07 – Krwawy ślad
Nad ranem zaczęło się piekło – obudzili go chyba o samym świcie.
A przynajmniej Tanabi uznał, że tak wygląda piekło. Jego sen został brutalnie ucięty przez zaniepokojone głosy lwic. Z początku, lew zamierzał jedynie przykryć uszy łapami i spać dalej, ale natarczywość przeszkadzających zmusiła go do otwarcia oczu.
Tanabi był... cóż, jak bardzo byśmy go nie lubili, pewne rzeczy musimy nazwać po imieniu – był nieprzeciętnym leniem. Albo powiedzmy inaczej: lubił spać długo, w przeciwieństwie do, na przykład, Kiary którą energia zwykle rozpierała już od świtu. A książę zwykł przesypiać wyjście drużyny łowieckiej i budzić się, gdy słońce wisiało już wysoko na niebie. Oczywiście, Simba ocenił kiedyś, że jego syn nadrabia długi sen intensywnością psot w ciągu dnia, ale trzeba przyznać, ze monarcha cieszył się, iż jego drugie dziecko nie karze mu zrywać się wraz ze wschodem słońca. I tego dnia, ojciec i syn otworzyli oczy jednocześnie, stając w obliczu tego samego kryzysu.
- Panie! – zameldowała Sorphi, strachliwym głosem. – Nasze mięso znikło.
Tanabi podniósł głowę, aby dostrzec lwice, stojąca przed królewskim łożem. Król i królowa właśnie się obudzili i przywitali myśliwą ze zdumionymi spojrzeniami.
- Cóż... – mruknął Simba. – Może zjadłem nieco, koło północy, ale na pewno zostawiłem ćwierć zapasu...
- Simba! – żachnęła się Nala, walcząc z sennością. – Znów jadłeś w nocy. Wiesz jakie to niezdrowe? Nie jesteś już młodzieniaszkiem, który...
- Cicho! – fuknął król. – Wszyscy słyszą.
Na pewno słyszeli Timon i Pumbaa, bo dwójka przyjaciół natychmiast podbiegła do władcy. Timon podjął myśl królowej.
- Co ja słyszę, szefie? – wykrzyknął, przerażonym głosem. – Niezdrowe? To jest zabójcze! Nawet dla nas, robakożerców, a co dopiero dla takiego wielkiego drapieżnika... – Zeskoczył z grzbietu Pumby i podbiegł do Simby. – Nie rozumiesz, czym to grozi? Cukrzycą!
- Straszne! – dodał guziec. – Te bolesne zastrzyki...
Timon wspiął się po grzywie Simby i stanął na karku przyjaciela. Potem nachylił się ku lwiemu uchu i szepnął, jednak na tyle głośno, aby dosłyszała Nala, Sorphi i Tanabi.
- Jesteśmy w Afryce! Czy wiesz, jak ciężko przechowywać insulinę w takim klimacie?!
- Timon! Przestań! – syknął król. – Nie przy poddanych!
Surykatka zmarszczyła brwi, odkrywając swoją gafę.
- A, tak... przepraszam... Ale oni powinni wiedzieć prawdę o zdrowiu swojego władcy...
- Nie jestem chory! – krzyknął Simba. – Poczułem się w nocy głodny i zjadłem trochę! Czy to coś dziwnego? – dokończył, niemal rycząc. Chyba to było cos dziwnego, bo zaraz poczuł na sobie kilkanaście pytających spojrzeń. Umilkł, zawstydzony.
- Tak, oczywiście. – przyznał Timon.
- Ale musisz zrzucić kilka kilo. – szepnął Pumbaa.
- Słuchaj go, wie co mówi. – dodał Timon.
Simba nie odpowiedział, a jedynie wstał z godnością i ruszył ku wyjściu z jaskini. Podążyła za nim Sorphi i wzrok lwic. Gdy wyszedł na taras Lwiej Skały, zauważył plamę krwi. Tak, tam zdecydowanie kiedyś leżało truchło zwierzyny.
Nala i Tanabi także wstali i wyszli za królem. Książę zauważył, że drużyna łowiecka już rozsiadła się przed wejściem, czekając na wyjaśnienia króla. Stado było niespokojne, już powstały plotki. Oczywiście, nie o łakomstwie monarchy, ale o wizycie tajemniczego gościa. Starsze lwice: królowa-matka i Sakia spoglądały na króla bez strachu, ale z niepokojem. Simba westchnął i powiedział.
- Dobrze, słuchajcie mnie... Nie wiem, co tu się stało, ale zaraz to wyjaśnimy.. wybaczcie, ale musze zapytać, dla porządku: czy któraś z was zabrała mięso z tarasu? Mówcie szczerze, to nie zbrodnia poczuć od czasu do czasy nieco większy apetyt. – Timon i Pumbaa, stojąc obok, spiorunowali przyjaciela ciężkimi spojrzeniami. – Cóż... czasem, między posiłkami, podjadam z zapasów stada... – nikt jednak się nie odezwał. Tylko Tanabi podszedł od tyłu do ojca i trącił go w ramię. – Tanabi... może ty? – zapytał władca.
- Nie. – odparł książę. – Tato, radzę, abyśmy najpierw zbadali miejsce, skąd znikło truchło i poszukali drogi, którą ktoś mógł je wynieść. Poproś lwice, aby się rozeszły, a ja się zajmę resztą.
- Panicz Tanabi ma rację. - ocenił Zazu, który właśnie wrócił z porannego patrolu. Dodał ciszej. – Dobrze się dowiedzieć, co tu na prawdę zaszło, bez pytania poddanych. Rozumiesz... król zawsze wie wszystko.
Simba spojrzał na syna, potem na majordomusa, aż w końcu odwrócił się ku lwicom.
- Spokojnie. Jeśli to nikt z nas, to musi być jakieś inne, logiczne wyjaśnienie. Proszę, wróćcie do waszych obowiązków. Niech drużyna łowiecka wyrusza. Ja zbadam tę sprawę i wyjaśnię ją przy objedzie.
- Zakładając, że ten nie zniknie. – mruknął Timon, ale został od razu spiorunowany wzrokiem Pumby.
Król zwrócił się do partnerki.
- Czy mogłabyś dzisiaj osobiście prowadzić drużynę? Dziewczęta są bardzo niespokojne...
- Tak, wiem. – uśmiechnęła się Nala. – Chłopcy muszą sami załatwić męską robotę. Zostawiam was, z ta <zagadką>. – mruknęła z ironią i spojrzała na lwice. – No dobrze, moje panie, czas ruszać. – i zbiegła ze skały, prowadząc myśliwe na łów.
- Męska robota? – fuknął Simba. – Pilnowanie Kiary, to też męska robota?
Tanabi przerwał mu ze zdziwieniem.
- Myślałem, że Kiara poszła gdzieś z babcia Sarafiną. Nie ma jej w jaskini...
Simba wbiegł do groty.
- Kiara! – zawołał, ale w środku nie znalazł nikogo, prócz wciąż śpiącej Sarafiny. – KIARA! Ojć... przepraszam! – wymamrotał król, widząc, że obudził teściową. – Kiara znikła... znowu.
Sarafina podniosła głowę i rozejrzała się w około?
- Znów zaspałam? Nie, to ja przepraszam, Simbo. – odparła matka królowej. – Miałam ciężką noc i jestem zmęczona jak zwykle...
- Wiec odpoczywaj. – poradził król i ruszył do drugiej komnaty. Po chwili był już pewien, że jego córka z pewnością opuściła Lwią Skałę.
Tanabi wszedł za ojcem i spojrzał na babkę.
- Nie spałaś dobrze, babciu?
- Tanabi! – zawołał Simba. – Razem z Zazu idziemy szukać twojej siostry. Ty zostań tu... i daj spokój starszym!
- Ja sprawdzę te ślady. – odparł książę, a wybiegający król wymamrotał coś w rodzaju zgody.
- Ślady? – zapytała stara lwica. Wstała i ruszyła ku wyjściu.
- Nie... śpij, babciu. – poprosił Tanabi, ale widząc, że on już dawno zrezygnował z odpoczynku, dodał. – Albo zobacz sama i powiedz, co myślisz.
*
Przed wejściem trzy lwice, młody lew i królewscy kompani oglądali plamę krwi. Timon tak intensywnie pociągał nosem, aż zwróciło to uwagę Sarabi.
- Nie wiedziałam, że surykatki mają tak dobry węch.
- Nie mają. – wyjaśnił Timon. – Po prostu, wczuwam się w rolę. Mamy wyniuchać tego złodziejaszka, czyż nie? – pociągnął nosem raz jeszcze, ale zaraz zmartwiał, z wyrazem niesmaku na twarzy.
- Oj, przepraszam! – szepnął Pumbaa.
- Pomyślmy tylko... – powiedział Tanabi. – Babciu. – zwrócił się do Sarafiny. – Powiedziałaś, że byłaś na spacerze, tej nocy. Nie zauważyłaś niczego... podejrzanego?
Matka królowej drgnęła ze strachem. „Nie, nie mogę im powiedzieć o Hawie!” pomyślała. „To moja wina i mój obowiązek załatwić tę sprawę.” Odparła niepewnym głosem.
- Jak mówiła, poszłam na spacer. Wyszłam około północy, a wróciłam godzinę przed świtem. Nie widziałam tu nic niezwykłego... gdyż mnie tu nie było.
- Moja droga! – westchnęła zaskoczona Sarabi. – Powinnaś powiedzieć o tym Rafikiemu. Może ma jakieś zioła na bezsenność?
- Tak, powinien cię zbadać. – przyznał Tanabi. – Kiedy wróci Zazu, wyślemy go po szamana. Jeśli chcesz spać teraz, to...
- Nie! – przerwała stara lwica. – Przypomniało mi się coś. Kiedy wychodziłam, sądzę, ze mięso było na miejscu. Nie jestem pewne, ale tak myślę. Tymczasem, kiedy wracałam, na pewno już go nie było. Pamiętam, bo niechcący nastąpnęłam na te krwawą plamę.
Tanabi zastanawiał się chwilę, po czym odparł.
- Wiec mamy przypuszczalny czas dokonania... tej kradzieży... ale to niewiele nam daje. – Potem jednak uśmiechnął się. – Już wiem! Ślady! A może nawet tropy, jeśli złodziej też wdepnął w kałużę...
Tak więc wszystkie lwy, guziec i surykatka zaczęli szukać plam krwi. Tanabi szybko dostrzegł pierwszą.
- Tutaj! Na ścieżce w dół. – wskazał szlak ku podnóżom. – Nie ma tropów, ale czerwone znaki. – polizał jeden z nich. – I to świeże.
- O, fu! – jęknęli Timon i Pumbaa z obrzydzeniem, ale lwice dołączyły od księcia.
- Gnu. – uznała Sakia. – A nasze dziewczęta powaliły gnu wczoraj. Tak, to to.
Tanabi ruszył ścieżką w dół, trzymając głowę nisko i wąchając ślady. W pewnym momencie, odwrócił się ku i lwicom i zawołał.
- Jest tego więcej... pewny trop. Pójdę za nim, jestem w tym dobry.
Sarabi i Sarafina spojrzały na siebie z niepokojem.
- Mój drogi... - powiedziała królowa-matka. – Miałeś się nie oddalać z Lwiej Skały...
Tanabi zmarszczył w irytacji brwi, ale odpowiedział przymilnym głosem.
- Babciu, to wyjątkowa sytuacja! A wujkowie pójdą ze mną. – spojrzał na Timona i Pumbę. – Co nie?
- Czy nie zostaniemy wykorzystani w polowaniu? – zapytał szeptem guziec.
- Pumbaa... – odparła surykatka. – Lepiej już jako nagonka, niż ofiara! – spojrzał na Sarabi. – Zajmiemy się nim!
- I tego się właśni obawiam. – mruknęła królowa-matka, ale przytaknęła. – Dobrze, idźcie. Ale wracajcie, jak tylko coś ciekawego znajdziecie.
- Jasne, babciu. – zawołał lew. – Timon, Pumbaa, chodźcie! – i nie czekając na swych <opiekunów>, ruszył ścieżką przez sawannę, szukając kolejnych znaków.
Lwice weszły z powrotem do jaskini, tylko Sarafina zatrzymała się jeszcze na progu, spoglądając na północ. Pomyślała: „Gdzie jesteś, Hawo? Czy spotkam cię znowu?” i zrozumiała, że to zależy tylko od niej. Miała misję, jaką było sprowadzenie dawnej podopiecznej na Lwią Skałę. Musiała ją odnaleźć i przekonać. Jak? Kiedy? Zapewne nocą, ulubioną pora Złoziemców.
- Saffy? Odpocznij. – zawołała za środka Sakia.
- Już idę. – odparła stara lwice. Owszem, musiała zbierać siły do ciężkiej pracy.
*
Po rozgrzewce, Złoziemki spodziewały się kolejnego treningu bitewnego. Tak jak dzień wcześniej, dwa dni wcześniej... i jeszcze dawniej. Ale Zira wdrapała się na płaski kopiec obok placu ćwiczeń i zawołała do stada.
- Słuchajcie, wszyscy! Nie będzie już dzisiaj harców. – szmer ulgi zabrzmiał w szeregach lwic. Hawaa usiłowała nie okazać swojej radości, ale było to trudne. Była tak wyczerpana nieprzespaną nocą, że tego dnia mogła co najwyżej przynieść swej drużynie wstyd. Więc uśmiechnęła się, na dźwięk tej wiadomości, a Zira mówiła dalej. – I od tej pory nie będzie już pozorowanych bitew. – kolejny szmer, tym razem zdumienia, przeszedł po dolince. – Dzień ostatecznej bitwy się zbliża i nie możemy ryzykować kontuzji, choćby najdrobniejszych. Od dziś, będziecie ćwiczyć same, i nie tylko ciało, ale i ducha. Umiecie wszystko, co powinnyście umieć. Oddzielnie jesteśmy groźne... – zniżyła głos. - ...razem: zabójcze! – Złoziemcy wykonali niemy salut dla swojej królowej. – Więc, macie więcej wolnego czasu, ale ja radzę wam wykorzystać go na dodatkowe polowanie. Musimy nabrać tyle sił, ile zdołamy. – wskazała na Nukę, stojącego u jej boku. – Jednak polując, uważajcie i korzystajcie z rad i pomocy Nuki. A teraz... – podeszła ku krawędzi kopca. - ...powinniśmy sobie przypomnieć, o co walczymy. Chodźmy do Doliny Zgromadzeń. Chcę wam opowiedzieć historię.
Każdy w stadzie wiedział, jaką historię chciała opowiedzieć Zira, ale nikt nie protestował, ani nie okazywał znudzenia. Lubili słuchać tych słów dumy i nadziei, gdyż one zagrzewały ich do bitwy. A dzień bitwy zbliżał się szybko.
Wszystkie lwice ruszyły ku dolinie, a Nuka zeskoczył za kopca. Podbiegł do Hawy i polizał jej czoło. Tego dnia jeszcze się nie widzieli, gdyż po nocnych wydarzeniach, oboje zaspali.
- Słyszałeś? – zapytała lwica. – To już niedługo! – dodała, podniecona.
- Tak, wiem. – odparł Nuka. – Mam tak niewiele czasu... – mruknął ciszej, ale widząc ciekawe spojrzenie Hawy, uciął krótko. – Nie ważne. Chodźmy zająć jakieś dobre miejsce.
Podążyli za Złoziemkami.
*
W centrum Złej Ziemi była niewielka niecka, otoczona poszarpanymi ścianami skalnymi. Na nich wisiały półki skalne, wyglądające jak siedzenia w amfiteatrze. Złoziemcy nazywali to miejsce Doliną Zgromadzeń i tu zbierali się, gdy królowa, albo ktokolwiek inny, chciał przemawiać do całego stada. I tym razem tak było – lwice zajęły miejsca na półkach skalnych, a Zira i Kovu stanęli w dole niecki, aby być dobrze widoczni i wyraźnie słyszani. Hawaa i Nuka usiedli na jednej z wyższych półek, z idealnym widokiem nie tylko na królową, ale i resztę stada.
- Będziemy słyszeć? – zapytała Hawaa z niepokojem.
- Jeśli nie, i tak mogę ci powtórzyć z pamięci całe przemówienie. – odparł cierpko lew, ale widząc prawdziwy zapał na twarzy ukochanej, umilkł. Lwica była spragniona kojących słów władczyni, nie ważne, ile razy je słyszała. – Tak, to dobre miejsce. – dodał Nuka, i położył się na skale. Hawaa przykucnęła obok, obejmując go łapą. Ceremonia rozpoczęła się.
- Poddani, wysłuchajcie mnie! – zaczęła Zira, oficjalnym głosem. – Przyszliśmy tu, aby oddać hołd zmarłym i przygotować się do walki o ich honor. Czas naszego powrotu zbliża się i widzę, że jesteście gotowi, aby podnieść dumnie sztandar Skazy. Nasz trening zakończył się sukcesem! – Zira wzniosła obie łapy i zaryczała, a odzew dwunastu lwich gardeł zawtórował jej. - Dzięki wam, mój syn, Kovu, jest gotów aby wkroczyć na ścieżkę Skazy i odzyskać co należy do nas. Niech żyje dziedzic Lwiej Ziemi! – wskazała na czarnogrzywego lwa i następna fala ryków zagrzmiała w wąwozie.
Hawaa zaryczała także, ale kątem oka ujrzała, że Nuka tylko otwiera bezgłośnie usta. Jej serce zamarło w ukłuciu żalu. To było niesprawiedliwe! Nuka, starszy syn Ziry i biologiczny potomek Skazy nie dostał szansy, aby się wykazać. Lwica wtuliła się w grzywę ukochanego i zamruczała ze współczuciem. Pod łapą uczuła, że Nuka jest napięty, jak struna.
- Dla mnie, to ty jesteś królem. – szepnęła.
- Tak... – odparł lew. - I tylko to się na prawdę liczy. – ale tembr jego głosu sugerował coś zgoła innego. Zira przemawiała dalej.
- Wkrótce, Kovu zabije Simbę, a my uderzymy na Lwią Skałę. Musimy być gotowi do walki. Musimy przypomnieć sobie, czemu to robimy i dzięki komu. Kim byliśmy? – zapytała podniosłym głosem.
- Złotym Stadem! – odparły lwice.
- Kim jesteśmy?
- Złoziemcami!
- Kim będziemy?
- Złotym Stadem! – zawołały lwice i dumnie ryknęły.
- Tak, Złote Stado powstanie z popiołów! Tak jak Lwia Skała oczyści się ze zdrajców! Jesteśmy rodem królewskim, potomkami władców i władczyń. Chwała bohaterom! – wykrzyknęła.
- Chwała bohaterom! – powtórzyły lwice.
- Chwała królowi Skazie Mądremu!
- Chwała!
- Chwała Ramie, chwała Vii, chwała Dorii. Chwała wszystkim naszym siostrom, które odeszły!
- Chwała!
- Chwała naszemu przyjacielowi i opiekunowi, Aminiemu! – zawołała Zira, wywołując falę zdumienia. Imię ojca Kovu nie było często przypominane. Ale ponieważ zasługiwało na szacunek, lwice bez wahania odpowiedziały, z równym zapałem.
- Chwała!
- Pomścimy ich i przywrócimy blask ich pamięci! – wołała Zira, spoglądając na publiczność. – Niektórzy z was pamiętają, innym opowiadano o tej historii. Jednak wszyscy znamy prawdę. Złote Stado, niegdyś uratowane przez króla Skazę, weszło w przymierze z Lwią Skałą. Zostałam królową Lwiej Ziemi, a Skaza królem Złotych Piasków. Choć zachowaliśmy naszą tożsamość i pamięć, staliśmy się jedną, wielką rodziną, razem walczącą z okrucieństwem Wielkiej Suszy. Pod wodzą Skazy, przetrwaliśmy tę próbę. Oparliśmy się naporowi Kręgu Życia i obróciliśmy zgodnie z nasza wolą. Pozostaliśmy niezwyciężeni... – zniżyła głos niemal do warkotu. – ...aż pokonała nas zdrada! – ryk gniewu rozdarł dolinę. Wszystkie lwice, na raz, wykrzyczały ból tej zniewagi. Nawet te młodsze traktowały historię, jako wciąż żywą. Były jednym, z tymi co odeszli. Stado trwało wiecznie. – Lwioziemcy i hieny zabili Skazę, ich dobroczyńcę i obrońcę. Uzurpator Simba przejął tron, po tym krwawym zamachu, aby rządzić tyrańsko i bez honoru. Tej nocy przysięgłam pod Lwią Skałą, że zdejmę z tronu tego zdrajcę, lub umrę próbując. Wszystkie podjęliśmy próbę zemsty, ale wtedy nasi wrogowie wciąż triumfowali. Potem powtórzyliście ze mną, moją obietnicę. I to ona dała nam siłę, by przetrwać i przygotować się na nadchodzące dni. Bo my nie zginiemy, próbując, my zwyciężymy! Czemu? BO MY JESTEŚMY PRZYSZŁOŚCIĄ! – głośne ryki rozległy się znowu, tym razem pełne dumy. – Mamy do spełnienia misję przywrócenie sprawiedliwości i prawdy. Rządy Skazy powrócą, przyzwane przez triumfalny ryk Kovu. ZWYCIEŻYMY! – dokończyła Zira, łamiącym się głosem, a każda lwica dołączyła do chóru wojennych ryków. Wszystkie były pewne zwycięstwa i słuszności własnej sprawy. Szczere okrzyki odbijały się pomiędzy skałami i rozbrzmiewały pod czerwieniejącym niebem. Zira machnęła łapą, a zgromadzeni zaczęli zeskakiwać ku niecce. Na końcu nadeszła Hawaa z Nuką, schodząc z najwyższego miejsca. Wygnańcy otoczyli swoją królową i Kovu, a Zira zaczęła podchodzić do sióstr, wymieniać uściski i pocałunki. Stado okazywało jedność.
[Piosenka “Żywych głos”. Melodia groźna, wojenna. Lwie ryki zamiast rytmu bębnów.]
[Zira podchodzi do ustawionych w szeregu lwic, ściska każdą z nich i szepcze coś do ucha. Tuż potem, każda lwica śpiewa swoją kwestię, a królowa idzie dalej.]
To żywych głos / i zmarłych głos
Jak jeden chór / dostojnie brzmi
Idziemy w dal / w nasz wspólny los
Nasz wspólny cel / jutrzejszych dni
[Na końcu stoją Hawaa i Danthi. Ponieważ królowa rozmawia z Danti dłużej, porządek ulega zaburzeniu. Pierwsza w szeregu, Dotty, podejmuje śpiewanie kolejnej zwrotki, a następne lwice śpiewają same.]
Złączony puls / siostrzanych serc
I jeden duch / tych samych snów
Wznosimy sznur / żelaznych twierdz
Splecionych dusz / świadomych głów
[Kiedy kamera dociera od końca szeregu, Zira zostawia Hawę i szybko podchodzi do ostatniej Danthi, przytula ją i skacze ku górze, na półkę skalną.]
[Refren. Śpiewa teraz całe stado.]
Bo duma stada wiecznie trwa
Duma zawsze daje siły żar
Jak ranek niesie ciepło dnia
Tak pamięć niesie przyszłości dar
[Druga zwrotka. Hawaa i Nuka włączają się, choć lew nie wydaje się do końca „czuć klimat”, wciąż spoglądając z zazdrością na Kovu. W tle, widzimy rozmazane obrazy z przeszłości: Zira i mały Kovu są straszeni przez Simbę (trzecia scena z Czasu Simby), potem ujęcie starszej Ziry na skraju pustyni, potem trening Złoziemców i na koniec rozmowa Ziry i Hawy.]
(H) Czy to jest złość? / (N) To nie jest złość
(H) To wiara / (N) w sprawiedliwszy los
(H) Chcę odkryć sens / (N) gdy kłamstw już dość
(H) I mieczem gdy / (N) zawiedzie głos
[Kamera kieruje się ku Vitani i Kovu, stojących na niskiej półce skalnej. Także śpiewają w duecie i także widz obserwuje rozmazane ujęcia przeszłości: Simba, wyganiający Shakisę i Yaktę, potem Simba, Rafiki i Kiara, w dniu prezentacji, następnie Zira, przysięgająca zemstę Simbie (rozdział 17 Dziedzictwa Skazy), w końcu ujęcia doliny pełnej Wygnańców.]
(V) Ukarać grzech / (K) potwarze zmyć
(V) Ukorzyć pychę / (K) kornych wznieść
(V) Odzyskać moc / (K) by mocnych bić
(V) To naszych serc / (K) najgłębsza treść
[Refren, śpiewa całe stado. Ujęcie Ziry, stojącej nad nimi i również śpiewającej.]
Bo duma stada wiecznie trwa
Duma zawsze daje siły żar
Jak ranek niesie ciepło dnia
Tak pamięć niesie przyszłości dar
[Muzyka jeszcze bardziej zaczyna przypominać wojskowy marsz. Oprócz ryków, słychać werble. Królowa podnosi obie łapy, aby przywołać uwagę zgromadzonych.
[Zira:]
Siostry, nadszedł wreszcie czas
Dumnych grzyw zetniemy las
Niechaj bęben wojny grzmi
Naprzód siostry, szczerzcie kły!
[Wskazuje na młodszego z synów.]
Prowadź Kovu! [Vitani:] Śmiało idź
Daj zwycięstwa słodki laur!
[Zira:]
Synu Skazy, czas się bić
Zwrócić dziś to, co Simba zdarł!
[Uderza skałę pięściami, a ryki zagłuszają muzykę.]
[Ekran ciemnieje.]
*
- Słyszałeś? – zapytał Simba, przestraszonym głosem.
Stał na wzgórzu, a Zazu cierpliwie krążył nad jego głową. Dzioborożec skierował głowę na północ i odparł spokojnym głosem.
- Nie ma obaw, panie. To faktycznie Wyrzutki, ale drą się zza rzeki. Są daleko.
- Kiara też może być daleko! – mruknął król. – Zazu, rozdzielmy się. Leć do rzeki, a potem wzdłuż niej, na wschód. Ja sprawdzę bród przy Cmentarzysku Słoni.
- Nic jej nie jest, Simbo! – odparł ptak, ale zorientował się, że lew go nie słucha, tylko pędzi przed siebie. – Ech... Powinni mi za to płacić więcej. Nie jestem majordomusem, tylko niańką! Potrzebuje kogoś do pomocy... Już wiem, Tiko kiedyś narzekał, że się nudzi w domu, więc...
Zazu poleciał ku Rzece Granicznej, aby odkryć, że Kiary tam nie było. Posłusznie wiec skierował się później na wschód, ku Zielonym Wzgórzom. Przeleciał nad niewielkim wzniesieniem, nie mając pojęcia, że ukrywa w sobie jamę, zwaną przez Złoziemców „Kocięcym Schronieniem”. W środku zaś spała smacznie Kiara, odsypiając nocną wędrówkę.
Ale powiedzmy sobie szczerze – czy można mieć pretensję do prawnika i herolda, a w dodatku, do dzioborożca, że nie ma sokolego wzroku? Zazu nie znalazł księżniczki, co nie udało się także samemu królowi. Kocięce Schronienie odkrył dopiero Tanabi, około godziny później, za sprawą czystego przypadku. A lwiczka faktycznie miała talent do znikania z oczu, niczym tajemniczy nocny złodziej, straszący na Lwiej Skale.