Kiara leżała w Kocięcym Schronieniu, pogrążona w głębokim śnie. Nad nią stały dwie, niewyraźne sylwetki lwich duchów – jednego, czarnogrzywego i umięśnionego, oraz drugiego o grzywie koloru piasku i jaśniejszym futrze. Zjawy zastanawiały się.
- No dobra... udało się. – przyznał Amini. – I co dalej?
Lew pustynny milczał przez chwilę, wpatrując się w śpiąca lwicę. W końcu odpowiedział niepewnym głosem.
- Ja ją tu ściągnąłem, więc teraz twój ruch. To ty masz z nią jakiś związek, nie ja.
- Ja? Jaki? – zdumiał się Amini.
- Ona zna Kovu. – wyjaśnił Król Pustyni. – Być może to pozwoli ci wniknąć do jej snu. – westchnął z nadzieją. – Przynajmniej masz większe szanse ode mnie.
- Ale... co ja mam robić? – zapytał czarnogrzywy.
- Nie mam pojęcia. – przyznał szczerze Sparthi. – Skaza nie mówił dokładnie, na czym to polega. Widać liczył, że wykażesz się pomysłowością.
- To ty tu jesteś ze sprytniejszej rodziny. – mruknął Amini. – Przynajmniej, tak wnioskuję po Zirze. Bo patrząc na ciebie, nachodzą mnie wątpliwości...
- Przestań! - syknął martwy król. – Po prostu... spróbuj. Zobaczymy, co się stanie.
Amini stanął przed Kiarą i spojrzał na nią ze skupieniem. Był martwy już od trzech lat, ale po raz pierwszy w swoim... hm... nowym życiu, był zmuszony do bezpośredniego kontaktu z żyjącymi. Wziął głęboki oddech i nachylił się do ucha księżniczki.
- Hej, Kiaro. – szepnął ciepłym, ale zdecydowanym głosem.
- Tak, już! Wstanę za chwilkę, tato. – odparła przez sen lwica. Sparthi zakrył czoło łapą i westchnął z rezygnacją.
- Kiaro, spójrz na mnie! – poprosił Amini.
Lwica drgnęła, jakby opuszczając bezpieczne schronienie dotychczasowego snu i spojrzała oczyma duszy na zjawę lwa.
- O... dzień dobry panu.
- Kiaro! Musisz powtórzysz te słowa mojemu synowi, Kovu. – ciągnął Amini. – Znajdź go na Złej Ziemi i poleć mu, aby powstrzymał plan Ziry. To śmiertelnie niebezpieczne!
- Wiem... mogę się skaleczyć, potłuc, a nawet zgubić. Wiem, tato, mogę już iść? Proszę! – odmruknęła Kiara, ale nie Aminiemu, ale bohaterowi poprzedniego snu.
- Czy uznamy to za zgodę? – zapytał Sparthiego czarnogrzywy.
Ale wtedy ciszę jamy zaburzyły głosy z zewnątrz. Duchy, choć i tak niewidoczne w świetle dnia, stały się także dla księżniczki absolutnie niesłyszalne.
- Książę Tanabi, uważam, że już dawno zgubiliśmy ślad. – powiedział Pumbaa. – A kiedy ostatni raz widzieliśmy te plamy, z pewnością nie prowadziły tutaj.
- Tak, jasne. – przytaknął obojętnie Tanabi i wszedł do jamy.
- Szefie, obiecałeś swojej babci, że wrócisz na Lwią Skałę, kiedy tylko coś znajdziesz. – dodał Timon.
- No właśnie. – odparł lew. – Nie znaleźliśmy, jak na razie, nic ciekawego, więc... KIARA? – wykrzyknął na tyle głośni, aby obudzić ją ze snu. Amini i Sparthi znikli na dobre. – Kiara jest tutaj! Siostrzyczko? – zapytał zdziwiony.
- O, Tanabi. – odpowiedziała, zaspanym głosem. – Ale miałam dziwny sen...
- Kiara, tata jest wściekły! – jęknął książę. – Znikłaś bez słowa, a on cię teraz szuka.
Kiara, rozbudzona tymi słowami, zmarszczyła ze strachem brwi i wybiegła z jamy.
- Tak, musimy iść. Na Złą Ziemię, aby...
- CO?! – krzyknęli na raz Timon i Pumbaa. Surykatka zeskoczyła z placów guzca i podeszłą do lwicy. – Powiedz mi, panienko, jedną rzecz... jakim cudem dostałaś udaru słonecznego w takiej dziurze?! Zła Ziemia! To szaleństwo!
Kiara stanęła, z niepewną miną, rozpaczliwie usiłując sobie przypomnieć słowa ze snu. Bezskutecznie.
- Przepraszam, tak mi się powiedziało. Miałam sen... – odwróciła się do wychodzącego Tanabiego i spytała słabym głosem. – Czy ojciec jest na prawdę zły?
- Tak. – potwierdził jej brat. – I radzę ci szybko wracać. Wujkowie znajdą tatę i Zazu i powiedzą, że sama wróciłaś, jak tylko wyszli cię szukać. Poprosimy babcie i Sakię, aby nic nie mówiły.
- Tak, właśnie. – zgodziła się Kiara, miło zaskoczona, ze brat chce jej pomóc. – Chodźmy.
- Timon, Pumbaa... – poleciła Tanabi. – Znajdźcie króla i powiedzcie mu... – zastanawiał się przez chwilę. – Że kiedy wróciliśmy na Lwią Skałę, Kiara już tam była. – po czym odwrócił się na południe i ruszył za siostrą.
- No pięknie. – jęknął Timon. – Najpierw zmuszają nas do polowania, a teraz będziemy krzywoprzysięgać! Pumbaa, jak nisko się stoczyliśmy!
Ale zaraz wspiął się na grzbiet przyjaciela i razem ruszyli na zachód.
*
- Teraz opowiedz mi, co się stało. – poprosiła Kiara, kiedy biegli już ku domowi.
- Niewiele mam do powiedzenia. – przyznał Tanabi. – Rano spostrzegliśmy, że wczorajsze mięso znikło. Mama wyszła na polowanie z lwicami, a tata poszedł cię szukać. Tak więc, razem z babciami i Sakią, chciałem się dowiedzieć czegoś o tej kradzieży... Czekaj! – wysapał lew. – Jeśli mam mówić, to nie możemy tak pędzić. Zaraz wypluję płuca!
- Przepraszam. – lwica poczekała w miejscu na brata, ale zaraz potem znów ruszyła z pełną prędkością.
- Znaleźliśmy krwawe plamy na ścieżce w dół skały, potem na sawannie. Razem w wujkami ruszyłem, aby to sprawdzić. Trop urwał się przy brodzie obok Cmentarzyska Słoni... Powiedziałem: czekaj! – Kiara zwolniła, a on z trudem zrównał krok. – Teraz ty. O co ci chodziło z tym snem?
W krótkim czasie pokonali niemal połowę drogi na Lwią Skałę i nadal im się śpieszyło. Simba lub Zazu mogli wrócić z poszukiwań wcześniej, nie znaleźć księżniczki w domu, a przez to utrudniając jej wszelkie tłumaczenia.
- Miałam sen. – potwierdziła Kiara. – Jeszcze w nocy, kiedy spałam z wami. Był jakiś dziwny... o... poczekaj! – zawołała do brata, który znacznie ją prześcignął. – Nie mogę biec i krzyczeć do ciebie jednocześnie.
- Miło, że wcześniej o tym pomyślałaś. – mruknął Tanabi. – Ale dobrze, zatrzymajmy się na chwilę.
Usiedli w cieniu rosłej akacji, wyczerpani sprintem, a lwiczka mówiła.
- Więc... śniłam o pustyni. Stamtąd przyszedł do mnie lew, którego wcześniej nigdy nie widziałam. Miał piaskową grzywę i niebieskie, bardzo mądre oczy. Powiedział coś, ale nie mogę sobie przypomnieć co... A potem obudziłam się i poczułam, że muszę biec na północ.
- Z powodu snu? – zdziwił się Tanabi.
- To nie był zwykły sen. – żachnęła się Kiara. – To było... jak rozmowa z kimś rzeczywistym. Tylko nie pamiętam słów... I chyba jeszcze trochę spałam, gdy biegłam do tej jamy.
Tanabi zmarszczył brwi i mruknął z irytacją.
- Tacie wciśnij coś lepszego, a mnie mów prawdę!
- Tak było, przysięgam! – jęknęła księżniczka. – Ja biegłam tylko kilka minut w stronę rzeki i już znalazłam się w tamtym miejscu. Nie potrafię tego wyjaśnić.
Tanabi nie wyglądał na przekonanego, ale potakiwał. Lwiczka mówiła dalej.
- A tam miałam inny sen. A nawet dwa, w tym samym czasie. Jeden normalny, w którym bawiłam się z tatą. Ale w tym drugim, który dział się jednocześnie...widziałem tego piaskogrzywego i jeszcze kogoś innego. Bardzo przystojnego lwa z czarną grzywą i ciemnym futrem. Miał straszne blizny na piersi.
- Blizny? Czarna grzywa? – zdziwił się Tanabi. – Pamiętasz opowieści o stryju taty, Skazie? Może widziałaś jego ducha?
- Nie! – zaprzeczyła Kiara. – Ten lew był z pewnością przyjazny.
- A co mówił? – dopytywał się książę.
- Ja... właściwie, to nie pamiętam. – przyznała Kiara. – Coś o Złej Ziemi i... nie, nie przypomnę sobie. Pamiętam tylko, że on był taki przystojny...
Tanabi westchnął głośno i podrapał się za uchem.
- Brzmi fascynująco. – ocenił. – Ale rodzice tego nie kupią.
- Ale to prawda!
- Nie ważne. Lepiej już chodźmy. – poradził Tanabi.
Rodzeństwo ruszyło ku Lwiej Skale, a dwie cieniste sylwetki lwów zostały pod akacją.
- No nieźle. – mruknął Sparthi. – Nawet po śmierci wzbudzasz westchnienia niewieście.
- Miło to słyszeć – odparł Amini. – Ale znów nam nie wyszło. Musimy wymyślić inny sposób.
*
W tej właśnie chwili Sakia się obudziła. Poczuła jakby dotyk obecności kogoś znajomego, ale gdy podniosła głowę, odczucie znikło. Nie wiedzieć czemu, przyszedł jej na myśl Spathi, brat królowej Ziry. Kiedyś był królem złotego Stada...
Sakia westchnęła z bólem. Poczuła, że znów się zaczęło. Sny miały się powtórzyć. Przez miesiąc po śmierci Skazy prześladowały ją w nocy obrazy zmarłego króla i jego przyjaciół. Lwica powiedziała Rafikiemu, że nie może spać, a szaman zaczął leczyć ją swoimi ziołami. Z czasem sny znikły, ale nieuchwytny strach w duszy Sakii pozostał. Była też ciekawa, czy tylko ją nawiedza poczucie winy. A może całe stado wstydliwie chowało wyrzuty sumienia przed sobą na wzajem? Wszyscy byli winni i wszyscy zasługiwali na karę. Od czasu do czasu, Sakia nabierała przekonania, że przeszłość gniecie także serca Sarabi i Sarafiny. A w tamtym momencie, była tego niemal pewna, bo Sarafina otworzyła oczy i podniosła głowę ledwie kilka sekund po niej. Stara lwica podeszła do przyjaciółki i spytała.
- Czy... poczułaś coś niezwykłego?
Sarafina zamarła. Jeszcze przed chwilą śniła o Hawie, ale jej marzenie zostało przerwane przez pojawienie się dziwacznej zjawy. Ten cień chciał coś powiedzieć, ale lwica go nie rozumiała. To były z pewnością wyrzuty jej sumienia. „A Sakia? Ile ona wie?” pomyślała Sarafina. „Czy mój żal jest aż tak widoczny?”
- Miałam zły sen, moja droga. – powiedziała ostrożnie. – Nic niezwykłego w naszym wieku.
„Nic niezwykłego, zważywszy na to, co zrobiliśmy.” Chciała dodać Sakia, ale tylko spytała. – Ale już wszystko dobrze?
- Tak, to tylko sen. – skłamała Sarafina. Nie, to nie był tylko sen, bo Hawaa wciąż żyła na Złej Ziemi, gardząc swoją dawną rodziną.
Sakia zauważyła ból w spojrzeniu przyjaciółki i była pewna, że ta również czuje winę swojej zdrady. Szepnęła cicho.
- Tak, to wszystko przez nas. Ale już za późno, by to naprawić.
I wyszła z jaskini, zanim Sarafina zdarzyła spytać ją o cokolwiek.
*
- Babciu, jesteśmy! – zawołała Kiara i podbiegła do Sarabi. Kiedy dostrzegła poważne oblicze lwicy, spuściła ze wstydu wzrok ku ziemi.
- Proszę, nie gniewaj się na nią, babciu. – poprosił Tanabi. – Potrzebuje waszej pomocy.
Lwica spojrzała na wnuki z pewnym zdziwieniem. Te rzadko kiedy nie kłóciły się zajadle, więc jeśli Tanabi bronił siostrę, musiało się za tym kryć coś ważnego.
- Twój ojciec był przerażony! – mruknęła z wyrzutem, ale widząc łzy w oczach Kiary dodała. – Ale co się stało, to sienie odstanie. Co mówiłeś, Tanabi?
- Cóż... jeśli ty, babcia Sarafina i ciocia Sakia, powiecie, że Kiara wróciła do domu tuż po wyjściu ojca, to może rodzice nie będą aż tak wściekli.
Sarabi uśmiechnęła się, słysząc to. Może to nie był najlepszy sposób, aby okazywać braterskie uczucia, ale lepiej tak, niż nijak. Książę szczerze chciał pomóc siostrze.
- Dobrze, powiem o tym Sarafinie i Sakii. Ale ty, młoda damo... – wskazała na Kiarę. – Lepiej wymyśl sobie rozsądną wymówkę. I mam nadzieję, ze to się już nie powtórzy.
- Nie powtórzy, babciu. – szepnęła księżniczka, a Sarabi weszła do jaskini.
- A co ja mam mówić tacie? – zapytał lew. – Bo widzę, ze już wraca. – wskazał na sylwetkę, biegnącą po sawannie.
- No więc... – mruknęła Kiara. Jeśli nawet brat jej nie wierzył, nie mogła oczekiwać, że uwierzy reszta stada. Miała tylko jedną drogę, aby uniknąć zbyt wielu pytań: przyznać się do wszystkiego, nie wspominając nic o snach, czy zjawach. – Powiem mu... że poszłam rano na wycieczkę i jest mi bardzo przykro.
- Jak sobie chcesz. – powiedział, zdziwiony Tanabi. – Ale pamiętaj, że ja chciałem ci pomóc...
*
Simba dotarł na Lwią Skałę wkrótce potem, pełen i gniewu i ulgi. Przywołał Kiare do porządku gorzkimi wymówkami, ale dzięki wstawiennictwu Sarabi i Tanabiego, księżniczka wywinęła się przed prawdziwą karą. Król jedynie zakazał dzieciom odchodzić od domu bez towarzystwa innego lwa.
- Przykro mi, ale teraz nie jesteście bezpieczni nawet z Timonem i Pumbą. – ocenił Simba. – Skoro nie udało nam się znaleźć tych padlinożerców, nie wiemy z kim mamy do czynienia.
- Starałem się, tato. – mruknął Tanabi ponuro.
- Wiem i jestem ci wdzięczny. – odparł król. – Ale skoro ci złodzieje faktycznie przyszli z Cmentarzyska Słoni, musimy zakładać, że nowy klan hien się tam osiedlił. Niedługo będziemy musieli wygonić je, całym stadem.
W tym momencie, do komnaty króla weszła Sarafina.
- Odpoczywaj, Sarafino. – poradził Simba. – Zazu już poleciał po Rafikiego. Będą tu niebawem.
- Już nic mi nie jest. – zapewniła stara lwica. – Może nawet moje bezsenność nam pomoże. Ktoś musi stać na warcie...
- Nie przejmuj się tym. Poradzimy sobie sami. – ocenił król.
*
Szaman dotarł na Lwią Skałę niedługo po powracającej drużynie łownej i od razu zabrał się za badanie starej lwicy. Zaprowadził Sarafinę do tylniej jaskini. A tam rozpoczął swoje tajemnicze, ale i zabawne obrzędy: śpiewał swoje niezrozumiałe przyśpiewki, i smarował jej skronie ziołami i kokosowym mlekiem. Po pewnym czasie, umilkł, nieco zaskoczony.
- Dziwne... jesteś zupełnie zdrowa.
- Może to normalne w moim wieku? – zapytała, ale Rafiki uśmiechnął się wyrozumiale.
- Przesadzasz. Nie jesteś jeszcze taka stara. To ja powinienem myśleć o emeryturze. Ale, skoro o tym już mówimy, to sądzę, ze twoja choroba nie pochodzi z ciała. Prędzej z serca.. – lwica zmarszczyła brwi, a szaman pytał. - Czy coś cię niepokoi? Czy czymś się martwisz w tych dniach? Złe sny? Trudne wspomnienia? – nieśmiało przytaknęła. – Cóż... ja tego nie potrafię wyleczyć. Tylko sama możesz odnaleźć spokój ducha.
- A jeśli to już niemożliwe? – zapytała Sarafina ze smutkiem.
- Więc to dotyczy kogoś, kto zmarł? – przypuścił pawian, ale widząc niepokój w oczach lwicy dodał szybko – Nie ważne. Źle, że spytałem. Tylko ty sama możesz rozwiązać swój problem. – westchnął, jakby samemu borykał się z podobnym ciężarem. – I chyba nawet wiem, o co ci chodzi. Znaki... znaki które chcemy widzieć, ale nie umiemy ich odczytać. Ale lepiej już pójdę. – dokończył, nieobecnym głosem. – A na bezsenność spacery robią najlepiej. Wysiłek jest lepszym lekarzem ode mnie.
Rafiki wyszedł z jaskini i ruszył ku swojemu baobabowi.
*
Hawaa polowała razem z Nuką. Właściwie, nie było to zwykłe polowanie, ale radosna zabawa. Po zaspokojeniu pierwszego głodu, kilkoma mangustami, złapanymi na Złej Równinie, poszli nad rzekę, łapać ryby. Zwykle była to trudna robota, zwłaszcza dla Hawy, która nie znosiła pływania. Ale wysoki poziom wody po deszczach utworzył szerokie rozlewisko niedaleko Cmentarzyska Słoni, co czyniło łowy nie tylko łatwiejszymi, ale i przyjemnymi.
- Łap! – krzyknął Nuka, wyrzucając jedną z ryb w powietrze. Hawaa skoczyła z brzegu i chwyciła ją z gracją w zęby, aby miękko spaść do płytkiej wody. Lew wyskoczył z rzeki, po czym usłużnie podał łapę lwicy, wspinającej się na brzeg. – Chodź, moja pani. Trzeba się wysuszyć.
Lwica odłożyła zdobycz na skale i spojrzała na rzekę.
- Jejku... przez te kilka pierwszych dni pory deszczowej, ta rzeka po prostu nas rozpieszcza. Gdyby tyle ryb było tu przez cały rok... żylibyśmy jak królowie.
- Hm... ja już żyje jak król. – odparł radośnie Nuka. – Może czasem głodny król, ale z prawdziwą królową u boku. – polizał policzek ukochanej. – A kto wie, co przyniesie jutro...
Hawaa spojrzała na niego, badawczym spojrzeniem.
- Nuka, proszę, powiedz mi... Planujesz coś szalonego, ale nie chcesz mi tego zdradzić, prawda?
Lew, gryzący akurat pierwszy kęs ryby, niemal zadławił się smakołykiem. Połknął porcję szybko i oparł, niewinnym głosem.
- Masz rację... bo zawsze masz rację. Ale proszę, nie pytaj mnie o to.
- Powiedz tylko, czy to jest niebezpieczne? – zapytała z troską.
Lew wstał i zaczął nerwowo przechadzać się po brzegu. Zmarszczył brwi i odpowiedział, pozornie beztroskim głosem.
- Cóż... życie jest niebezpieczne. Mieszkanie na Złej Ziemi jest niebezpieczne. A łowienie ryb w Rzece Granicznej to poważne ryzyko. Nie robię niczego, co byłoby nowe dla Złoziemca. Ale nie żądaj szczegółów. To będzie niespodzianka. – uśmiechnął się i spojrzał Hawie w oczy. Ona odpowiedziała równie promiennym uśmiechem, ale jej serce ukuł strach.
„Tak, on chce zabić Simbę. Sam, w pojedynku. Muszę mu pomóc... pilnować go, cokolwiek by się nie działo.” Pomyślała.
*
Noc zapadła nad Lwią Ziemią, a stado Simby spało głęboko. Król zrezygnował z męczących wart, ale na wszelki wypadek, sam położył się niemal w progu jaskini. Choć miał raczej kiepski słuch (beztroska młodość w dżungli, gdzie nie polował ani przed nikim nie uciekał, nie zmuszała go do ostrożności), miał nadzieję, że w razie czego usłyszy bezczelnego rabusia. Nala, znacznie hojniej obdarzona zmysłami, spała tuż obok władcy, aby go wspierać. Oczywiście, królewskie dzieci zapędzono w najgłębszy kąt komnaty, tak na wszelki wypadek.
Sarafina spała może godzinę. Potem znów nawiedziły ją niepokojące obrazy. Czarnogrzywy lew ostrzegał przed niebezpieczeństwem, a lwica widziała kątem sennego oka Hawę, błąkająca się nocą po sawannie. I właśnie to marzenie ją obudziło.
Ostrożnie wstała i wyszła z jaskini. „Pięknie.” Pomyślała. “Nasze warty są czujne jak, nie przymierzając, ja nad ranem.” Niemal nastąpnęła Nali na ogon, ale królowa nawet nie mruknęła przez sen. „Dziwna noc. Jakby ktoś rzucił urok snu na wszystkich, oprócz mnie.” Zatrzymała się na tarasie Lwiej Skały i spojrzała na sawannę. Noc był jasna o przejrzysta, dzięki światłu księżyca w pełni. Na horyzoncie dostrzegła też srebrny odblask Rzeki Granicznej. Tak, właśnie tam zmierzała. Czuła, że Hawaa może już czekać.
- A będzie? – zapytał Amini przyjaciela.
- Czekać nie, ale zapewne się spotkają. – ocenił duch Sparthiego – Wiem, że to ryzykowne, ale to nasza ostatnia szansa powstrzymania wojny. Chodźmy.
*
Nuka wyszedł z Hali tak cicho, że Hawaa niemal go nie usłyszała. Wyczula jedynie ruch powietrza i dostrzegła ciemną sylwetkę, lawirująca pomiędzy lwicami. Odczekała chwilę, po czym podążyła za ukochanym. Jej serce waliło, jak oszalałe, gdyż nie miął pojęcia, co zamierza Nuka. Kolejny wypad pod Lwią Skałę? Zapewne, po wczorajszej próbie byłoby to samobójstwo, ale lwica z rozpaczą zdała sobie sprawę, że Nuka bardziej ufa swoim zwiadowcznym zdolnościom, niż ostrzeżeniom innych.
Lew dobiegł do rzeki i przepłynął ją szybko. Lwica musiała odczekać chwilę, aby nie zostać zauważona przy przeprawie. Jednak gdy wdrapała się na drugi brzeg, z ulgą stwierdziła, że Nuka nie idzie w kierunku Lwiej Skały. Zboczył na zachód, ku wczorajszej ścieżce. A tam rozglądał się przez chwilę po sawannie, po czym chwycił w zęby starą i już nie jadalną padlinę zebry. Z obrzydzeniem dociągnął ją do wydeptanego szlaku, po czym zaczął z pieczołowitością obrabiać nadgniłe mięso. Zanim Hawaa zorientowała się, co robił, skończył i ruszył beztrosko znów ku rzece.
„Dzięki niech będą Gwiazdom!” westchnęła w duchu. „To tylko jego kolejny podstęp. Już myślałam, że ruszy dziś na Simbę!” kucnęła, aby zaczekać, aż Nuka wróci na północny brzeg. Kiedy ucichł plusk płynącego lwa, ostrożnie podniosła głowę...
...aby zobaczyć obcą sylwetkę lwicy.
„Śledzili nas!” pomyślała z rozpaczą, przypadając do ziemi. Ale po chwili czujnie podniosła się z trawi i stwierdziła, ze nie ma się czego bać. Nieznajoma okazała się być dobrze znajomą.
- Czekałaś na mnie? – zapytała z nadzieją Sarafina.
Hawaa wolałaby zostawić dawną opiekunkę w spokoju i wrócić za Nuką, ale postanowiła choć chwilę porozmawiać z lwicą, tak aby jej ukochany odszedł przez nikogo nie zauważony.
- Może tak. Może nie. – odparła i podeszła do lwicy. Objęły się czule. – Cierpię na bezsenność. Ale co sprowadza tu ciebie?
- To samo. Problemy ze snem. – starsza lwica usiadła na trawie. – No i miałam nadzieje, że znów cię znajdę.
- Myślałaś o oddaniu się w nasze łapy? – zapytała Hawaa, jednocześnie z ironią, jak i nadzieją.
- O to samo chciałam cię zapytać.
Młodsza z lwic westchnęła, zniecierpliwiona. Nie miała siły do Sarafiny. Martwiła się tylko o Nukę, aby on nie spróbował któregoś ze swych szalonych pomysłów. Szaleństwa dawnej opiekunki uznawała za cudze zmartwienie. „Jeśli konieczne chce z nami walczyć, niech tak będzie. Przykro mi z tego powodu, ale dałam jej szansę...” Nagle nowa myśl oświeciła lwicę. „Tak! Może to sposób na uniknięcie wojny! Przekonanie matki samozwańczej królowej, aby pokłoniła się pamięci Skazy. Jeśli ona dałaby przykład Lwioziemcom, ci nie pozostaliby obojętni.”
- Sarafino, chcę cię prosić o przysługę. - powiedziała Hawaa.
- Tak, moja droga?
- Chodź ze mną, na Złą Ziemię. Gwarantuje ci bezpieczny powrót. – zaproponowała błagalnym głosem. – Proszę.
- Jako to... teraz? – zdumiała się stara lwica.
- A czemu nie? – odparła Hawaa. – Nie musimy budzić całego mojego stada... A ty nie będziesz musiała się tłumaczyć swojemu. Zobaczysz, jak żyjemy za rzeką, zobaczysz, kim na prawdę jesteśmy, a potem zadecydujesz, czy opowiesz o tym swoim towarzyszkom. Ja znam życie na Lwiej Skale, ale ty nie masz pojęcia o życiu na Złej Ziemi.
Sarafina poczuła, jakby ktoś szepnął jej do ucha słowa zachęty. Przez sekundę niemal widziała obraz lwa z jej snu. Niepewnie podeszła do Hawy.
- Tak, pójdę z tobą. – ale potem zdała sobie sprawę z poważnej przeszkody. – Ale rzeka ma wysoki poziom. Nie wiem, czy przepłynę...
- Pomogę ci, ciociu Sarafino. – zapewniła Złoziemka. – Znam tę rzekę doskonale. Lepiej, niż ktokolwiek inny.
*
Nuka skierował się nie ku domowi, ale na Cmentarzysko Słoni. Był pewien, ze jego pułapka jest dobrze zastawiona, ale chciał się upewnić, czy zatrzaśnie się ze skutkiem śmiertelnym. Zwabienie Simby na cmentarz nie wydawało się trudne, ale tam... Lew musiał wygrać pojedynek sam, bez niczyjej pomocy. Tak mówiły starożytne zasady. Ale te zasady milczały na temat pola bitwy. Nuka postanowił właśnie z miejsca uczynić swego sprzymierzeńca. Tak jak Skaza, który zabił Mufasę dzięki zaplanowanej zasadzce. To nie była uczciwa walka – siła mięśni, przeciwko sile umysłu. Nuka wybrał stronę po wielokroć silniejszą.
Skaza byłby z niego dumny.
*
- Musimy ich powstrzymać, Tarki! – jęknął Skaza. Jednak zielonooki lewek powtórzył po raz setny.
- Nie możemy. To ruch Mufasy.