Królowa Piasku-VI

06 – Nurt rzeki


Złote lwice i wędrowcy dotarli do kocięcego schronienia gdy zapadał już zmierzch. Zostali kolejny raz zmyci deszczem, a na dodatek musieli zrobić postój, aby upolować cokolwiek do jedzenia. Zdobycznie nie były imponujące – jedynie trzy niedorosłe zebry, ale wygłodzonym długim postem lwicom smakowały wybornie. Był to także smak nadziei, że stada łowne wracają na Lwią Ziemię. W dodatku, Wietrzni Wędrowcy udowodnili, że nie wszystkie lwy nie umieją polować. Jedna zebr została powalona właśnie przez nich.

- A dokładniej mówiąc, przeze mnie. – uściślił Daki.

- Zira i ja, nagoniliśmy ci ją. – zauważył Amini.

- No tak... – przyznał lew. – Ale to ja ostatecznie dorwałem, co nie?

Kilka lwic kiwnęło głowami, wpatrując się w Dakiego rozmarzonymi spojrzeniami. Jeżeli Horen obawiał się, że lwice niszczą jego zwartą paczkę, to Zira mogła to samo powiedzieć o wędrowcach. Ale ani królowa, ani wódz nie mówili tego na głos. Oboje rozumieli, że potrzebują się nawzajem, przynajmniej na jakiś czas. Poza tym, Zira była zajęta czym innym. A dokładniej mówiąc – kim innym, Aminim. Lew gawędził z nią cała drogę, zajmując uwagę królowej. Wcale tego nie chciała, ale mimowolnie zaczęła mu się zwierzać z ogarniających ją strachów i problemów. Obecność młodego lwa, tak pełnego życia i radości, podziałała w nieoczekiwany sposób. Jego słowa, nawet w takiej sytuacji, były kojące i przyjemne. Zira wiedziała, że po związku ze Skazą nie była w stanie pokochać już żadnego innego lwa. Ale przystojny, czarnogrzywy samiec wydawał się być idealnym przyjacielem i opiekunem. Był chętny do pomocy i w przeciwieństwie do swoich przyjaciół, sprawiał wrażenie absolutnie bezinteresownego. Aha, i kiedy dotarli wreszcie do kocięcego schronienia, jako jedyny nie okazał rozbawienia, czy irytacji.

- Potężny zamek potężnej królowej... – mruknął Horen, spoglądając na jamę w samotnej skale.

- Bądź cicho! – syknął Amini.

- Niewielkie królestwo do podziału. – szepnął Laki do Dakiego.

- Ramo, to my! – zawołała Zira a chwilę później w wejściu do schronienia pokazała się starsza lwica.

- Dzięki niech będą Gwiazdom! – wykrzyknęła i podbiegła do królowej. Lwice objęły się, ale wtedy Rama ujrzała nowoprzybyłych. – A to są...

- A to są Wietrzni Wędrowcy. – wyjaśniła Zira. – Rozważają, czy mogą nam pomóc. – dodała ostrożnie, chcąc, aby usłyszał ją Horen. – Co z dziećmi?

- Śpią, ale Nuka prosił, by go obudzić, jak wrócisz. – powiedziała Rama, wskazując na jamę.

- No dobrze... już czas ruszać. – powiedziała królowa i weszła do środka schronienia. Nuka już nie spał i zaraz spojrzał na matkę przestraszonymi oczyma. Mimo to, jego głos był zaskakująco pewny.

- Cześć, mamo... jak dobrze, że już jesteś.

Zira uśmiechnęła się i uścisnęła syna.

- Od teraz już będziemy trzymać się razem. – powiedziała, delikatnym głosem. – A niestety, musimy ruszać w drogę.

- Na Lwią Skałę? – zapytał lewek z nadzieją. – Uratować Hawę i Yaktę? – Zira zmarszczyła brwi.

- Nie, jeszcze nie. Jesteśmy zbyt słabi i wciąż leczymy rany. Pójdziemy na północ, za Rzekę Graniczną. Na drugim brzegu Simba już nas nie dosięgnie. Doria cię weźmie, a ja pójdę z Vitani...

- Sam potrafię chodzić. – żachnął się Nuka i wstał. Pewnym krokiem wyszedł na zewnątrz, aby zobaczyć nowoprzybyłych. – O... cześć. Jesteście tu, aby uratować naszych przyjaciół?

Lwy podeszły do kociaka, a Amini delikatnie pogłaskał lewka po głowie.

- Coś w tym stylu. – powiedział. – Będziemy z wami podróżować, dopóki nie znajdziecie bezpieczniejszego schronienia. To jest moja drużyna. – wskazał na przyjaciół. – Nasz szef, Horen oraz bracia: Daki i Laki. – potem wskazał na siebie. – A ja nazywam się Amini.

- Fajne imię. – odparł kociak. – Masz piękną grzywę... mój tata też miał taką czarną. – zamilkł, spoglądając niepewnie na przybyszów. A oni odpowiadali mu równie niepewnym wzrokiem. Lwi wędrowcy nie byli przyzwyczajeni do życia z kociakami, więc śmiałe zachowanie Nuki było dla nich czymś zupełnie nowym. – Jestem Nuka, syn Skazy i Ziry. – przedstawił się oficjalnie. – A zaraz zobaczycie moją siostrę Vitani. Przedstawiam ją, bo ona sama śpi.

A wtem z jamy wyszła Zira, trzymając córkę w zębach. Skinęła na stado, a Doria chwyciła zębami Nukę. Ruszyli powoli przez sawannę.

Noc zapadła szybko i kiedy dotarli na brzeg rzeki, było już całkowicie ciemno. Zira położyła Vitani na ziemi i ostrożnie sprawdziła wezbrany nurt.

- Niech to licho! – mruknęła. – Silny. Sporo wody spłynęło z równin. Dorio, jak myślisz... damy radę?

Faktycznie, prąd był bardzo szybki. Gleba, wysuszona latami upałów, nie była w stanie przyjąć aż tyle wilgoci na raz. Więc niemal każdy rowek sawanny zmienił się w strumyk a ścieżka w potok. Cała woda pędziła do Rzeki Wąwozowej albo Granicznej. Poziom tej ostatniej podnosił się z godziny na godzinę.

- Nie wiem, Ziro... – odparła lwica. – Sama... bez problemu. Ale z Nuką... Wybacz, nie mogę mieć pewności.

- Tak... – zgodziła się królowa. – I ja nie jestem pewna, czy uda mi się płynąć z lżejszą przecież Vitani.

Obie lwice spojrzały bezradnie na kociaki. Był to prawdziwy problem. Zira i Doria były najsilniejsze w stadzie, a także praktycznie nie ucierpiały w walkach. Ale to nie zmieniało ich sytuacji – przeprawienie się z dziećmi przez rzekę wymagało większej siły i absolutnej pewności. W tej samej chwili, podszedł to nich Amini.

- W czym tkwi problem, moje panie?

Zira uśmiechnęła się. „Tak, on jest gotów do pomocy... zawsze. Zaiste, złoty lew.” Pomyślała. „Ale co poradzi wobec rzeki?”

- Jesteśmy w kropce, Amini. – powiedziała Doria. – Prąd jest tak wartki, że boimy się zgubić Nukę i Vitani przy przeprawie.

- Łał! – pisnął Nuka. – Nigdy nie widziałem tyle wody na raz! Można po niej chodzić?

Amini spojrzał na lewka, potem na Zirę. Podszedł do brzegu i zbadał prąd własną łapą. Potem zwrócił się do Horena.

- My damy radę, prawda?

Wódz zmarszczył brwi. Miał już dość. Jego podopieczny wpychał go w awanturę, z która nie chciał mieć nic wspólnego. Nie zamierzał zostać niańką.

- Nie jestem gotów, aby wsiąść odpowiedzialność za kociaka. – powiedział. – Nawet za cudzego.

Bliźniaki wybuchły śmiechem, ale natychmiast ucichły, widząc spojrzenia lwica. W powietrzu unosiła się jedna, wielka, choć niema prośba.

- Niech mnie sępy pożrą! – szepnął Horen. – To szaleństwo! – i dodał głośniej. – Tak, moglibyśmy to zrobić, ale z głową. – zwrócił się ku Zirze. – Czy to najlepsze miejsce do przeprawy? – królowa przytaknęła. – Rzeka ma taki wartki nurt na całej długości?

- Nie. – wyjaśniła Rama. – W dole rzeki, na wschód, jest jeszcze gorzej. Cztery mile stad jest wodospad.

Horen westchnął i podrapał grzywę wysuniętymi pazurami.

- Bosko! Przynajmniej wiemy, ile mamy czasu aby złapać te dzieciaki, gdyby któreś z nich porwał prąd. – znów spojrzał na Zirę. – Czy one... no tak...” – westchnął jeszcze głośniej. – Oczywiście, że nie potrafią pływać, bo kiedy rzeka ostatni raz miała tak wysoki poziom, nie było ich jeszcze na świecie... Ale czy wy umiecie pływać?

- Jesteśmy pustynnymi lwicami. – przyznała Zira. Horen zacisnął pięść i uderzył łapą o ziemię.

- Jeszcze lepiej!

- Czekaj! – przerwał Amini. Podszedł do Nuki i zapytał Ziry. – Pozwolisz? – gdy królowa przytaknęła, chwycił lewka szczekami. Delikatnie podniósł go, chcąc ocenić wagę i pewność własnego chwytu.

- Fajne zęby. – pochwalił niesiony kociak i uśmiechnął się.

- Cóż... damy radę. – ocenił lew, odłożywszy pasażera na ziemię. – Ale musimy być ostrożni. Popłyniemy w parach. Horen, pilnowany przez Dakiego z Vitani, a ja, razem z Lakim, zaniosę Nukę. Jeśli cokolwiek złego się stanie, bracia złapią kociaki. A jeśli nie złapią... – spojrzał na lwice. - ...lepiej bądźcie gotowe na kąpiel. Będziecie łowić nasze zguby. – dostrzegł strach na ich twarzach. – Omawiam ekstremalny przypadek... bardzo mało prawdopodobny. Bo przecież nam się uda. Prawda, szefie?

Lew skrzywił się i odparł z ironią.

- Od kilku godzin mam wrażenie, że to ty tu jesteś szefem. – Amini spuścił wzrok ku ziemi. Wtedy jednak wódz wędrowców uchwycił błagalne spojrzenie Dorii. „Niech to szlag!” pomyślał. „Żadnego popisywania się przed panienkami. To cię kiedyś zabije.” A lwica wyszeptała.

- Horenie... proszę. – lew usiłował odmówić, ale jego usta same odpowiedziały

- Tak... da się załatwić.

Rzeka płynęła tak szybko, jak biły ich serca.

*

Na początek, Horen i Amini przepłynęli sami, bez kociaków. Oba lwy z uśmiechami na twarzy oświadczyły, że przeprawa była łatwa, ale uważny obserwator dostrzegłby w ich oczach iskierki znużenia. Wódz podszedł do młodszego przyjaciela i szepnął mu na ucho.

- Mam nadzieje, że wiesz co robimy. Bo ja nie mam pojęcia.

- Doria wie. – uśmiechnął się Amini. – A jej zdanie wydaje się być dla ciebie ważniejsze od mojego.

- Tak... zdanie pustynnej lwicy na temat pływania. – odburknął, ale czarnogrzywy usłyszał się w głosie towarzysza nutkę satysfakcji. Jego przyjaciel już poczuł związek z napotkanym stadem... a przynajmniej z jedną jego członkinią. – Ty pójdziesz pierwszy. – rozkazał Horen. – Z Lakim. A my czekamy na brzegu... gotowi do wsparcia. Ale! – syknął na koniec. – Nie zawiedź mnie! Nie cierpię wody!

- Możesz na mnie liczyć. – uśmiechnął się lew, ale w jego oczach błyszczał strach. To nie Horena bał się zawieść. – Zrobimy to! – odwrócił się do Lakiego. – Gotowy? – zapytał przyjaciela. Laki przytaknął. – A ty? – zapytał Nuki.

- Niech pan się nie martwi. – odparł lewek. – Widziałem, jak pan płynie i sądzę, ze to łatwe. Gdyby co, poradzę sobie. – uśmiechnął się, ale Amini aż drgnął z niepokoju. „Gwiazdy, czuwajcie nad nami.” Szepnął w myśli.

Zira podeszła do Nuki i powiedziała napiętym głosem.

- Słuchaj, mój drogi... musisz być dzielny. Amini się tobą zaopiekuje. Rób co mówi on i pan Laki.

- Mamo... chyba lepiej, aby pan Amini nie mówił za dużo w czasie przeprawy. – zauważył Nuka. Zira polizała syna w czoło.

Więc Amini chwycił kociaka w zęby i ostrożnie wszedł do rzeki. Laki podążył za nim, a zaraz potem doścignął go i ustawił się kilka metrów z prądem, gotowy łapać cenna zgubę. Ruszyli śmiało, z początku bez problemów. Oczywiście, napór rzeki męczył czarnogrzywego, ale ten wcześniej dokładnie ocenił odległość do drugiego brzegu i starannie rozplanował swoje siły. Oprócz najtrudniejszego miejsca, na samym środku, Amini postępował bez wahania. Domknął drugiego brzegu wyczerpany, ale dumny, że z tej próby wyszedł zwycięsko. Postawił Nuka na piasku plaży.

- Łał! – szepnął lewek. – To było świetne! – spojrzał w oczy zaskoczonego lwa. – Czy moglibyśmy kiedyś to powtórzyć?

Amini poczuł się dziwacznie, z resztą, nie po raz pierwszy tego dnia. Od rana znajdował się pod przemożnym urokiem pięknej Ziry, ale teraz uczuł jeszcze jeden niezrozumiały impuls, który go przeszywał. Rozmowa z kociakem był dla niego nowym doświadczeniem, ale doświadczeniem niezwykle fascynującym. Jako wygnany ze stada, nie wiedział czym jest opieka nad młodymi... zwłaszcza tak szczególnymi. Wszystko co tego dnia zrobił, zrobił dla Ziry, ale na plaży Granicznej Rzeki odkrył, że mógłby ten wysiłek powtórzyć także dla radości tego małego szkraba. W jego sercu zabrzmiała jakaś od dawna zaśniedziała struna.

- Jasne, mały... – wysapał. – Ale teraz musimy trzymać kciuki za twoją siostrę.

Wtedy Laki wyszedł na brzeg i spojrzał z ulgą na przyjaciela. Amini pokiwał głową z wdzięcznością, a bliźniak uśmiechnął się radośnie, po czym zawołał.

- Jesteśmy na brzegu... wszyscy! – od strony Lwiej Ziemi dało się słyszeć zduszony okrzyk radości. – Szefie, jesteśmy gotowi. Ruszaj! – zachęcił wodza. – Pilnujemy cię!

- I tego właśnie się obawiam! – mruknął Horen, ale po chwili wszedł do wody razem z przestraszoną ale cichą Vitani.

Z powodu ciemności, lwy z jednego brzegu nie widziały kompanów z drugiego. Nawet Amini, posiadający najbardziej wyczulone zmysły, potrafił dostrzec jedynie niewyraźne sylwetki po drugiej stronie. Ale z czasem dostrzegał Horena i Dakiego coraz wyraźniej, gdy oddalali się od lwioziemskiej plaży. W połowie dystansu widział ich już doskonale, jak płynął dziarsko i pewnie.

Ale wtedy Amini zauważył również ciemne kształty, sunące szybko z prądem rzeki. Zaalarmowany, wytężył wzrok, by rozpoznać nowe zagrożenie. Po powierzchni wody sunęły wielkie...

- Pnie! – krzyknął Amini z przerażeniem.

Horen skupiony na trzymaniu kotki, zignorował ostrzeżenie. Ale Daki natychmiast zrozumiał, co trzeba było zrobić. W kilku ruchach ruszył pod prąd, minął wodza i Vitani, aby zająć miejsce nad nimi. Płynął równolegle do Horena, rozciągając się jak najdalej mógł i stanowiąc żywą tarczę przed dryfującymi kłodami. Laki zaś natychmiast wskoczył do wody i puścił się z prądem, aby zastąpić brata na dawnym stanowisku. Amini ruszył brzegiem na wschód, gotowy do skoku. Jednak było już za późno.

Pierwszy z pniaków uderzył Dakiego w głowę. Zaskoczony lew stracił oddech i na chwilę zanurzył się pod wodę. Wypłynął sekundę później, ale chwili nieuwagi nie dało już się nadrobić. Uderzyła go kolejna belka, a on odruchowo chwycił się jej. Prąd osunął go od płynącego Horena.

A Horen walczył z własnymi kłopotami. Kilkanaście kłód mijało go tuż obok i tylko niezwykła zręczność wędrowca nie dopuściła do tragedii. Jednak Vitani ocknęła się na dobre i zaczęła miotać w panice. Wódz chwycił ją jedną łapą a drugą począł rozpaczliwie wiosłować. Był to błąd, być może nie do uniknięcia, ale błąd. Bela ciężkiego drewna chwilę potem uderzyła w nieosłonięta głowę Horena. Ogłuszony lew wypuścił pasażera z uścisku.

- VITANI! – jęknęła Zira z południowego brzegu. W błyskawicznym odruchu skoczyła do wody. Wiedziała, że silny, ale i wolny Laki był zbyt daleko tonącego kociaka, a by zdążyć. Ona, lżejsza i sprawniejsza, miała szansę dogonić kotkę. Niewielką, ale zawsze.

W tej samej chwili, do akcji wkroczył Amini. Biegł już po brzegu na wschód, ale gdy stwierdził, że trudny teren pobrzeża zbytnio go zwalnia, skoczył w nurt rzeki.

- Laki! Ratuj szefa! – krzyknął, parskając wodą. – Ja płynę po małą!

Tak więc Laki dopadł dryfującego Horena i chwycił go łapą. Na szczęście, Daki sam odzyskał siły i pomógł bratu holować przyjaciela. Cała trójka dobiła do brzegu, tak więc w rzece pozostali tylko: Zira, Vitani i Amini.

- W dół rzeki! – rozkazała Rama, wskazując na wschód. Wszystkie Złote Lwice, prócz Vii, która już płynęła na drugi brzeg, ruszyły w pogoń. Na ich brzegu rozpościerała się wąska, ale równa plaża, tak że mogły bez trudu gonić dryfujących.

Zira, w desperackim pędzie, dotarła do córki. Chwyciła tonąca kotkę i podniosła ją nad powierzchnię wody. W tej samej chwili, zrozumiała, ze i ona tonie. Z zajętymi przednimi łapami i obolałymi od wysiłku nogami, nie była w stanie utrzymać się na powierzchni. Wiedziała, że w krótkim czasie pójdzie na dno, zabierając kociaka ze sobą. Więc w desperackim odruchu, obróciła się do tyłu i chwyciła najbliższą kłodę. Wbiła się w drewno pazurami jednej łapy, drugą łapą wciąż trzymając dziecko.

Chwilowo, była bezpieczna. Ale kłoda pędziła z prędkością rzecznego prądu, wprost ku wodospadowi. Zira musiał dotrzeć do brzegu zanim spłynęłaby do doliny Potężnej Dżungli. Więc zebrała resztki sił i zaczęła delikatnie przebierać nogami w wodzie. Kilka ruchów w zimnej kipieli zaowocowało bolesnym i paraliżującym skurczem. „Skazo... pomóż mi!” wyszeptała w myślach, powoli tracąc przytomność z bólu i znużenia. Przywarła mocniej to kłody i przygotowała się na najgorsze.

- Ziro! Trzymaj się! – zbudził ją głos lwa. Delikatnie odwróciła głowę, aby ujrzeć Aminiego, dryfującego na belce obok. Nawet w tej sytuacji, Zira musiał się uśmiechnąć. Czarnogrzywy wygrywał w obu konkurencjach: brawury i głupoty.

- Wodospad! – krzyknęła lwica.

- Wiem... – odsapnął Amini, usiłując chwycić kłodę Ziry. – Puść się! Płyniecie zbyt szybko!

Królowa zrozumiała, jak daleko zdryfowali byli niemal przy samym Potężnym Wodospadzie. „Była nieprzytomna tyle czasu?” jęknęła, ale posłuchała rozkazu lwa. Wiedziała, że oddanie się wodzie było dla niej wyrokiem. Ale dryfując bez kłody, znacznie wolniej, kupowała Aminiemu dość czasu, aby uratować Vitani. Podniosła córkę, jak tylko wysoko mogła, mając nadzieję, ze lew szybko ją przechwyci. I przechwycił.

Zira poczuła, że kotka została złapana przez zęby wędrowca. Rozluźniła więc mięśnie i zdała się na łaskę rzecznego prądu. Zanim zamknęła oczy, dostrzegła jeszcze rozpaczliwe spojrzenie lwa, z niema prośba: nie poddawaj się! Walcz! Ale chwilę później cały świat zrobił się ciemny i zimny.

*

Amini nie mógł sobie pozwolić na delikatność. Niemal cisnął Vitani na piasek plaży, a sam znów wskoczył w wartki nurt rzeki. Chwycił kolejną belkę i odpychając się nogami począł ścigać bezwładne ciało Ziry. Ta unosiła się na wodzie, ale nie zdradzała oznak życia. Lew dopadł do niej w przeciągu minuty, puścił się kłody i z całej siły spróbował podnieść głowę królowej nad powierzchnię. Huk bliskiego wodospadu grzmiał nawet w jego zatkanych uszach. Gdy Zira złapała pierwszy oddech, chwycił jej kark w zęby i ruszył do brzegu. Przebierał wszystkimi kończynami tak intensywnie, że mało brakowało, a by zdążył dotrzeć od brzegu...

*

- Niech to szlag! – jęknął Tarki. – Czemu to nigdy się nie udaje?

- Zrób coś! – ryknął Skaza, patrzący z przerażeniem na swą partnerkę, płynąca ku pewnej zagładzie. Oba lwie duchy czekały na krawędzi wodospadu.

- To ty coś zrób! – odparł gwiezdny lewek. – Jesteś z nią silniej związany!

Martwy król spojrzał na niego ze zdumieniem.

- Ale... ja nie wiem jak!

- Wiesz... zrób to! – rozkazał zielonooki. – Miłość drogę zna.

Przestrzeń nie liczy się dla lwów z gwiazd, tak więc w następnej sekundzie Skaza frunął już nad ciałem swej ukochanej i szeptał jej do uczy zaklęcia. Nie magii, ale po prostu miłości.

- Najdroższa... musisz walczyć... Ocknij się! – błagał.

*

Musisz walczyć... Ocknij się! – myślał rozpaczliwie Amini. Oczywiście, nie mówił nic, gdyż w ustach trzymał kark Ziry. Jedynie modlił się do Gwiazd, do wszystkich władców przeszłości, jacy chcieli go słuchać. Jako wyrzutek nie znał żadnego ze swoich przodków, którego mógłby prosić o pomoc. Jedynie imię potężnego króla, jakie mu przyszło na myśl, usłyszał tego samego dnia z ust Ziry. – Skazo! Ratuj ją!

I jak na życzenie, w tej właśnie chwili lwica otworzyła oczy. W pierwszym odruchu skuliła się w kłębek, ale widząc grozę sytuacji, zaraz pojęła, czego Amini od niej oczekuje. Poza tym, oboje słyszeli cichy głos w ich głowach.

- Bądź silna! Płyń! Płyń do brzegu!

Lwica naprężyła mieście i odepchnęła się mocno nogami. Dołączyła do wysiłku Aminiego i razem ruszyli ku brzegowi jeszcze szybciej. Z każdym ruchem, w ich sercach odżywała nadzieja. I faktycznie – zabrakło im dosłownie dwóch metrów.
*

- Och, Gwiazdy! – jęknęła Doria, widząc parę lwów. Zira i Amini trzymali się skały, wystającej na krawędzi wodospadu. Prąd ciągnął ich w przepaść, tak że już ich nogi rozpaczliwie młóciły pustkę za krawędzią. Złote Lwice biegły południowym brzegiem rzeki. Nawet gdyby przeprawa tutaj było możliwa, nie miały szans zdążyć.

Ale na północnej stronie pojawiły się trzy sylwetki – Horena, Dakiego i Lakiego, trzymającego płaczącą Vitani. Lwy podbiegły do urwiska i stanęły, niepewne.

- I co teraz? – zapytał Daki.

- To co zwykle. – mruknął Horen. – Kłopoty. – Skoczył na krawędź urwiska.

Wędrowiec był raniony przez płynąca belkę, skrajnie znużony i wychłodzony, ale widok zagrożonego przyjaciela dodał mu sił. Wylądował na omywanej przez pędzącą rzekę kamieniu i wyciągnął łapy tak daleko, jak zdołał.

- Chwyć moja łapę! – rozkazał lwicy, a ta ścisnęła jego kończynę z rozpaczliwą siłą. Jednym, zdecydowanym ruchem, Horen dociągnął królową na swój kamień. Pozbawiony dodatkowego ciężaru Amini sam odzyskał równowagę i chwycił nogami podparcie. Tym czasem wódz objął łapą królową i oboje skoczyli na ląd. Po chwili, na plaże wczołgał się mdlejący Amini.

- Udało się! – krzyknął Daki, a lwice na drugim brzegu odpowiedziały chórem radosnych okrzyków.

Zira, wraz z czarnogrzywym lwem, leżała bezwładnie na piasku plaży. Oboje zostali przybicie do ziemi szokiem i wyczerpaniem, ale królowa podniosła jeszcze głowę i wyspała pytanie.

- Vitani? Nuka?

- Mokrzy jak wy, ale na suchym lądzie. – odparł Laki, wskazując na Vitani, leżącą obok. – Vii niesie tu Nukę. Zaraz będą.

Zira kiwnęła głową i znów padła bez ruchu na piasek. Leniwie zamknęła oczy.

- Co... z nimi? – wysapał Horen, sam ledwo trzymający się na nogach.

- Spoko, szefie... – odparł Daki. – To tylko choroba morska! – razem z bratem wybuchł śmiechem. Wódz wędrowców skosił ich surowym wzrokiem, ale zaraz sam dołączył do radosnego chichotu. W międzyczasie, Vitani doczłapała do Ziry i wtuliła się w futro matki.

- Och, moja mała! – szepnęła lwica do kotki. – Tak mało brakowało.

Po chwili dotarła Vii, niosąca szarpiącego się Nukę. Widząc matkę, kociak wyrwał się opiekunce i podbiegł do Ziry.

- Mamo! Jesteś! A ja tak się bałem! – królowa uśmiechnęła się z trudem.

- I było czego... Ale znów jesteśmy razem.

- Zira... – mruknął Horen nieśmiało. Lwica zwróciła ku niemu oczy. – Proszę, wybacz mi. Wypuściłem z łap twoje dziecko...

- Oszalałeś? – wysapała Zira, udając zdumienie i oburzenie. – Uratowałeś nas! A nikt nie mógł przewidzieć tych przeklętych kłód... Jesteś dzielnym lwem, Horenie. A ja jestem twoją dłużniczką. – jednak po skończeniu tego zdania znów zamknęła oczy, oddychając ciężko.

- Zira... weźmiemy stąd Nukę i Vitani. – powiedziała Vii. – Musimy ich wysuszyć i rozgrzać. Odpoczywaj, zajmiemy się tym. – Lwica, wciąż leżąc z zamkniętymi oczyma, skinęła głową.

- Dobra! – Horen niemal od razu odzyskał wigor i pewność siebie. – Zostawmy ich tu, niech odpoczną. My wrócimy w górę rzeki, aby znaleźć resztę. Potem trzeba będzie coś upolować. – podszedł do leżącego Aminiego. – Wrócimy to niedługo z jakąś zakąską. Poradzicie sobie? – Leżący bezwładnie lew wymruczał cos w rodzaju potwierdzenia. – A więc chodźmy! – rozkazał Horen.

Lwica i lwy ruszyły na zachód, zostawiając Zirę i Aminiego na plaży. Świt nadchodził powoli i niebo na wschodzie zajaśniało łuną jutrzenki. Zira otworzyła oczy i spojrzała na wędrownego lwa.

- Na Gwiazdy... zawdzięczam ci życie!

- Polecam się na przyszłość. – odparł słabym głosem czarnogrzywy. – Przynajmniej, na coś się przydałem.

- To było takie... odważne... – szepnęła królowa i dodała głośniej. - ...i takie głupie! Mogłeś tam zginąć? Czemu ryzykowałeś?

Amini otworzył oczy i odparł z szarmanckim uśmiechem.

- Być może tylko po to, aby usłyszeć to pytanie z twoich ust.

Oboje roześmieli się cicho, a Zira podczołgała się ku Aminiemu i polizała go w policzek. Lew uśmiechnął się promiennie.

- Chyba nigdy nie zdołam ci się odwdzięczyć. – powiedziała królowa.

- Już to zrobiłaś. – odparł czarnogrzywy.

- Nic ci się nie stało? Jak się czujesz? – pytała lwica.

- Chyba nic... Tylko... strasznie mi zimno. – mruknął Amini. – Wiesz... sam poranek to najchłodniejsza część dnia. A ta kąpiel...

- Nie cierpię wody. – szepnęła Zira. – Też przemarzłam. Nie obrazisz się... – doczłapała do lwa i przytuliła się do jego boku. – Musimy się ogrzać.

- Tak, musimy. – odparł Amini i objął królową.

*

Reszta stada wróciła około południa, aby znaleźć ich wciąż śpiących i wtulonych w siebie z pełnymi ulgi uśmiechami na twarzach.

Logowanie

Cytaty

Wszyscy jesteśmy złączeni w wielkim kręgu życia.

-- Mufasa