Królowa Piasku-VIII

08 – Świt na Złej Ziemi


Uchodźcy wkroczyli na Złą Ziemię wczesnym wieczorem. Polowanie zabrało im więcej czasu niż sądzili, gdyż północna strona rzeki okazała się jeszcze uboższa niż wysuszona Lwia Ziemia. Zira wysłuchała raportów swych towarzyszek o spalonym słońcem, skalnym pustkowiu, ale odetchnęła z ulga, słysząc wieść najważniejszą – na tej ziemi znajdowały się dwa, niezależne źródła czystej wody. Musieli tam zostać, choćby na tydzień, aby odzyskać siły po ucieczce i dramacie poprzedniej nocy. Złote Stado i Wędrowcy wkroczyli do olbrzymiej kolonii termiciej, pełnej wymarłych kopców.

- No ładnie... nawet cześć termitów nie przetrwała suszy. – mruknął Amini.

Powiedział to do wszystkich, ale miał nadzieje, że to Zira odpowie. Od momentu, kiedy obudzili się na plaży, czule ściskając, królowa nie wypowiedziała słowa ku niemu. Kiedy tylko wstała, spuściła wzrok ku ziemi i szybko pobiegła ku reszcie stada, tak że Amini ledwo zdążył powiedzieć odruchowe „przepraszam”. Czarnogrzywy poczuł, że w jakiś sposób do głębi obraził Zirę, nie miał jednak pomysłu, czym konkretnie.  W czasie drogi usiłował nawiązać rozmowę z lwicą, jednak bezskutecznie.

- To będzie nasze schronienie. – oceniła Zira, wskazując na największy z kopców. Miał ponad dziesięć metrów wysokości i wydawał się być zupełnie pusty w środku. – To znaczy... tymczasowe schronienie. – dodała, widząc złośliwą ciekawość na twarzach bliźniaków. – Warto by było sprawdzić, czy nie ma już tam robactwa...

Amini nie dął się nikomu wyprzedzić i natychmiast wszedł w szczelinę w ścianie kopca. W środku znajdowała się ciemna pustka. Lew odetchnął zastałym powietrzem, ale nie poczuł nic groźnego. Na szczycie budowli znajdował się wywietrznik, pozostawiony przez termity do wentylacji. Razem ze szczeliną w ścianie, zapewniał on znośny przewiew. Amini podszedł do środka głównej komnaty i ze zdziwieniem zauważył martwy pniak drzewa, wyglądający jak rodzaj siedzenia.

- Tron dla królowej. – mruknął z ironią. – Ale lepszy już taki zamek, niż żaden. – Wyszedł na zewnątrz.

Przez ten czas, Złote Lwice zostały podzielone przez Zirę na patrole i ruszyły na krótki zwiad. Jakimś cudem, królowa zagoniła do roboty także wędrowców, ale być może była to zasługa rozsądnego doboru zespołów. Horen poszedł z Dorią, Daki z Vii, a Laki z Thelą. Przed kopcem została sama Zira i kociaki.

- W środku czysto... przynajmniej jak na tutejsze standardy. – oznajmił Amini i uśmiechnął się niepewnie. Zira również odpowiedziała uśmiechem, ale wydawała się jeszcze bardziej onieśmielona niż on.

- Dziękuję. – odparła. – Dobrze mieć jakieś schronienie przed słońcem.

- Mamo. – powiedział Nuka, chichocząc. – Jeśli zrobi się tu gorąco, zawsze możemy pójść nad rzekę i wsiąść kąpiel. A pan Amini na pewno nauczy mnie pływać, prawda? – spojrzał na lwa.

- Jasne. Oczywiście, jeśli twoja mama nie będzie miała nic przeciwko. – odparł czarnogrzywy. – Ale może znajdziemy jakieś inne miejsce niż wczoraj.

- Już dobrze. – przerwała Zira. – Chodź do środka i zobacz nasz tymczasowy dom. Nuka, idź za mną. – Chwyciła zębami Vitani i weszła do kopca.

- Nie jest imponujący, ale miejsca ma dużo. Nawet dla całego stada. – skomentował Amini, gdy byli już w środku.

- Nieźle! – uśmiechnął się Nuka. – I to wszystko zbudowały małe robaki? – oglądał ściany z podziwem.

- Tak. – potwierdził Amini. – Ale miały na to lata, a kto wie, może i całe stulecia.

- Cierpliwe sztuki... – oceniał lewek.

Zira ostrożnie podeszła do pnia.

- Nie ma robaków, sprawdziłem. – zapewniła Amini, więc lwica położyła śpiąca córkę na szczycie. Wróciła do Nuki i złapała go także.

- Co, już idziemy spać? – zapytał rozczarowany kociak, ale królowa położyła go obok siostry i odparła.

- Tak, kochanie. To był długi dzień... długie dni. Śpij, bo musisz odpocząć po tych przygodach. Odzyskaj siły, będą ci potrzebne.

- Aby uratować Hawę i Yaktę? – zapytał, sennym już głosem.

- Też. – mruknęła Zira i polizała lewka w twarz. Potem pocałowała Vitani, delikatnie, aby nie zbudzić kotki i ostrożnie ruszyła ku wyjściu. – Był na prawdę wyczerpany. – szepnęła, mijając Aminiego. – Już śpi. – oboje wyszli z kopca.

Zira usiała na płaskim placyku, przed budowlą. Amini dołączył do niej, niepewnie czekając, aż coś powie pierwsza. Czekał ponad minutę.

- Wygląda znośnie. – oceniła Zira. – W promieniach zachodzącego słońca, wygląda na złoty. „Złota Hala”, co ty na to? Ujdzie, czy jest zbyt pretensjonalne?

- Dom królowej nigdy nie jest pretensjonalny. Jest królewski. – odparł lew. – Ładna nazwa. To pomoże wam się tu rozgościć.

- A tobie nie? – zapytała Zira, nieco napiętym głosem.

Amini podszedł bliżej i siał naprzeciwko lwicy. W jej oczach ujrzał niepewną mgiełkę smutku i melancholii.

- Ziro, jeśli obraziłem cię w jakikolwiek sposób...

- Nie. – machnęła ogonem, w geście zażenowania. – Problem leży we mnie, nie w tobie.

- A więc co się stało? – zapytał Amini, niespokojnym głosem.

- Ty. Ty się stałeś. To jest mój problem.

- Ja to? – zdumiał się lew, czując głęboko w gardle zimny uścisk.

- Po prostu. Spotkałam cię wczoraj, ale przez ostatnie dwie doby zdążyłeś już uratować mnie, moje dzieci, przekonać swoich kompanów, aby nam pomogli i okazać się najżyczliwszym z przyjaciół, których miałam. To jest problem, bo ja nie mogę ci w żaden sposób wynagrodzić tego całego dobra.

- Ależ możesz. – uśmiechnął się Amini. – I cały czas to robisz. Przez te dwa dni poczułem... że mam stado. To dla mnie skarb... zakładając, że pozwolisz mi... to znaczy: nam zostać. – poprawił się lew.

- Co jeszcze sobie założyłeś? – zapytała zimno Zira.

- Nie rozumiem... – zdziwił się czarnogrzywy.

- Zapytałam, czego jeszcze oczekujesz, zostając z nami. – patrzyła na zachodzące słońca, ale lew czuł, jakby świdrowała go wzrokiem. – Bo ja też założyłam kilka rzeczy. Że ochronicie nas, gdy będziemy zbierać siły. Że pomożecie nam w boju o Lwią Skałę, a potem odejdziecie lub zostaniecie, nie oczekując żadnej nagrody. Uczciwa wymania, nie? – Zira, widząc, że lew nadal nie był w stanie nic powiedzieć, ciągnęła dalej. – Nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi, Amini. Widzę, jak wciąż mi schlebiasz, jak na mnie patrzysz, a  najważniejsze, do czego jesteś zdolny, aby nam pomóc. Musze cię jednak rozczarować, nie warto. – Wreszcie chciał coś powiedzieć, ale tym razem Zira uciszyła go machnięciem łapy. – Jak już słyszałeś, miałam partnera, króla Skazę. Ale nasz związek był czymś więcej niż przymierzem politycznym, czy nawet zwykłą więzią partnerską. To była... jest... miłość, silniejsza, niż każde inne uczucie na tej ziemi. To ono uratowało nas od katastrofy i wciąż daje mi siłę do życia i działania. Nawet gdy on odszedł... wciąż jest częścią mnie. I tak już zostanie na zawsze.

- Nigdy nie sugerowałem, że chce... – zaczął lew, ale ona znów mu przerwała.

- Nie, wciąż nie rozumiesz. Chcę powiedzieć, że nie mogę zakochać się już w żadnym innym lwie, nawet tak przystojnym i opiekuńczym jak ty. Wybacz, Amini... Ja jestem związana ze Skazą mocniej, niż czymkolwiek i kimkolwiek na świecie. Wychowuje jego dzieci i kocham je... bo to jego dzieci. I uwielbiam je jeszcze bardziej, bo któregoś dnia odziedziczą tytuł i chwałę ojca. Każdego, kto pomaga mi w realizacji tego snu uważam za przyjaciela... właśnie dlatego, że mi pomaga. Słyszysz, co mówię?

Lew spuścił wzrok ku ziemi i milczał długą chwilę. Jednak nagle wybuchł głośnym śmiechem. Wstał, ale zaraz zachwiał się i znów upadł, wciąż chichocząc. Dopiero po kilku minutach uspokoił się na tyle, by odpowiedzieć, głosem pełnym i rozbawienia i żalu.

- Tak... najgroźniejszy przeciwnik, to ten, którego nie można już dosięgnąć. Nie mogę go skaleczyć, uderzyć, nawet przestraszyć. Jest nietykalny... bo już go nie ma. – spojrzał w oczy Ziry. – Nie mogę równać się ze Skazą... bo on już nie żyje!

- Właśnie. – odparła Zira, a jej twarz wyrażała autentyczne współczucie.

- Właśnie... – zamilkł na chwilę, po czym dodał, zupełnie już poważnym głosem. – Więc Skaza, twój partner, jest martwy. Ale Skaza, król Skaza, wciąż żyje, tak?

Zira przytaknęła i odpowiedziała ze zdziwieniem.

- Nie sądziłam, że ktoś mnie kiedyś zrozumie. Jesteś mądrym lwem, Amini. Bardzo mądrym.

- Czasem, lepiej nic nie wiedzieć. – wymamrotał czarnogrzywy. – Wiec... jedyna rzecz, na której w życiu ci zależy, to dotrzymać mu wierności. – Lwica przytaknęła. – I zrobisz wszystko, aby to uczynić i wychować jego dzieci. – Znów kiwnęła głową. – Ha, to brzmi zachęcająco! – zakończył z uśmiechem.

- Jak to? – zdumiała się Zira.

- Posłuchaj tylko! – zaczął Amini gwałtownie. – Wiem, że nigdy nie zdołam zastąpić Skazy i nie będę nawet się starał. Niech on będzie twoim królem... tak jak ty będziesz moją królową. – Zira odpowiedziała jedynie otwierając w zdumieniu usta. – Pozwól się kochać, tak jak ty kochasz Skazę. Bądź moją monarchinią.

- Ja zgarniam wszystko, dla ciebie nic nie zostaje. To nie brzmi sprawiedliwie. – zauważyła Zira.

- Los nie jest sprawiedliwy. – uśmiechnął się Amini. – Ale nie mamy wyboru. Pozwól mi cię wspierać i chronić. Nie będę się domagał niczego w zamian.

- Nie wiesz, co mi proponujesz. – powiedziała Zira i podeszła do niego. Położyła swoją łapę na jego i spojrzała mu w oczy. – Nie powinnam na to pozwalać. Ale muszę wypełnić wolę Skazy, za wszelką cenę.

- Czy ja jestem tak wysoką ceną? Nie przesadzaj. – uśmiechnął się lew.

Zira przytuliła go delikatnie, bardziej jak współczujący przyjaciel, niż partner. On wciąż uśmiechał się beztrosko i z radością poddawał pieszczocie.

- Twoja królowa może zażądać prób zbyt ciężkich, aby je zdać. Nie zgadzaj się na wszystko.

- Nie zgodzę się jedynie, aby stąd odejść. – odparł Amini. – Każde inne polecenie wykonam z przyjemnością.

- Nie wszystkie, zapewniam cię. – mruknęła Zira.

- Więc, jakie będzie to najgorsze? – zapytał Amini, wciąż wesołym głosem, choć już igiełki niepokoju kuły jego umysł.

- Skaza potrzebuje Kovu. – ponieważ nie mógł zrozumieć, wyjaśniła. – Potrzebuje syna. Twojego. Twój syn musi stać się dziedzicem Skazy.

Amini milczał długa chwilę, zanim odpowiedział nieśmiało.

- Ale ja będę jego opiekunem? – Zira przytaknęła. – I nauczycielem? I przyjacielem? – Lwica kiwała twierdząco głową. – A więc, niech tak będzie. Zostanę... ojcem syna Skazy, jakkolwiek cudacznie to brzmi. – Zira znów wtuliła się w jego grzywę i westchnęła z ulgą. Lew ciągnął dalej. – Jutro powiem o tym Horenowi. Odchodzę z drużyny. Będę już tylko twoim wiernym poddanym... Nie martw się, zatrzymam ich do czasu walki z Simbą.

- Wiesz co? Chyba zmieniłam zdanie. – powiedziała Zira, a Amini aż odskoczył i zapytał ze strachem.

- Na jaki temat?

- Na twój temat. – odparła lwica. – Nadal uważam, że jesteś odważny, czarujący a na dodatek, masz czyste serce. Ale w żadnym wypadku, nie mogę nazwać cię już <mądrym>.

- Nie martw się. – mruknął lew. – Ponoć inteligencję dzieci dziedziczą po matce.

*

Grupy zwiadowcze wróciły przed północą. Lwice i lwy przed wejściem do, tak zwanej, “Złotej Hali”,  odnalazły Zirę i Aminiego. Królowa i wędrowiec gawędzili beztrosko, jak dwójka starych przyjaciół. Napięcie całego dnia znikło pomiędzy nimi, jakby nic się nie stało. Tylko Horen, słysząc radosny śmiech przyjaciela, wyczuł coś niezwykłego w tym dźwięku. Przeprosił na chwilę Dorię i kiwnął głowa na Dakiego i Lakiego.

- Chłopaki... pozwólcie na moment.

Bliźniacy wstali i podążyli za wodzem, nie kryjąc jednak irytacji. Bowiem ten oderwał ich od Vii i Theli.

- To coś ważnego, szefie? – zapytał Daki.

- Wiesz... – dodał Laki. – Panie na nas czekają.

Horen podszedł do niskiej półki skalnej i wskoczył na górę. Bracia podążyli za nim, aby zobaczyć, jak ich wódz wskazuje z góry Zirę i Aminiego, leżących obok wejścia do Hali. W świetle pełni księżyca, byli doskonale widoczni.

- Widzicie to? – zapytał wędrowiec.

- No... i co w tym takiego niezwykłego? – zdziwił się Laki.

- Nie wiem. – odparł szczerze Horen. – Ale coś się stało. On jakoś tak... wydoroślał? Jakby stał się kimś zupełnie innym. Dzisiaj, może nawet od czasu naszej ostatniej rozmowy.

- No może... – przyznał niepewnie Daki. – Faktycznie, przed chwilą gadał niezłe głupoty. Myślisz, że to przez naszą wojowniczą królową?

Horen westchnął i odparł.

- Chłopaki, musimy być gotowi na najgorsze. Musimy założyć, że nasz kwartet gra już tylko w trójkę. – spojrzał na nich, piorunującym wzrokiem. – I nie możemy sobie pozwolić na kolejne straty. Nie dajcie się omotać tym podstępnym samicom! – dokończył groźnie i zeskoczył ze skałki. Bracia zostali sami, patrząc po sobie niepewnie.

- Hm... – mruknął Daki. – Szef mówi całkiem do rzeczy. Nie rozumiem tylko jednego: czemu w takim razie znów pobiegł do tej Dorii?

W końcu, zmęczenie zgasiło emocje mijającego dnia i wszystkie lwy weszły do środka kopca.. wszystkie, prócz Ziry i Aminiego.

- Czemu nie wejdziesz? – zapytała lwica, patrząc na czarnogrzywego.

- Gorąco jest. Jak na porę deszczową, bardzo gorąco. – odparł wędrowiec. – Chcę się ochłodzić.

- Ja też. – mruknęła Zira. – Ale ranek zapewne znów będzie zimny.

- No właśnie! – uśmiechnął się Amini w ciemności. – Może znów będziesz potrzebowała rozgrzewki?

*

- Nie dokładnie tego się spodziewałem. – ocenił Skaza, spoglądając na śpiące stado. – Tarki, czy mogę z nią porozmawiać? – Gwiezdny lewek potrząsnął głową. – A ty możesz? Muszę jej powiedzieć o tak wielu sprawach!

Duchy unosiły się nad północną częścią nieba, skąd świeciły ich gwiazdy. Zielonooki kociak wyglądał, jakby z uwagą obserwował ziemię, ale zapewne bardziej interesowało go zachowanie bratanka, gdy na jego słowa odwrócił się natychmiast i powiedział, łagodnym głosem.

- Skazo... zrozum! Nie jesteśmy ani wszechwiedzący, ani wszechmocni. Nasza moc płynie z miłości i współczucia żyjącym na dole, ale zbyt wiele emocji uniemożliwia jakikolwiek kontakt. Musisz się uspokoić i zaufać mądrości twoich bliskich. Poradzą sobie... cokolwiek ich spotka.

- Zira cierpi z mojego powodu. – odparł martwy król zbolałym głosem. – Przysięgła zemstę, która może ja kosztować życie i odrzuciła miłość Aminiego. Miałem nadzieję, że on zastąpi mnie jako jej partner i opiekun kociaków, ale teraz...

Tarki spojrzał w dół, na śpiąca królową.

- Nigdy nie widziałem czegoś takiego. – mruknął. – Jest naprawdę niezwykła... Taką piękna, zarówno na zewnątrz, jak i w duchu. Kocha cię tak bardzo, że nie pogodziła się z twoją śmiercią. I już chyba nie pogodzi. Być może właśnie dlatego cię nie słyszy. Jesteście związani tak ściśle, że nawet nie możesz wyciągnąć głowy ku jej uszom... Wiesz, co mam na myśli?

Skaza zacisnął pięści i uderzył nieistniejącego wroga.

- Wiem! Jestem jednocześnie najszczęśliwszym i najnieszczęśliwszym lwem pod słońcem. – wykrzyknął. – Najszczęśliwszym, bo ona mnie kocha i jestem z tego dumny. Ale przecież jedyne, na czym mi teraz zależy, to aby żyła razem z dziećmi w szczęściu i spokoju. Musze jej to powiedzieć!

Tarki znów westchnął i podszedł do bratanka. Pogładził jego grzywę, co wyglądało nieco groteskowo – mały kociak, głaszcze dorosłego samca. Odpowiedział poważnym głosem.

- Skazo, nie jesteśmy tu sami.

- Wiem. – odparł lew. – Wszyscy, który odeszli, są tam, na wyższym sklepieniu. Dołączymy od nich, gdy będę już gotowy, tak?

- Tak. – potwierdził lewek. – Ale nie wszyscy Dawni są tak wysoko. Niektórzy z nich są wciąż mocno złączeni ze światem na dole. Tak ty i ja. I usiłują naprawić błędy, jakich dokonali za życia. Niektórzy, mądrze... inni... mniej roztropnie. Ale są Władcami z Przeszłości i mają takie prawo.

Skaza otworzył paszczę, spoglądając na niebieskie sklepienie ponad nim. Zrozumiał, co się działo.

- MUFASO! – zawył bolesnym głosem.

- Stój! – krzyknął Tarki. – To nie jego wina! On chce tylko naprawić błędy, które popełnił.

Martwy król chwycił zielonookiego lewka i podniósł go na wysokość swej twarzy.

- Co on wyrabia?! – zapytał, zduszonym szeptem.

- Uspokój się! – jęknął Tarki. – On tylko chroni swoje stado... tak jak uważa za słuszne. Inaczej nie umie.

- Podburza Lwioziemców przeciwko Złotym! – westchnął Skaza z rozpaczą i puścił zielonookiego. Tarki upadł na niewidoczne podłoże.

- Ała! – syknął. – To że jestem martwy, to nie znaczy, że można mną pomiatać. – wstał z godnością i odparł. – Nie masz szacunku dla rodziny.

- Nic dziwnego. – fuknął Skaza. – Miałem kilka traumatycznych przeżyć w tej kwestii.

- Skazo, posłuchaj mnie! – przerwał Tarki, poważnym głosem. – Musisz zrozumieć zasady. Królowie Przeszłości, jak mówią ci na dole, albo Dawni, jak wolę mówić ja... Wiesz, nie każdy z nas był monarchą... W każdym razie my, Gwiezdni, kiedy umieramy, odchodzimy na sklepienie. Każda dusz zapala jedną gwiazdę. Z tych gwiazd możemy obserwować świat pod nami, a nawet wspomagać żyjących. A niektórzy z nas, ci najsilniej związani z Ziemią, mogą nawet wpływać na wydarzenia pod nami i pokazywać się potomkom. Tak jak ja, i zapewne już niedługo, ty. Ale nie tylko. Mufasa i Ahadi są również blisko świata...

- Mój ojciec? – zdumiał się Skaza.

- Kiedyś powiedziałeś, że nie masz ojca. – przypomniał cierpko Tarki.

- Nie! – wykrzyknął martwy król. – Myliłem się! Nie wiedziałem o tym wszystkim, o czym mi powiedziałeś. Chcę zobaczyć mojego ojca!

- Nawet jeśli on pomaga Mufasie w jego planach? – Skaza zmarszczył brwi. – Tak, Ahadi wspiera Mufasę, w jego grze. On wciąż nie może oderwać się od ziemi... i to z twojego powodu. Mój brat wciąż żałuje, jak okrutnie cię skrzywdził, faworyzując Mufasę i podsycając jego zazdrość. Jest przekonany, że twój brat pomaga mu... zaleczyć rany, które zadał za twoim pośrednictwem.

- Bosko! – syknął Skaza.

- Nie oceniaj go surowo. Myśli, że robi dobrze i robi to dla ciebie.

- Musze mu powiedzieć, aby przestał...

- Nie możesz mu nic powiedzieć. – przerwał Tarki. – Nie możesz rozmawiać z nikim prócz mnie, gdyż ja jestem twoim patronem, przynajmniej na razie. Musisz się oderwać od tych więzów, które cię przygniatają do ziemi. Dopiero potem będziesz mógł wznieść się wyżej.

- Nie mogę wyrzec się własnych uczuć! – wykrzyknął martwy król. – Jedyne czego pragnę, to strzec Ziry i dzieci... no i stada... obydwu stad. – dodał, sam dziwiąc się własnym słowom. – Tarki, ja wcale nie jestem martwy, ja żyje tym, czym żyją oni.

- Także Lwioziemcy?

- Oczywiście! Byłem ich królem! – jęknął zbolały Skaza.

- No ładnie... – westchnął Tarki. – Skazo, byłeś wspaniałym królem. I będziesz wspaniałym Królem z Przeszłości, jeśli opanujesz swoje emocje. Dopiero wtedy będziesz mógł pomóc tym, których kochasz.

- Nie mamy na to czasu! – jęknął król.

- Nie mamy innego wyjścia. – odparł Tarki.

*

Poranek był faktycznie chłodny, ale Zira wytrzymała bez pomocy Aminiego. Słońce oświetliło Złą Ziemię i szybko zmieniło zimno poranka w gorąc przedpołudnia. Być może, taka pogoda byłaby przyjemna na mokrej sawannie, ale wśród skał Złej Ziemi, stawała się nieznośna.

- Witaj, moja królowo. – Amini powitał władczynie. – Sądzę, że nocleg na dworze nie był najlepszym pomysłem.

- Witaj, Amini. – odparła Zira. – Na początki zimno, teraz piecze... Masz rację, szkoda że o całą noc zbyt późno. – Lew uśmiechnął się i wstał. Wtedy pierwsze lwice wyszły z kopca.

- Nie ma się co śpieszyć, drogie panie. – powiedział Amini. – Jestem pewien, że w środku było przyjemniej.

- Ale dobrze, że wstałyście. – dodała Zira. – Musimy sprawdzić, czy da się tu coś upolować.

- W razie czego, termity są bardzo pożywne. Zawierają mnóstwo białka. – zapewnił Horen, właśnie wychodzący z jaskini.

- Zawierają też mnóstwo kwaśnego jadu. – dodała Doria. – Tydzień termiciej diety zniszczyłby każdy żołądek.

- Właściwie, to nawet sam jadłem je i to dłużej niż tydzień, gdy byliśmy na Wzgórzach Południowych. – odparł wódz. – W każdym razie nie zniszczyło to mojego żołądka na tyle, abym nie był teraz głodny. Idziemy?

 Zira odczekała, aż wszyscy wyjdą z Hali i rozkazała.

- Podzielcie się na cztery grupy, jeden samiec na zespół. – spojrzała z pytaniem na Horena, ale on tylko skinął obojętnie głowa. – Waszym podstawowym zadaniem jest zwiad, ale musimy też coś zjeść. Nie przekraczajcie rzeki i nie idźcie w kierunku doliny Potężnej Dżungli. Musimy nauczyć się szukać pożywieniu tu, jeśli zamierzamy przetrwać. Czy to jasne? – nie było pytań. – Kto zostanie z kociakami?

- Ja zostanę z kociakiem. – powiedział butnie Nuka, podbiegł do matki i przytulił się do jej boku. – To znaczy... będę miał oko na Vitani.

- No tak, jasne. – uśmiechnęła się Zira. – Ale ktoś jeszcze musi to zostać, aby nas wezwać, jeśli nadejdą intruzi.

- A ja w tym czasie będę bronił Vitani? – zapytał zupełnie poważnie Nuka.

- Tak, właśnie o to mi chodziło. – odparła Zira, a większość lwic również się uśmiechnęła. – Więc pójdę z jedną z drużyn...

- Królowa nie powinna polować osobiście. – zauważyła Vii, niepewnym głosem.

- Zazwyczaj, nie powinna. – potwierdziła Zira. – Ale jesteśmy w trudnej sytuacji, a ja jestem jeszcze  w nienajgorszej formie. Ramo, co z twoją nogą?

- Na miejscu, pani! – odparła lwica wesoło, wzbudzając śmiech wśród stada. Królowa stwierdziła, że lwicom wracały powoli humory. Jednak dostrzegła, że starsza przyjaciółka uśmiecha się, zagryzając wargi z bólu.

- Zostaniesz z Nuką i Vitani.

- Tak jest, Ziro!

- A reszta... do roboty! Horen pójdzie z Dorią, Lin i...

Tak oto zaczął się pierwszy dzień nowej ery.

Logowanie

Cytaty

Wszyscy jesteśmy złączeni w wielkim kręgu życia.

-- Mufasa