliśmy.

Zira, słysząc to, skrzywiła się w ciemności, podniosła łapę i groźnie wysunęła pazury. Hawaa odparła.

- Zabijając jednego, zabicie milion. Obrażając jednego, obrażacie milion. Zabijając Shakisę, Yaktę i innych z mojego stada, których skazaliście na głód, zabiliście także mnie. Mordując Skazę, pokazaliście, że dla was nic nie jest święte, nawet władza króla. Ugryźliście rękę, która was wykarmiła. Nie chce mieć nic wspólnego z owocami waszej zdrady! – dokończyła łamiącym się głosem, po czym ruszyła ścieżką w dół.

Zira delikatnie trąciła Sarafinę, aby ta podążyła za dawną podopieczną. Stara lwica szła chwilę w milczeniu, szukając odpowiedzi. W końcu szepnęła.

- Mylisz się i to bardzo. Zira naopowiadała ci kłamstw.

- O rządach Skazy? Dopiero tu mogłam mówić prawdę, której wy nie chcieliście słuchać. A dziś pewnie powtarzacie te potwarze następnemu pokoleniu, siejąc nienawiść w sercach Kiary i Tanabiego. Nienawiść do ich stryjecznego dziada... który uratował od głodu ich matkę... i babkę.

- Zabił Mufasę! – wykrzyknęła Sarafina. – I usiłował zabić Simbę. – Stare wydarzenia odżyły przed jej oczyma.

- Wy zabiliście niewinnego kociaka, Yaktę. – odparła Hawaa spokojnym głosem. – I usiłowaliście zabić całe stado. A sam Mufasa zabił kiedyś lwa zwanego Taką, własnego brata. Wy zamordowaliście Skazę, zarówno jego ciało, jak i pamięć po nim. To ostatnie jest najstraszniejsze, bo boli także żywych. A jeśli nawet masz rację... to czemu krzyczysz? Czy tylko krzyk jest twoim argumentem?

Sarafina poczuła palący wstyd, że dała się ponieść emocjom. Odpowiedziała ciszej.

- Kiedyś kochałam lwa, zwanego Taką. Był mądry i wrażliwy... Ale to co się z nim stało, zmieniło go. Stał się okrutny.

Złoziemki przystanęły i spojrzały na starą lwicę.

- Mówisz, że kochałaś mojego partnera? – zapytała Zira, nieprzeniknionym głosem.

- Tak, ale to było dawno temu. – odparła Sarafina. Lwice znów ruszyły. – Ale on wybrał Sarabi. A potem, kiedy zdążyły się te straszne rzeczy w naszym stadzie, spróbowałam się na nowo do niego zbliżyć. Jednak Skaza... bo już wtedy był Skazą, okazał się kimś innym. Miał w sobie gniew i zazdrość.

Zira zaniosła się niespodziewanym śmiechem. Sarafina i Hawaa ze zdumieniem zmarszczyły brwi, ale nie zwolniły.

- Pani, co się stało? – zapytała młoda lwica.

- Stara miłość nie rdzewieje. – odparła Zira. – Ale czasem zamienia się w nienawiść. Więc trzy moje najszczersze przeciwniczki, ona, Sarabi i Nala, są moimi rywalkami... Mszczą się na mnie i na Skazie, bo on nie potrafił należeć tylko do nich. – Spojrzała na Sarafinę miażdżącym wzrokiem. – Teraz wiem, czemu tak nienawidziłaś mnie i mojego stada. No i wiem, czemu ogłupiłaś Nalę, zamieniając jej podziw wobec Skazy w gniew. To cię nie rozgrzesza, ale wiele tłumaczy.

- Nie, mylisz się. – zaprzeczyła Sarafina, ale jej niepewny głos sugerował cos innego. – To nie była sprawa osobista... bałyśmy się o stado.

- To szlachetne uczucie przywiodło was do spisku? – zakpiła Zira.

- Nie sądzę, aby Hawaa musiała słyszeć o tym wszystkim. Nie zrozumie, nie wiem, jak wtedy było... – mruknęła stara lwica, przestraszonym głosem.

- I nawet nie musi. – odparła królowa. – Ja nie mam sekretów przed nią, jak nie mam przed nikim ze stada. Powtórzę jej wszystko, co powiesz mi na osobności, więc sama pilnuj swojego języka.

- Uważaj! - krzyknęła Hawaa i w ostatniej chwili podtrzymała Sarafinę. Lwica potknęła się na skalnym wgłębieniu, i została chwycona na samej krawędzi urwiska. Dzięki łapie podopiecznej, odzyskała równowagę i szepnęła.

- Dziękuję.

- Nie musisz dziękować, to jej obowiązek. - mruknęła Zira. – Jesteśmy odpowiedzialne za naszego gościa. Ale... – spojrzała w dół przepaści. – Dobrze, że ma taki refleks. Byłabyś już martwa...

- Przyjemna ścieżka. - Mruknęła Sarafina.

- Bawiłam się tu w kociectwie. – powiedziała Hawaa. – Ta ścieżka jest jak cała Zła Ziemia: niebezpieczna, straszna i pasjonująca. Prawdziwa próba.

Zeszły do Złotej Doliny, gdzie mieściła się główna siedziba Wygnańców. Hawaa przystanęła, przypominając sobie o głównym celu nocnej przechadzki. Trąciła Sarafinę nosem, a ta również się zatrzymała.

- Nie kłóćmy się już... Widzę, że nie pogodzimy naszych historii. Porozmawiajmy o przyszłości.

- Słucham cię uważnie. – odparła Sarafina, siadając na ziemi. Zira podeszła do lwic i usadowiła się obok młodszej, niemal dotykając swej ulubienicy.

- Proszę cię... nie, błagam, abyś się poddała. – szepnęła Hawaa szczerym głosem. Zanim Sarafina zdołała odpowiedzieć, młoda lwica dodała. – Słuchaj... spróbuj nas zrozumieć! Wiem wiele o przeszłości, słyszałam historie, które ty nazywasz kłamstwami, choć ja czuję sercem, że mówią prawdę. Słyszałam, że ty i Sarabi podburzyłyście Lwioziemców przeciwko nam. – Stara lwica drgnęła, słysząc jak dalece Hawaa poczuwa się do łączności z Wygnańcami. – I podsyciliście zazdrość Nali wobec jej króla i opiekuna... ale to już się stało. Ja... my, wszyscy... nawet Zira... – Zira zmarszczyła brwi ze złością, ale przytaknęła. - ...jesteśmy gotowi wam wybaczyć. Chcemy tylko dwóch rzeczy: przywrócenia prawdy o panowaniu Skazy i osądzenia Simby pod zarzutem zdrady stanu. – Sarafina mimowolnie otworzyła usta ze zdumienia. – A jego los nie jest wszak przesądzony. Jeśli byście się przyznały, że to przez was wybuchł bunt... – Zira cicho warknęła w ciemności. Stara lwica zrozumiała, że Złota Królowa i tak nie wybaczy Simbie. – Tylko przyznaj tu i teraz, że się myliłaś i skłoń się przed wspomnieniem Skazy. A wtedy zaczniemy nową, świetlaną erę pokoju i przebaczenia. Zjednoczymy się, jak kiedyś byliśmy zjednoczeni i...

Wtedy jednak ciszę nocy przeszył śmiech Sarafiny.

- Ciszej! – syknęła Zira. – Pobudzisz moje stado! – Ale lwica śmiała się głośno, nie mogąc opanować tego odruchu. Pierwsze ciekawskie lwice wyszły z kopca, aby zobaczyć chichocząca Lwioziemkę, stojąca razem z ich królową i przyjaciółką. Niecodzienny był widok.

- Mamy jeńca, pani? – zapytała Danthi zaspanym głosem.

- Nie, tylko nieuprzejmego gościa. – wyjaśniła Zira, a Złoziemka przetarła oczy ze zdumienia.

- Ale to...

- Właśnie zaproponowałyśmy jej kapitulację. – dodała Zira. – Ale chyba na próżno.

Sarafina w końcu się opanowała i umilkła. Kiedy już większość lwic wyszła na plac, odpowiedziała poważnym głosem.

- Hawo, straciłaś rozum? Tylko sama się posłuchaj. – Młoda lwica spuściła spojrzenie ku ziemi. Palił ją wstyd. Na prawdę miała nadzieję, że przekona dawną opiekunkę, aby wyrzekła się dawnych błędów. – Moja droga... czy zdajesz sobie sprawę, o co mnie prosisz? – Wtedy stara lwica dostrzegła wrogi krąg Złoziemek wokół siebie. – Wiec jednak mnie zabijecie? – zapytała z ironią, ale i ze strachem.

- Nie, jesteś gościem. – odparła Zira. – Nie skrzywdzimy cię, dopóki nie złamiesz naszych praw.

- A więc może już pójdę, aby tego nie ryzykować. – zaproponowała Sarafina. – Nie mogę nawet słuchać waszego szaleństwa. Jesteście buntownikami i stajecie przeciwko prawowitemu monarsze! Wasze pretensje nie są warte funta zebrzych kłaków. – spojrzała na Hawę. – Pytam po raz ostatni: Wracasz ze mną, czy zostajesz tutaj?

Lwica odpowiedziała łamiącym się głosem.

- Zostanę tam, gdzie jest moje miejsce... Lwioziemko! – wymówiła ten wyraz z rozpaczliwą pogardą, która przeszyła Sarafinę.

„Co ja zrobiłam?” pomyślała. „Zraniłam jej dumę i...” chciała coś powiedzieć, ale Zira trąciła ją w ramię.

- Chodź, czas wracać.

- Nie, to ja... – jęknęła Hawaa. Jej głos brzmiał płaczem.

- Ona jest również moim gościem. Teraz ja ją odprowadzę. – odparła Zira, na tyle głośno, aby usłyszało całe stado. – Już czas, Sarafino.

Królowa Złej Ziemi i Lwioziemka ruszyły pod górę, skalistą ścieżką ku rzece. Sarafina dostrzegła jeszcze kątem oka, że młody lew podbiega do Hawy i przytula płaczącą lwicę. Zira jednak nie pozwoliła jej patrzyć dalej, poganiając gościa. Opuściły Złota Dolinę.

- Ziro, nie chciałam... – mruknęła, ale ta przerwała jej wściekłym głosem.

- Hawaa musiała cię kiedyś naprawdę kochać. Dziś poświęciła swoją dumę, aby próbując cię uratować. Nie jestem pewna, czy żałuję, że jej się nie udało.

W milczeniu dotarły na brzeg rzeki, a Zira mocno objęła Sarafinę.

- To nie czułe pożegnanie. – szepnęła. – Muszę cię przeprawić na drugi brzeg żywą, bo tak obiecałam Hawie.

- Kim jest dla ciebie Hawaa? – zapytała Lwioziemka, gdy już weszły do wody.

- Ukochaną poddaną. Niemal córką... Nauczyłam się od Skazy, jak kochać tych, którzy zależą ode mnie. A Hawaa niedługo zostanie moją synową. – dodała zimnym głosem. – Kto wie, może królową Lwiej Skały? – odepchnęła się od dna i popłynęły.

*

Sarafina powoli wracała na Lwią Skałę, płacząc. Miła dość tego krzywego obrotu Kręgu Życia, który uczynił jej ulubienicę jej wrogiem. Przeklinała też swoją dumę, która kazała jej tak obrazić Hawę.

„A może oni mają rację?” pomyślała. „Może to my jesteśmy tymi gorszymi? Nie patrzymy, gdzie stąpamy i być może zmiażdżyliśmy życie nie tylko Hawie?”

*

Po powrocie, Zira odesłała wszystkich na spoczynek. Po kilku minutach Złoziemcy zdawali się już nie pamiętać o dziwacznym zdarzeniu, może nawet uważając je za nietypowy sen. Na placu została tylko królowa, Nuka i łkająca Hawaa. Zira podeszła do pary i odezwała się, łagodnym głosem.

- Nuka, zostaw nas proszę, na chwilę. Muszę z nią pomówić.

Lew bezgłośnie wrócił do Złotej Hali, a królowa usiadła przed Hawą, czekając aż ta się uspokoi.

- Moja pani! – jęknęła młoda lwica. – Wybacz mi! To był moment słabości. Nie powtórzy się, przysięgam.

- Słabości? – zdziwiła się Zira. – Nie dostrzegłam żadnej słabości w twoim zachowaniu. Może tylko naiwną nadzieję... choć może to była jakaś głębsza mądrość? Dobrze, że dałaś im ostatnia szansę. Dobrze, że spróbowałaś od najsłabszego ogniwa, kogoś kto darzył cię sympatią. Ale nie udało się. Nie potrafią przyznać się do prawdy.

Hawaa spojrzała na Zirę i zapytała z niedowierzaniem.

- Nie jesteś na mnie zła? Zrobiłam to, bo współczułam wrogowi.

- Jestem pewna, że na polu bitwy zapanujesz nad takimi emocjami. – odparła władczyni i westchnęła, spoglądając na kopiec. – Jestem pewna twojej lojalności i determinacji... Gdybyś była słabsza, wróciłabyś do nich.

Hawaa obserwowała królową uważnie. Jakieś ciężkie zmartwienie wykrzywiało jej twarz. Był to niepokój, najwidoczniej związany z resztą stada.

- Ziro... co się stało? Martwisz się czymś.

Władczyni znów westchnęła i odparła.

- Wszystkim. Naszą misją. Jak zapewne się domyślasz, nie atakujemy w tym roku, bo chcemy. My musimy. – Hawaa chciała przerwać, ale Zira mówiła dalej. – Pod wieloma względami, lepiej byłby poczekać jeszcze rok. Miałabym pewność, że jesteśmy gotowi. Wyszkoliłabym Kovu do końca, przekazała mu wiedzę o królewskim powołaniu. A Vitani... i co dotyczy ciebie bezpośrednio... Nuka mogliby spokojnie założyć rodziny... Może wysłalibyśmy zwiad do Złotych Piasków... Za rok, Simba byłby starszy i słabszy, a kilka jego lwic zmarłoby. Ale... czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Za rok i ja byłabym słabsza i mniej przydatna w boju. Ale to tylko szczegół... Nie ważny, zważywszy, że i tak nie przetrwalibyśmy kolejnego roku.

Hawaa zamarła, słysząc to. Wyksztusiła, zdumionym głosem.

- Jak to?!

- Nie mów, że tego nie widzisz. – odparła ponuro Zira. – Ledwo przetrwaliśmy ostatnią porę suchą. Głodujemy, a to obniża nasze morale... które i tak jest wysokie, zważywszy na tragiczne warunki. Jednak nikt nie ma ducha tak wielkiego, aby zatkać nim żołądek. A ja nie mam prawa marnować wam życia, każąc trwać na tym pustkowiu. Musimy odzyskać Lwią Ziemię, aby żyć jak lwy!

- Ja żyję jak lew! – zapewniła Hawaa. – Jestem tu szczęśliwa! I całe stado jest szczęśliwe, dzięki twojej opiece.

- Nie wiem, ile jeszcze tego <szczęścia> wytrzymają. – szepnęła królowa, po czym dodała głośniej. – A więć myliłam się. Jest ktoś, kogo duch jest silniejszy nie tylko od głodu, ale każdego wyzwania. To ty. – pogłaskała ulubienicę po głowie. – Ale teraz wracaj spać. To był długi dzień... i długa noc.

Hawaa pokłoniła się władczyni i wróciła do kopca. Nuka wciąż czuwał i czekał na nią.

- Wszystko dobrze? – wyszeptał, kiedy Hawaa położyła się obok niego.

- Dobrze. – odparła Złoziemka. – Tylko strasznie mi wstyd, że przyprowadziłam tu ta Lwioziemkę. Ale nie mówmy o tym, śpijmy.

- Tak, dobrej nocy. – mruknął Nuka. – Tacy jak ona będą tu niedługo przybiegać z błaganiem o litość.

Lwy objęły się czule i niemal natychmiast zasnęły. Niedługo potem do Hali weszła Zira i położyła się obok pustego Złotego Tronu. Od długiego czasu, pień był już pusty, nawet nocą. „Dzieciaki! Rosną tak szybko...” pomyślała Zira i zamknęła oczy. Spała bez snów, ale tak było nawet lepiej.

*

Następny dzień na Lwiej Skale wstał wedle utartych schematów. Po kilku minutach nerwowych oględzin, Simba uznał, że tym razem nocni rabusie nie przyszli. Całe stado odetchnęło z ulgą, choć najgłośniej zrobiły to królewskie dzieci.

- Ta komnata śmierdzi! – mruknął Tanabi. Pumbaa, który akurat wybudzał się obok, spojrzał na niego urażonym wzrokiem. – Nie, chodziło mi o to, że jest mała i duszna. Nawet Zielona Jama wygląda przyjemniej.

- Nie podpowiadaj tacie. – powiedziała Kiara. – Bo jeszcze wpadnie na pomysł, aby nas tam wysłać...

- ...dla naszego dobra i bezpieczeństwa! – dokończył Tanabi i rodzeństwo wybuchło śmiechem. – Kiara, kiedy już będziesz królową, nigdy nie męcz poddanych w ten sposób. – dodał książę i wyszedł do głównej komnaty.

Kiara przytaknęła z rozbawieniem, ale jakaś nieuchwytna, lodowa igiełka ukłuła ją w serce. W głosie brata usłyszała rozżalenie i nutę zazdrości, że to nie on będzie władcą Lwiej Ziemi. Księżniczka szybko jednak porzuciła ciężkie myśli i zwróciła się do Pumby.

- Wujku... – zaczęła niewinnym głosem. – Tata zakazał mi oddalać się od Lwiej Skały... a ja muszę ćwiczyć skoki przed moim pierwszym polowaniem.

- Więc... – zachęcił guziec, choć w jego głosie brzmiał pewien niepokój.

- Będę ćwiczyła w okolicy, więc potrzebuje jakiegoś sparing partnera.

Timon wstał i westchnął.

- Jakkolwiek by tego ładnie nie nazwała, będzie jak zwykle. To my jesteśmy zwierzyną!

*

Tego dnia Sorphi prowadziła drużynę łowiecką i ona pierwsza odkryła podejrzaną padlinę na ścieżce ku północy. Zatrzymała lwice, a sama podeszła do truchła.

- Vinia, co o tym sądzisz? – przywołała przyjaciółkę, a ta nachyliła się nad mięsem i powąchała.

- Cóż... nadgryzione... Już za stare do jedzenia, przynajmniej dla lwa... Liczne ślady zębów... bardzo liczne. I świeże. Kto je tak zgniłe mięso?

- Hieny. – mruknęła Sorphi.

- Właśnie. Trzeba o tym zameldować królowi.

Drużyna ruszyła dalej, tylko Vinia wróciła na Lwią Skałę, aby przyprowadzić monarchę. Po dwóch godzinach, oboje znaleźli truchło, a król przyjrzał się mu uważnie. Następnie spojrzał na północ, aby zobaczyć bliski bród na Cmentarzysko Słoni. Westchnął z irytacją.

- Kolejny klan hien osiedlił się na cmentarzu. Musimy je wygonić, raz na zawsze.

- Teraz, panie? – zapytała niespokojna Vinia.

- Nie, oczywiście, że nie. Pójdziemy większą grupą. Najlepiej nocą. Jestem pewien, że te złodziejaszki się tego nie spodziewają.

*

Nuka spał w cieniu kopca, zbierając siły na noc. Gotował się na rychłe spotkanie z Simbą i choć nie miał pewności, ze nastąpi ono już najbliższej nocy, czuł pod skóra, że niebawem wydarzy się coś ważnego. Nie miał gwarancji, że uzurpator od razu połknie jego przynętę, ale musiał być gotowy. A póki co, śnił piękne sny o potędze, w których rządził na Lwiej Skale, mając u boku swoją ukochaną królową.

Zmierzch się zbliżał, przynosząc nową nadzieje dla Złoziemca.

*

- Dobrze, dobrze, dobrze! – krzyczał zaskoczony Rafiki. – Nie sądzę, żeby to się udało, ale ufam ci. Obyś się tylko nie pomylił!

Duch Mufasy uśmiechnął się i ruszył w drogę powrotną na firmament. Ale gdy tylko wzniósł się ponad drzewną siedzibę szaman, dostrzegł, ze jest obserwowany.

- Dobry wieczór, mój bratanku. – powitał go z uśmiechem Tarki, choć akurat ten uśmiech zwiastował bardzo wnikliwe pytania.

- Dobry wieczór, stryju. – odparł nerwowo Mufasa. – Co cię sprowadza tak nisko na ziemie?

- Ciekawość... co sprowadziło ciebie. – odparł Tarki i podszedł do zmarłego króla. – Zastanawiałem się, czy na przykład... nie postanowiłeś rozmawiać z żyjącymi.

Gdyby Mufasa nie był martwy, zapewne przełknąłby ślinę. Jednak duch zdołał odpowiedzieć już spokojnie, spoglądając w dół.

- Odwiedzałem starego przyjaciela. Nie zrobiłem nic złego, nic mu nie powiedziałem. – dzięki nadnaturalnym zmysłom Dawnych, obaj widzieli starego pawiana, oglądającego pieczołowicie pęknięta skorupę kokosa. – Nie złamałem naszej umowy!

- Nie, przynajmniej technicznie rzecz biorąc. – zgodził się Tarki. – Ale stąpasz po cienkim lodzie, mój bratanku. Proszę, przestań.

- Niedługo przestanę. – zapewnił Mufasa z dumnym uśmiechem. – Wkrótce, wszystko będzie już naprawione.

- Mam nadzieję... bo jeżeli ktoś zginie z powodu twoich interwencji, pozwolę Skazie działać, jak chce. A tego byś nie chciał, prawda?

Martwy król potrząsnął głową i odparł, udając spokój.

- Zadziała, a nikt nie zginie. Pokój wróci na Lwią Ziemię.

- Obiecałeś... – mruknął gwiezdny lewek. – Mam nadzieję, ze twoje słowo jest równie trwałe, co słowo twego brata. – Po czym zniknął w wieczornym powietrzu.

Logowanie

Cytaty

Chwila, chwila! Proszę o czas! Trzeba coś wyjaśnić! Ty znasz ją, ona zna ciebie, ale chce zjeść jego i... to wszystko ma być w porządku? GŁUPA RŻNIECIE?!

-- Timon