10 – Nowe stado
Uwaga:
Część dziesiąta zawiera piosenkę [Razem...]. O ile jej wersję angielską uważam za znośną, to tłumaczenie jest zupełnie nieudane. Z dobrego serca radzę zapoznać się z oryginałem, a dopiero później ciskać gromy ma autora...
Pierwszy dzień na Złej Ziemi upłynął w ciężkiej pracy. Złote Lwice i wędrowcy zwiedzili cały, okoliczny teren, aby przekonać się, że nie ma tam innych źródeł czystej wody oraz, aby przekonać się jak trudne jest polowanie na nowym terytorium. Zła Ziemia była jedną, wielką doliną, otoczoną z trzech stron górskim pasmem. Tylko na zachodzie owe góry były na tyle niskie, aby z łatwością przedostać się... do kolejnej doliny, zwanej „Cmentarzyskiem Słoni”. Na wschodzie, pomiędzy Złą Ziemią i Potężną Dżunglą rosły majestatyczne szczyty.
Jedyną zwierzyną, dostępną we względnej obfitości, były gryzonie i ptaki. Zira oceniła, że nie przetrwają bez łowieckich wypraw do Potężnej Dżungli lub polowania także na Lwiej Ziemi. Pierwsze rozwiązanie było zbyt trudne dla nielicznego stada, wychowującego kociaki. Drugie niosło ze sobą pewne ryzyko, ale królowa musiała je podjąć. Już nie długo i tak miała to być znów ich ziemia.
„Ha!” pomyślała, układając się do snu, obok <tronu>, służącego Vitani i Nuce za łóżeczko. „A co ja zrobię z Lwioziemcami, kiedy zabijemy Simbę? Uzurpatora trzeba ukarać, ale przecież nie mogę udowodnić zdrady całemu stadu. Nie mogę ich zabić, nie dając szansy na odkupienie swej winy. Ale żyć z nimi? Czy Lwia Ziemia wyżywi ponad dwadzieścia... może nawet dwadzieścia pięć lwich żołądków?” jednak szybko porzuciła takie rozważania. Uznała, że jeszcze przyjdzie na to czas, kiedy odzyska swą ziemię.
Amini wrócił od wodopoju i położył się obok Ziry. W rozsądnym, pełnym szacunku dystansie, jednak by pokazać, kto jest tutaj <pierwszym poddanym>. Królowa uśmiechnęła się i wyciągnęła łapę, kładąc ją na łapie lwa. A on odetchnął z satysfakcją, jakby ten gest zaspokajał jego wszelkie pragnienia.
Zira szybko usnęła, ale sny które ją po tym ogarnęły, nie należały do spokojnych. Po kilku nocach, przespanych kamiennym snem zmęczenia, po raz pierwszy od ucieczki z Lwiej Skały, śniła o Skazie. Była tak stęskniona za partnerem, że nawet te straszne obrazy umierającego króla, przyniosły jej pewną ulgę. Ale w momencie, gdy senny Skaza wydał ostatni oddech, Zira obudziła się, zlana zimnym potem. Podniosła głowę i spojrzała na dzieci, śpiące na pniu. Wstała i podeszła do <tronu>.
- Ziro, jestem tutaj. Czuwam. – mruknął głos w ciemności. Był to Amini. – Jako wygnaniec, mam bardzo czuły słuch.
Zira polizała swoje dzieci i znów położyła się na ziemi.
- Wiem... – odparła. – Ale... miałam zły sen.
- Jako odganiacz snów, raczej nie jestem zbyt skuteczny. – powiedział Amini. – Ale każdy inny wróg musi się mieć przede mną na baczności.
Lwica nie widziała jego twarzy, ale była pewna, że rozjaśnia ją szelmowski uśmiech. Przyczołgała się bliżej i położyła łapę na jego grzywie.
- Słodkich snów, Amini. – szepnęła.
- A o to jestem spokojny. – odparł, przekornym głosem. – Mam je... że tak powiem... w zasięgu łapy.
Po chwili dołączyli do cichego snu reszty stada. Całego, oprócz dwóch członków. Dorii i Horena.
*
Słońce wstało nad Złą Ziemią i jej mieszkańcami.
Jako pierwsza obudziła się Vitani, po kilku zdecydowanych kuksańcach, dołączył od niej Nuka. Amini złapał ich, gdy wychodzili już z kopca.
- A dokąd to się wybieracie? – zapytał rozbawionym głosem.
- Przed halę.. aby zobaczyć wschód słońca. – odparł szybko Nuka.
- Nuka obiecał, że nauczy mnie pływać. – odparła szczerze Vitani. Lewek wbił spojrzenie w ziemię, a Amini wybuchł śmiechem, który obudził większość stada.
- Co? – mruknęła Zira, zaspanym głosem. – Vitani? Gdzie wy idziecie? – zdumiała się, widząc córkę daleko od jej łoża.
- Zobaczyć wschód słońca. – pisnęła Vitani i spojrzała na Nukę. – Tak?
Królowa podeszła do kociaków, a Amini wciąż śmiał się beztrosko.
- Tylko spójrz, moja pani. Twoje dzieci wydają się takie niezależne...
- Tak, widzę. – odparła dumnie Zira. – I jestem z tego bardzo zadowolona, choć przypuszczam, że po paru takich pobudkach, zmienię zdanie.
- Ale pójdziemy popływać? – zapytała Vitani. Podeszła do Aminiego i niespodziewanie przytuliła się od jego łapy. Lew poczuł się nieco zmieszany, ale nie przestawał się uśmiechać. Spojrzał na Zirę, a ta tylko kiwnęła głową. Chwycił więc kotkę w zęby i ostrożnie umieścił na swoim grzbiecie. Vitani wtuliła się w czarną grzywę opiekuna, a Nuka zmarszczył brwi.
- Dziewczyny... – mruknął. – Wciąż tylko chcą się ściskać. A moglibyśmy już iść nad rzekę...
- Jeśli chcesz i masz siłę, weź ich na plażę. – powiedziała Zira. – Tylko nie wpuszczaj ich do wody! – spojrzała na kociaki. – Dzieci, słuchajcie się Aminiego, bo inaczej wrócicie do kopca. Jasne?
Vitani i Nuka tylko uśmiechnęli się niewinnie.
Lew, z kotką na grzbiecie i lewkiem u boku, ruszył ścieżką na południe. Zira odprowadziła ich czułym spojrzeniem, po czym spostrzegła, że Rama uważnie się jej przypatruje. Stara lwica zagadnęła wesołym głosem.
- Wydaje się być idealnym ojcem. – ale widząc bolesny skurcz na twarzy królowej, dodała. – Przepraszam. Nie chciałam...
- Nie ważne. – odparła Zira, napiętym głosem. – Zawołaj Vii i Dorię. Musimy omówić kilka spraw...
- Dorii tu nie ma. – wtrącił Daki, który razem z bratem właśnie szedł w kierunku Ziry.
- Skąd wiesz? – zdziwiła się Rama, szukając jednocześnie młodszej przyjaciółki wzrokiem.
- Bo szef też zniknął. – wyjaśnił Laki. – Już wieczorem.
Zira uśmiechnęła się i zapytała żartobliwym głosem.
- Na prawdę? Horen <Jak_ja_nie_znoszę_wszystkich_lwic>?
- Tak. – odparł Daki. – Horen < Jak_ja_nie_znoszę_wszystkich_lwic...
- ...oprócz_Dorii>! – dokończył Laki, a oba bliźniaki wybuchły śmiechem.
I tak rozpoczął się poranek w Złotej Hali. Lwice dojadły resztki zdobyczy z dnia poprzedniego i leniwie ułożyły się na słońcu, przed twierdzą, czekając na drużynową łowczyń – Dorię. Niedługo potem, złota lwica i rudogrzywy lew ukazali się na północnej ścieżce. Stanęli, onieśmieleni i zaskoczeni, że ściągają aż tyle uwagi, ale raczej przyjazne uśmiechy lwic przekonały parę, aby szybkim krokiem wrócić do hali.
- Dziękuj Gwiazdom, że nie ma tu mojej rodziny! – mruknął Horen do Dorii, wzbudzając wesołość na jej twarzy. – Ale teraz wybacz, moja drużyna czeka. – dodał wódz i podszedł do bliźniaków. – Panie, chodźmy na stronę. – Udali się za kopiec, niedaleko hali, a w tym czasie Doria dotarła do królowej.
- Moja pani, wybacz! Jestem gotowa ruszać natychmiast i... – usiłowała się wytłumaczyć Doria.
- uspokój się, moja droga. – łagodnie ofuknęła ją Zira. – Idź i odpocznij, bo widzę, że nie spałaś zbyt długo. - Łowczyni zwróciła twarz ku ziemi, ale nie aby ukryć wstyd a uśmiech. – Ja poprowadzę drużynę.
Doria weszła do Złotej Hali, odprowadzana spojrzeniami swych przyjaciółek.
- Przestańcie! – syknęła Zira, udając irytację. – Przecież wysłałam ją na nocny zwiad. – Kilka lwic zachichotało. – Ale teraz chodźmy! – zwróciła się ku Złym Wzgórzom i ruszyła biegiem. Reszta stada podążyła za nią.
- My poszukamy brodów! – zawołał za nią Horen.
- Ty też odpocznij. – odkrzyknęła królowa. – Bliźniaki dadzą sobie radę. – już w następnej chwili znikła pomiędzy kopcami.
- Pięknie! – mruknął Horen. – Lwice pracują, lwy śpią... a Amini piastuje kociaki. Świat dziczeje. - Chciał ruszyć ku hali, ale zatrzymały go wnikliwe spojrzenia braci. – No CO?! – jęknął.
- Szefie, czy nie ostrzegałeś nas przed „omotaniem przez te podstępne lwice”? – zapytał Daki z wyrzutem.
- I lamentowałeś, że nasz kwartet może stać się triem... lub duetem. – dodał Laki
Horen podszedł po bliźniaków i położył im łapy na ramionach.
- Chłopcy... – polecił radosnym głosem. - Znajdźcie sobie dziewczyny. – Po czym wszedł do termiciego kopca.
- Już nic nie rozumiem. – przyznał Daki. – Ale ja zawsze robię, co poradzi Horen.
*
Zabawa na plaży przeciągnęła się do południa i kiedy Amini szedł z kociakami do Złotej Hali, spotkał Zirę i Vii, wracające z częścią łupu. Mangusty miały jedną, za to niezaprzeczalną zaletę – były łatwe do noszenia. Obie lwice trzymały po kilka stworzonek w zębach.
- Część mamo! – zawołała Vitani. – Upolowałam sama ważkę nad rzeką.
- MHmmhh! – odparła Zira, co zapewne znaczyło: to wspaniale, kochanie.
- Tak, wcześnie zaczyna łowiecką karierę. – potwierdził Amini. – A przy okazji: możemy się zmienić. Ty zostaniesz z kociakami a ja pomogę lwicom w polowaniu. – Odłożyła zdobycze na ziemię i uśmiechnęła się.
- Tak szybko cię wykończyły? – zapytała z przekorą.
- To nie tak, mamo! – zaprotestował Nuka. – To była moja kolej jechania na Aminim, ale ona nie chciała zejść. No i jechaliśmy oboje. Przecież nie mogłem jej zepchnąć...
Vii spojrzała na królową, z wymowną miną. „Tak jak Rama powiedziała – idealny ojciec.” Ale Zira zignorowała sugestie przyjaciółki i podeszła do kociaków.
- Na pewno nie chcesz odpocząć? – zapytała, a kiedy czarnogrzywy potrząsnął głową, chwyciła Vitani w zęby i weszła do kopca. Nuka poszedł za nimi, jeszcze w progu wołając do Aminiego.
- Dziękuję. Pójdziemy też jutro?
- Czemu nie? – odparł lew. – ale teraz idź do swojej matki.
Vii zaniosła zdobycze do przedsionka kopca, po czym wróciła do Aminiego.
- Idziemy?
- Panie przodem. – zasugerował czarnogrzywy.
*
Kiedy Vitani już spała, Zira czyściła futro Nuki. W końcu miała chwilę czasu, aby spokojnie pomyśleć. W ostatnich dniach wszystko się skomplikowało, o ile coś jeszcze mogło się skomplikować bardziej, po katastrofie jaką była śmierć Skazy. Królowa zrozumiała, że jej plan jest trudny do wykonania. Może po dołączeniu do stada czterech lwów, jej siły były liczniejsze, ale cóż z tego? Zira oceniała, że jedynie pięć lwic było już gotowych do walki. Więc nawet, jeśli liczyć by potencjał samców jako dwakroć od samic większy, wynik starcia wciąż nie był pewny. Potrzebowali prawdziwego zwiadu i oceny sił przeciwnika. Miała nadzieję, że wrogie stado, po łatwym zwycięstwie stanie się pewne siebie i nieuważne, aż do punktu lekceważenia przeciwnika. To była jej największa nadzieja – wiedziała, że pychę łatwo obrócić w panikę, jeśli Złotym udałoby się ranić, lub nawet zabić kilka lwic Simby. Poza tym, i tak musieli wybrać się na Lwią Skałę, aby sprawdzić, co stało się z Shakisą i Yaktą. Zira miała nadzieję, że z zaskoczenia będzie w stanie odbić zakładników. To by dopiero było uderzenie w morale wroga... a przy tym znacznie zwiększało szanse jej przyjaciółki i lewka na przeżycie.
- O czym myślisz, mamo? – zapytał Nuka.
- O ratowaniu Yakty. – odparła lwica. – Wkrótce wyruszymy po niego na Lwią Skałę.
- To wspaniale, mamo! – ucieszył się lewek. – Tęsknię za Yaktą... Ale co z Hawą? Odbijecie ją także?
Zira zdumiała się pomysłem syna.
- No cóż... Hawaa jest córką Kilii. Przykro mi, ale ta lwica popiera Simbę.
- Ale Hawaa nie! – wykrzyknął Nuka. – Jestem pewien, że nie cierpi Simby... i boję się, że Simba nie cierpi jej. Mamusiu, musimy ją ocalić.
Po raz pierwszy, ta wątpliwość przyszła Zirze do głowy. „To niemożliwe, aby wszystkie lwice popierały Simbę... albo były ślepo posłuszne Sarabi i Sarafinie. Musi być jakiś opór wobec władzy uzurpatora. A my musimy go odnaleźć i rozpalić!”
- Postaramy się, słonko! – zapewniła syna.
*
Lwioziemcy wypoczywali po obfitym posiłku. Lwice z łatwością upolowały dwie dorosłe zebry, więc całe stado najadło się do syta. Simba leżał razem z Nalą na tarasie skały i uśmiechał się błogo.
- Wciąż nie mogę w to uwierzyć! – szepnął partnerce do ucha. – To na prawdę działa. Jestem królem od czterech dni i udało mi się niczego nie zepsuć w tym raju.
Królowa zmierzwiła jego grzywę i odpowiedziała.
- Nawet nie wiesz o czym mówisz... – podniosła łapę i wskazała zieleniąca się sawannę, która z zadziwiającą szybkością odzyskiwała życie po klęsce suszy. – Simba... dzięki tobie ten raj powrócił. Kiedy wróciłeś i wygnałeś te pasożyty z naszej ziemi, Krąg Życia mógł się odnowić. Pewnie Rafiki powiedziałby o tym ładniej, ale zapewniam cię, że to ty przyniosłeś pokój domowi. Twój ojciec byłby dumny... – dostrzegła iskierkę bólu w oczach partnera i dodała. – I pewnie jest z ciebie dumny, kiedy spogląda na nas z góry.
- Ale go tu nie ma... – mruknął melancholijnie Simba. – Do niedawna byłem przerażony perspektywą rządów bez jego wsparcia. A od kiedy uwierzyłem we własne siły, to nie wiele zmieniło, gdyż tylko mocnej tęsknię za nim nie jako za królem, ale jako za ojcem.
- On na pewno nie chciałby, abyś zamartwiał się przyszłością. Teraz masz się martwić o nas! – uśmiechnęła się Nala. – No, i myśleć o powiększeniu stada.
A w środku jaskini, większość lwic spała. Kilia była również pogrążona w śnie, tak głębokim, że jej córce udało się wyślizgnąć, niezauważonej, z matczynych objęć. Następnie, kotka zaczęła się skradać ku wyjściu... aby na samym progu wpaść na Sarafinę.
- Czekaj! – szepnęła lwica, chwytając delikatnie kociaka za ogon. – A dokąd się pani wybiera?
- Na spacer. – odparła Hawaa.
- A twoja mama o tym wie? – zapytała, a widząc niepewność w oczach kotki, dodała. – No dobrze, możesz przejść się ze mną. – chwyciła kociaka zębami i położyła sobie na grzbiecie. – Gdzie pójdziemy?
Hawaa milczała, a Sarafina poczuła, że kotka pod uśmiechem kryje poważny smutek. Wyszły na sawannę, w kierunku niskiej skałki, obok ich siedziby. Liwca chciała pokazać małej kwiaty i latające tam motyle. Te były idealną zabawką dla kociaków, bo przyciągały kolorami wzrok, a jednocześnie nie dawały się zbyt łatwo złapać.
- Ładne miejsce, co nie? – zapytała Sarafina. – Nie chcesz zapolować na motyle?
Kotka spojrzała na najbliższego owada, a potem wbiła spojrzenie w ziemię.
- Nigdy żadnego nie złapałam. – przyznała. – Tylko Nuka to potrafił.
Sarafina zmarszczyła brwi, słysząc to imię. Ciężko było pocieszyć kotkę, po stracie towarzysza zabaw, ale było to konieczne. Syn Skazy nie był mile widziany na Lwiej Skale, i tak miało już zostać.
- Ty też się nauczysz. – zapewniła lwica.
- Ja bym wolała, aby Nuka tu wrócił. – odparła smutno Hawaa. – On by je łapał dla mnie.
- Saffy? – zawołała Sarabi z Lwiej Skały. – Możesz przyjść na chwilę?
Sarafina chciała odpowiedzieć, że nie może, bo przecież pilnuje Hawy, ale w tym samym momencie, zza skały wyszła Sakia, widać siedząca tam już od dłuższego czasu. Lwica spojrzała na Sarafinę i Hawę i powiedziała, uczynnym głosem.
- Idź, ja z nią zostanę.
Więc Sarafina ruszyła ku przyjaciółce, a Sakia podeszła do kotki i zapytała.
- Więc... w co się bawiłaś, moja droga?
Hawaa smutno spojrzała na trawę i odparła ponurym głosem.
- W nic, ciociu. Ja tylko... – nagle wybuchła płaczem. Lwica przytuliła kotkę i zamruczała ze współczuciem. – Ja tylko... tak chciałam, żeby Nuka wrócił. – Sakia zamarła, słysząc tę prośbę. Znów, mały kociak przypominał jej o czymś, o czym nie miała prawa zapominać. Wydusiła z siebie tylko niezręczną odpowiedź.
- To nie takie proste.
- Ale to niesprawiedliwe! – wykrzyknęła kotka. – Mama powiedziała, że król Skaza nie żyje. Simba zabił tatę Nuki! Czemu, ciociu?
Na to pytanie nie było dobrej odpowiedzi. Sakia tylko mocniej przytuliła Hawę i chwilę stała w milczeniu. Kotka chlipała jeszcze chwilę, po czym zapytała nieśmiałym głosem.
- A... gdybym znalazła ciocię Zirę i została z nią, czy mama by do nas dołączyła? A ty byś dołączyła?
Sakia westchnęła boleśnie. Mały kociak proponował jej jedyne honorowe wyjście z sytuacji, ale ona nie była tak odważna, jak to dziecko.
- Raczej nie. – odparła. Wiedziała, że Kilia była oddaną stronniczką Simby i nie opuściłaby stada pod żadnym pozorem. I oczywiście nie pozwoliłaby na to córce. – Musisz tu zostać... może kiedyś... Nuka i królowa Zira wrócą i znowu będziemy razem.
- Simba na to nie pozwoli! – chlipnęła Hawaa. – Słyszałam, jakie straszne rzeczy mówił o królu Skazie i cioci Zirze.
- Królowie nie są wieczni. – mruknęła Sakia, a już sekundę później przeraziła się własnych słów. Co ona właściwe sugerowała kotce?
- Muszę znaleźć jakiś sposób, aby przekonać mamę. – dodała Hawaa.
*
- Nie wiemy, gdzie dokładnie są. – zaczęła Sarabi. Trzy lwice: królowa-matka, matka królowej i sama królowa, siedziały na tylnim klifie Lwiej Skały. – Ale, zgodnie z przekazami dziewcząt, przy Północnym Brodzie były jakieś ślady.
- Przekroczyli rzekę? – wykrzyknęła Nala. – Po takich deszczach? I to z kociakami! Nie, to byłoby samobójstwo!
- Ale jeśli się im udało... jakimś cudem. – kontynuowała królowa-matka. - ...byłaby to straszna wiadomość. Nie wrócili do Złotych Piasków, czy skąd tam pochodzą, ale osiedlili się na Złej Ziemi. Tam mogą żyć w ciągu pory deszczowej, ale nie przetrwają suchej. Zbyt mało wody.
Lwice myślały intensywnie, wczuwając się w umysły wrogów. Po chwili, Sarafina dodała.
- I jeszcze jedno. Jeśli Zira zmusiła ich do tej szalonej przeprawy, to znak, że może ich zmusić do wszystkiego. Jej przywództwo jest niezagrożone. – pozostałe lwice przytaknęły. – Proszę, wybaczcie to pytanie... Ale czy nasze przywództwo również jest niezagrożone? – widząc zdumienie na twarzy przyjaciółki i córki, pośpiesznie dodała. – To znaczy: czy całe stado popiera Simbę? Wiem, że Skaza był tyranem... – powiedziała, niepewnym głosem. – Ale jego rządy mogły wydawać się sprawiedliwe. A współczucie wobec Złotych mogło zaćmić rozsądek którejś z naszych lwic.
- Nie! – zaprzeczyła Nala. – Simba jest królem i dziedzicem Mufasy. Nikt nie wspomoże wdowy po Skazie, odkąd wiemy, że ten był zdrajca i kłamcą. – dodała, niemal krzycząc.
Sarabi i Sarafina spojrzały sobie w oczy, nie mówiąc nic, lecz pytając wzrokiem.
„Na pewno? Wszyscy tak myślą?”
- Musimy przekonać Simbę, że trzeba znaleźć tych buntowników i rozpędzić ich na dobre. Jesteście ze mną?
Lwice przytaknęły w milczeniu.
*
Kolejna noc okryła Złą Ziemię, w chwili, gdy Zira kończyła przemowę. Królowa opisała stadu sytuację i swoje zamiary. Pomysł zbrojnego wypadu na Lwią Skałę wywołał i podniecenie i strach. Lwice chciały jak najszybciej odbić Shakisę i jej syna, a także pomścić swego króla i dobroczyńcę. Ale pomysł ataku na... jaskinię lwa brzmiał groźnie. Zira przyznała, że mogą ruszyć tylko częścią stada. Tylko pięć lwic był zdrowych na tyle, aby przeprawić się znów przez rzekę i podjąć walkę. Razem z czterema samcami, dawało to wynik dziewięć do trzynastu. Nawet licząc siłę lwów podwójnie, proporcje wyglądały groźnie. Ale znalezienie Shakisy było palącą potrzebą.
- Wyruszymy jutro, o zmierzchu, aby zaatakować o północy. Śpijcie dziś spokojnie i wypoczywajcie. Jutro będą polować tylko te siostry, które zostaną. Musimy oszczędzać siły. – lwice przytaknęły w ciszy. – Jeśli nie ma więcej pytań, radzę wam już iść spać. Rozejść się... – zawołała na koniec i dodała, łagodnym głosem. – ...moje siostrzyczki...
- I braciszkowie! – dodali Daki i Laki jednocześnie. Śmiech, tak potrzebny przerażonym lwicom, rozległ się w Złotej Hali.
- I braciszkowie. – zgodziła się Zira z uśmiechem. – Dobrej nocy!
Lwice ułożyły się na swoich legowiskach, jednak nie wszystkie. Doria, tak samo jak Vii i Thela, znikły w ciemności. Oczywiście, wędrowcy także wyparowali. Widać bracia bardzo poważnie podeszli do rady Horena. Tak więc, po pewnym czasie, w głównej komnacie Złotej Hali zostały jedynie śpiące kociaki, Zira i Amini. Wędrowiec podszedł do królowej i szepnął.
- To ryzykowne. Bardzo.
Zira westchnęła i odpowiedziała.
- Nie pamiętam, abym zrobiła w życiu cokolwiek bezpiecznego. To nie w moim stylu.
- Boisz się, że jednak nas zostawią? – zapytał Amini. – Mów szczerze... ja też nie mogę tego wykluczyć. – Zira tylko kiwnęła głową, po czym spojrzała czarnogrzywemu w oczy.
- Chodźmy na spacer. Muszę powiedzieć ci coś ważnego.
Wyszli w ciepłą noc i skierowali się ku rzece. Szli w milczeniu, dopóki nie dotarli na plażę przy Północnym Brodzie. Tam Zira usiadła na piasku i wbiła spojrzenie w lwa.
- Piękna noc, prawda? – zapytał Amini, patrząc w pełny księżyc, oświetlający rzekę oraz srebrne odbłyski na wodzie. – Taka cicha... Pewnie jutro zatęsknimy za tym spokojem.
- Jutro... – mruknęła Zira. – To właśnie dlatego cię tu przyprowadziłam. Amini, powiedz szczerze: kochasz mnie?
Lew uśmiechnął się promiennie, zaraz potem jednak odparł z pełną powagą.
- Wreszcie mogę nazwać rzeczy po imieniu. Tak, oczywiście. Nie widać? – ale królowa tylko zadała kolejne pytanie.
- A czy... byłbyś w stanie... pokochać moje dzieci?
To pytanie nieco zbiło lwa z tropu, ale szybko przezwyciężył zaskoczenie i odparł.
- Tak, sądzę że tak. Już mnie oczarowały twoje maleństwa i czuję, że ten związek się pogłębi, jeśli pozwolisz mi zostać.
- Czy zaopiekujesz się nimi, gdyby mnie stało się coś złego?
- Co? O czym ty mówisz? – wykrzyknął lew, ale zaraz wziął głęboki oddech i odparł. – Tak, wiem o co ci chodzi. Obiecuję, że nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić. Ale, gdyby jakimś cudem... zawiódłbym... przysięgam chronić twoje stado i twoje dzieci... Wychowując je w pamięci wspaniałej matki... oraz ojca.
Zira odetchnęła z ulgą i podeszła do Aminiego. Objęła go delikatnie i wtuliła się w jego grzywę.
- Nie jestem w stanie ci się odwdzięczyć. Niech Skaza ma cię w swojej opiece... mój najdroższy przyjacielu!
- Ale Ziro... – szepnął Amini. – To ja mogę zginąć jutro. Wiesz przecież, że zrobię wszystko, aby cię ochronić.
- Przeżyj. – poprosiła lwica. – Nie wiem, czy poradzę sobie bez ciebie. – Cofnęła się kilka kroków i spojrzała w jego oczy. – Być może to ostatnia noc, kiedy oboje pozostajemy żywi. Pamiętasz, co mi niedawno obiecałeś? – lew skinął głową. – Nie zmieniłeś zdania?
- Nie. – pokręcił głowa Amini. – Wciąż chcę... ci pomóc. – podszedł bliżej i polizał lwicę po policzku. – Jak tylko umiem.
*
[Piosenka „Razem...”. melodia romantyczna, ale i podniosła i mroczna. Muzyka zaczyna grać, a lwy leżą na piasku. Zira spogląda w ciemność ponad rzeką i widzi rozmazaną sylwetkę Skazy, patrząca na nią z niepokojem.]
Zira:
Razem, choć daleko tak
Żyjąc już na światach dwóch
Szukam, może znajdę szlak
Jak przysłużyć ci się znów
[Jednak odkrywa ze smutkiem, że to tylko obraz z jej wspomnień, kiedy widziała Skazę po raz pierwszy (scena pustynna z Dziedzictwa Skazy).]
Amini:
Razem, choć daleko tak
Dotyk ścianą oddzielany
[Amini patrzy na Zirę i gładzi jej futro. Widzi, że ona jest nieobecna duchem. Marszczy brwi z bolesną miną.]
Chciałaś tego? Bo ja tak
Innej drogi wszak nie mamy
[Ale potem potrząsa głową i spogląda na królowa w wyrazem oddania.]
Zira:
Musze złamać słowo swe
Aby wiary ci dochować
[Zira patrzy na twarz Aminiego, która staje się twarzą Skazy. Król patrzy na nią pytającym wzrokiem.]
Wiem, i tak wybaczysz że
Na twą miłość chcę chorować
[Lwica całuje senne oblicze, ale te rozwiewa się, ukazując zaskoczoną twarz Aminiego.]
Amini:
Jakbym cieniem w cudzym śnie
Był, lecz sen to całkiem miły
[Lew przywołuje wspomnienia ze spotkania z Zirą i ich późniejszych przygód.]
Nawet pionek w twojej grze
Lepiej ma niż gracz bez siły
[Wspomnienie nocy po przeprawie: Zira i Amini leżą rankiem na plaży.]
Refren, Skaza:
[Spogląda z nieba, ze smutną twarzą. Z jego blizny skapuje samotna kropla krwi.]
Czemu wszystko poszło źle
Krzywo rośnie z mojej winy
Zrozum, że choć kocham cię
Nie chcę skazą być nad siły
[Śpiewa wyższym, „operowym” głosem, wskazując na Zirę.]
Przeszłość zrzuć, by w jutro iść
Żyj radością nieznanego
[Przypomina sobie najpiękniejsze momenty z Zirą (kadry przewijają się w tle). Uśmiecha się smutno.]
Niech miłości piękny liść
Zaschnie w pamięć najlepszego
Druga zwrotka. Zira:
Razem, choć daleko tak
Nigdy tego nie zrozumie
[Zira przytula się do Aminiego, a ten znów wydaje się być podobny do Skazy. Ale rysy króla rozwiewają się.]
Że choć świat by ruszył wspak
Ja pokochać go nie umiem
[Lwica obraca głowę ku gwiazdom.]
Amini:
Razem, choć daleko tak
Niczym z ziemi jest do nieba
[Amini przezwycięża smutek. Leży na piasku, pozwalając Zirze patrzyć w górę. Nie przeszkadza.]
Wchodzę za nią na ten szlak
Niech prowadzi mnie gdzie trzeba
[Po chwili sam wznosi głowę, aby zobaczyć, że układ gwiazd przypomina mu lwicę, podobną do Ziry.]
Zira:
Czy mam prawo tyle brać
Nie dziękując za te dary
[Zira widzi to, kątem oka. Marszczy brwi, widać po niej wyrzuty sumienia.]
Dobrze po tym miłość znać
Że nie boi się ofiary
[Gładzi łapę Aminiego swoją łapą.]
Amini:
Jestem przy niej niczym cień
Lecz to własnie miejsce moje
[Amini leży w cieniu Ziry (rzucanym przez światło księżyca. Tylko jego oczy błyszczą jasno.]
Blisko niej, przez cały dzień
Tam gdzie ona, i ja stoję
[Widok z oczu Aminiego: Patrzące na niego oczy Ziry też błyszczą wyraźnym blaskiem.]
Refren, Skaza:
Czemu wszystko poszło źle
Krzywo rośnie z mojej winy
Zrozum, że choć kocham cię
Nie chce skazą być nad siły
[Skaza, śpiewając, zaciska pięści. Potem zasłania oczy łapami.]
Śmiało i beze mnie trwaj
Wspomnij tylko piękne chwile
To me requiem, więc je graj
Nie zostawaj ze mną w tyle
[Składa łapy, jak do modlitwy. Widzi, że to na nic, rozluźnia łapy. Widzimy łzy w jego oczach. Źrenice odbijają też sylwetki obejmującej się pary.]