Królowa Piasku-V

05 – Echa przeszłości


Cicha noc zapadła nad Złota Halą.

Pierwsze dni pory deszczowej minęły, przynosząc Złoziemcom ulgę. Polowania stały się znacznie łatwiejsze, a słońca, zazwyczaj palące niemiłosiernie ziemie, coraz częściej chowało się za ciężkimi chmurami. Noce stały się nieco chłodniejsze, a przez to spokojniejsze i przyjemniejsze. A koszmary się skończyły. Zira cierpiała wcześniej od sennych mar, zwłaszcza w najgorętsze noce pory suchej. Ale gdy przyszły deszcze, koszmary odeszły. Może to z powodu pogody, ale kto wie, może wygnała je świadomość lwicy, iż jej plan już działa? Nie ważne, liczyło się to, że Zira spała smacznie.

Wcześniej trapiły ją obrazy umierającego Skazy i krzyki przyjaciół, których pożegnała już dawno temu. Twarze Ramy, Dorii i Vii, a także wspomnienie płaczu Yakty. Ale tamtej nocy śniła inny, być może zabawny i nieprawdopodobny, ale z pewnością przyjemny sen. Z początku o Skazie. Ale nie o ostatnich chwilach, o walce z tymi przeklętymi hienami i o śmierci króla, ale widziała obrazy z dalszej przeszłości. Niepokój na twarzy Skazy, kiedy pierwszy raz się spotkali. Zaskoczenie, kiedy wyznała, ze go kocha. I radość, kiedy przytulał ją i nowonarodzonego Nukę. Radosne przebłyski ze szczęśliwej przeszłości. Odeszły, ale tak delikatnie, jak zachodzi słońce. A potem widziała inne wspomnienia. Ona z Nuka i Vitani, a potem... Amini? Zira nie myślała o Aminim od długiego czasu. Ale w tamtym momencie naszło ją kojące wspomnienie jego oddania i troskliwości, kiedy była w ciąży z Kovu. Amini coś do niej mówił, ale nie zrozumiała ani słowa. Zapewne znów ostrzegał. On cały czas ostrzegał i prosił o ostrożność, kiedy żył. Czemu sam nie potrafił tej ostrożności zachować? Ale to i było ważne – i ten sen rozwiał się delikatnie, zostawiając czuły smak w kącikach ust. Zira obudziła się.

Musiało być nieco po północy, co lwica zauważyła, widząc światło księżyca, przesiąkające przez szczeliny kopca. Wstała i spojrzała na swoje stado. Wszyscy leżeli na miejscach... oczywiście, oprócz Nuki i Hawy. Zira uśmiechnęła się. Kiedy odkryła, że Nuka znalazł oddaną partnerkę, poczuła wielką ulgę. Uważała, że była to dla syna szansa, na ułożenie sobie życie obok Wojny Stad i jej trudów. Wiedziała, że jej najstarsze dziecko nie miało szans, aby pokonać Simbę... ale gdyby zdecydował się założyć własne stado? W Złotych Piaskach? Po sześciu latach odłogu, jej stara ojczyzna powinna była być gotowa do ponownego zamieszkania. Więc Nuka mógł tam osiąść, z lub bez Vitani (Zira nie była pewna, na czym zależy jej córce) i żyć jak prawdziwy potomek królewski. A Hawaa... Królowa kochała tę lwiczkę jak własne dziecko. Za jej niezwykłego ducha, który prowadził ją od kocięctwa. Młoda kotka sama wybrała swoje stado. Był to brawurowy krok w nieznane, wybór pomiędzy dobrobytem wśród zdradzieckich Lwioziemców, a twardym życiem na Złej Ziemi. Zdecydowała dołączyć do stada Ziry i cierpieć te same niedostatki, które cierpieli wszyscy Wygnańcy. Jedyną nagroda za takie poświęcenie, była miłość i szacunek w nowej rodzinie. Niby niewiele, a wystarczyło. Lwica wybrała słusznie.

Wiec Zira położyła się znów do snu, bez żadnych obaw, czy strachu. Pomyślała, że jej syn i jej ulubienica są gdzieś razem, na nocnej wycieczce. Technicznie rzecz biorąc, miął rację, ale...

*

Hawaa skradała się po sawannie, podążając za sylwetką lwa. Musiała być ostrożna, aby pozostać niezauważoną. Nuka, choć słaby, jako wojownik, był urodzonym zwiadowcą. Jego lekkie ciało mogło czaić się bezgłośnie, a zwinność pomagała mu się poruszać nie trącając trawy i innych roślin. Więc lwica była zmuszona do uważania i na to, aby nie spostrzegł jej nikt z mieszkańców tej ziemi, i na to, aby nie odkrył jej Nuka. On nie widział, że mu towarzyszyła, myślał, że idzie zupełnie sam.

Był to głęboki zwiad na Lwiej Ziemi, być może wypad pod samą Lwią Skałę. Ryzykowne zagranie – Simba nakazał zabijać każdego Wygnańca, który ośmieliłby się wejść w jego ziemie. Oczywiście, lwice Ziry przekraczały Rzekę Graniczną notorycznie, aby polować na północnych obrzeżach sawanny. Ale nigdy nie zbliżały się do siedziby uzurpatora. Pojedynczy zwiadowca mógłby tylko uciekać, zauważony przez siły Lwioziemców. Ale byłby to przypadek wyjątkowo nieszczęśliwy – póki co, Nuka szedł tak zgrabnie, że Hawaa bała się tylko własnych błędów.

Ale co Nuka zamierzał? Lwica nie wiedziała, a nawet przypuszczała, iż także lew do końca nie wie. To był właśnie zwiad, sprawdzenie czy istnieje szansa dotarcie do Simby. A jeśli nie istnieje, to sprawdzenia innych pomysłów. Hawaa modliła się w duchu, aby Nuka nie wykazał nadmiaru fantazji.

Lew biegł pewnie, znając trasę. Lwica słyszała historie o jego i Vitani wycieczkach pod samą Lwią Skałę. Po każdej takiej próbie, Zira strofowała dzieci, ale w głębi duszy była dumna z ich odwagi. Tylko Kovu nie próbował takich podchodów – jego ciężka i umięśniona sylwetka czyniła go miernym zwiadowcą. Hawaa doskonale wiedziała, że prawdziwą wartość lwa ciężko ocenić na pierwszy rzut oka. Tak było kiedyś z Mufasą i Skazą... i tak było z Kovu i Nuką. Wierzyła, że ukryta siła zawsze zwycięża.

Nuka zatrzymał się u podnóża Lwiej Skały. Lwica stanęła, przerażona. Śledząc lwa, nawet nie zauważyła, jak daleko się zapuścili. A teraz stali obok jaskini lwa... tego złego lwa.

Nuka wszedł na wąską ścieżkę, prowadzącą na taras skały, a Hawaa zastygła w miejscu, ważąc w sercu straszny dylemat. Wiedziała, że nie była tak zwinna, aby wspinać się bezgłośnie. Wchodzenie na wysokie kopce, gdzie liczyła się siła i wytrzymałość, było czymś zupełnie innym, niż podchody na krętych podejściach Lwiej Skały. Ale zostawić Nukę samego? Jeśli by poszła za nim... „Nie! Narażę i siebie i jego. Nie mogą nas usłyszeć!” zadecydowała. Więc patrzyła na wspinającego się Nukę. Lew dotarł na taras i zniknął jej z oczy na kilka minut (najdłuższych minut w życiu Hawy), po czym ruszył z powrotem w dół. Bezszelestnie schodził z góry, niosąc w pysku jakiś ciężar. Lwica nie dostrzegła, czym był ładunek, ale ten musiał być ciężki dla słabego lwa.

Hawaa przywarła do ziemi, aby nie zostać dostrzeżoną. Odczekała, aż Nuka przejdzie obok, a potem podążyła za nim. Tym razem, było już łatwiej. Lew szedł wolniej, zapewne z powodu swej zdobyczy. A po jakimś czasie, lwica odkryła dziwną, ciemną plamę na trawiastej ścieżce. Schyliła głowę, powąchała i...

...w ostatniej chwili powstrzymała krzyk. To była krew.

„Och, na Gwiazdy!” pomyślała. „On jest ranny!” i ruszyła biegiem. Jednak już po paru krokach, zatrzymała się. „Ty idiotko!” szepnęła bezgłośnie.” To krew zebry. Nuka niesie truchło zwierzyny.” Powróciła do ostrożnego chodu, akurat na czas, gdyż Nuka odwrócił się do tyłu, jakby szukając pościgu. „Uff... było blisko.” Pomyślała, wstając z ziemi.

Chwilę później dostrzegła kolejną plamę krwi, a potem jeszcze następną, jakby Nuka celowo znaczył tę trasę. Na Hawę spłynęło oświecenie. „Znaczy ścieżkę krwią... ale czemu? Zabrał mięso z Lwiej Skały, a to zostanie na pewno dostrzeżone przez lwice Simby.... Wiem!” krzyknęła w myślach. „Oni zaczną przypuszczać, że okrada ich jakiś padlinożerca. Odkryją ślady, Simba ruszy tropem... Och, na Gwiazdy!” jęknęła w duszy. „Ale co Nuka zamierza zrobić dalej?”

Minęli Północny Wodopój, a potem weszli w strefę graniczną. Zmierzali ku Cmentarzysku Słoni. Czy Nuka chciał się zaczaić na Simbę właśnie tam? To byłby genialny plan... pod warunkiem, że Simba zostałby tam zabity. Hawaa czuła, że Nuka ma na myśli coś więcej, trzyma w zanadrzu jeszcze kilka kart. Lew skręci nagle ku Rzece Granicznej i dobiegł tam, pewnym krokiem. Przestał znaczyć ścieżkę, zapewne zadowolony z wcześniejszego działo. Trop był widoczny i jednoznacznie sugerujący cmentarz. Lwioziemcy zapewne będą podejrzewać grupę hien, które wróciły do dawnej siedziby. Ale mięso przecież zdobył Nuka.

- Nie! – mruknął lew i cisnął udziec do wody. – Nie jestem złodziejem! Ani ścierwojadem!

W pierwszym odruchu, Hawaa chciała się rzucić do rzeki za smakołykiem, ale po chwili uspokoiła żołądek.

„Nuka jest zbyt dumny, aby żywić się ze stołu Simby... Prędzej poświęci noc na polowanie, niż przełknie kęs od wroga.” Truchło odpłynęło z wartkim prądem, a Nuka sam skoczył do wody i zaczął płynąc ku Złej Ziemi. Chwile później, dotarł do drugiego brzegu. Hawaa musiał odczekać chwilę, aby przeprawić się niezauważona, więc położyła się na trawie, przymknęła oczy. Tak, aby odpocząć chwilkę...

*

Zira, Hawaa i Nuka nie jako jedyni nie spali tej nocy. Sarafina miała straszny sen. Najpierw ujrzała czarnogrzywego lwa, podobnego do Skazy, który jednak z pewnością nim nie był. Mówił coś okropnego, ostrzegał przed czymś, ale Sarafina nie zrozumiała ani słowa. Obudziła się, zlana zimnym potem i trzęsąca się w gorączce. Wyślizgnęła się z jaskini i ruszyła ku północy. Nie wiedziała nawet gdzie idzie, chciała tylko uspokoić myśli. Tak doszła nad samą Rzekę Graniczną.

Było to niebezpieczne miejsce i dla Lwioziemca i Wygnańca. Dla Lwioziemca, bo Wygnańcy zapuszczali się tu często, a dla Wygnańca, bo wciąż był to teren Simby. Stara lwice nie zdawała sobie sprawy, gdzie idzie, aż...

*

Hawaa podskoczyła, kiedy lwia stopa nadepnęła jej na ogon. W pierwszym odruchu, wyciągnęła pazury i zamachnęła się na niewidocznego wroga. Zasnęła, a to zazwyczaj był śmiertelny błąd dla zwiadowcy. Postanowiła jednak, zabrać ze sobą ku gwiazdom tak wielu prześladowców, jak wielu mogła.

- Giń, Lwioziemko! – zawołała i uderzyła.

Schował szpony w ostatnim momencie. Gdyby spóźniła się o sekundę, jej pazury rozprułyby gardło Sarafiny w jednym, za to śmiertelnym, ciosie.

- Sarafina! – szepnęła. Wiedziała, że ten moment zawahania mógł ją kosztować życie. Ale nie mogła zabić dawnej opiekunki, nie w ten sposób. Może na polu bitwy, w szlachetnym boju twarzą w twarz. Ale nie w nocy, w przypadkowej potyczce. A ponieważ nie dostrzegła innych Lwioziemców, młoda lwica uspokoiła się.

- Kim... – jęknęła Sarafina, oszołomiona szarżą Hawy i dotykiem cudzej łapy na gardle. – Hawaa?! – wyszeptała z niedowierzaniem. – To niemożliwe... Ty nie żyjesz!

- Jeśli nie masz ze sobą wsparcia, chyba jakoś ujdę z życiem. – odparła młoda lwica z triumfalnym uśmiechem. Nagle, schyliła głowę i polizała lwicę po czole. – Dobrze znów cię widzieć, ciociu Sarafino!

*

Nuka usłyszał okrzyk Hawy i stanął przerażony. Był już wysoko, na drugim brzegu, na wzgórzach oddzielających Złą Ziemię od rzeki. Ale słysząc głos ukochanej, rzuciła się znów ku wodzie, i już po chwili płynął w kierunku Lwiej Ziemi. Wiedział, że jeśli lwica wpadła w łapy stada Simby, jest już za późno na wzywanie pomocy. Jedyne co mógł zrobić, to działać sam. „Chyba po raz pierwszy w życiu, żałuję, ze nie ma tu Kovu!” pomyślał i z desperacją wyskoczył na drugi brzeg rzeki. Podniósł głowę do góry, ale nie słychać było odgłosów walki, ani wezwań o pomoc. Nie wyczuł stada Lwioziemców, a słyszał jedynie... cichą rozmowę.

- Jak to możliwe? – zapytał głos starej lwicy. Nuka przywołała wspomnienia wszystkich lwów z Lwiej Skały i uznał, że może to być Sarafina, matka samozwańczej królowej. „Ale co Hawaa może mieć z nią wspólnego?” zapytał rozbieganych myśli. Podkradł się bliżej rozmawiających i przykucnął w krzakach.

- Co jest możliwe? – zapytała ironicznie Hawaa. – Że żyję? Może nie jestem Złoziemką z krwi, ale potrafię być twarda, jak oni. Przetrwałam bitwę... bo moje nowe stado mnie uratowało! – wzięła głęboki oddech i ciągnęła dalej, nie ukrywając dumy. – A kto to zrobił konkretnie? Jeśli chcesz wiedzieć, syn Skazy, Nuka. Był wtedy tylko kociakiem, a znalazł w sobie więcej odwagi i współczucia, niż całe twoje przeklęte stado!

Nuka, czekający w ukryciu, porzucił myśl o odsieczy. Zrozumiał, że Hawie nic nie groziło. Sarafina była starą lwicą, z pewnością znacznie gorszą w walce od młodej Złoziemki. A w dodatku, zdawała się nie być wroga wobec jego ukochanej. „No tak...  Hawaa urodziła się na Lwiej Skale. Jeśli ta Lwioziemka była dla niej dobra... to ma u mnie dużego plusa!” zastanawiał się, czy nie wycofać się dyskretnie, aby nie słyszeć prywatnej rozmowy. Ale zdecydował się zostać, nie z ciekawości, ale z obawy. Słaba czy mocna, Sarafina była Lwioziemką.

- My... sądziliśmy, że nie żyjesz! – wyszeptała przestraszonym głosem stara lwica. – O, Hawo... tak mi przykro...

- Daruj sobie. – przerwała młodsza. – To odległa przeszłość.

- Moja droga... – mówiła Sarafina. – Ale wyrosłaś... Jesteś piękną lwicą... ale wydajesz się być taka krucha i chuda...

- To takie niezwykłe? – zapytała Hawaa. – Życie na Złej Ziemi nie rozpieszcza. Walczę tu o każdy kęs.

- Złej Ziemi?! – wykrzyknęła Sarafina z niedowierzaniem. – Żyjesz na Złej Ziemi?

- Żyję tam, gdzie jest moje miejsce. Razem z moimi dobrodziejami i opiekunami.

- Ale urodziłaś się na Lwiej Skale... – szepnęła starsza lwica, zrozpaczonym głosem. – Tam jest twoje miejsce.

- Owszem. – mruknęła Hawaa. – Urodziłam się na Lwiej Skale.

- A więc wrócisz do nas? – zapytała Sarafina z nadzieją.

Cisza zapadła w dolinie rzeki, a Nuka zamarł. Był nawet zbyt przerażony, aby myśleć, ale jakieś głosy w jego głowie krzyczały przeraźliwie. Hawaa mogła wrócić na Lwią Ziemię. Do żyznej i bogatej krainy, gdzie żaden lew nie głodował, a za to żył w luksusie. Mogłaby zapomnieć o jej stadzie... i o Nuce. Ona mogłaby...

Wtem śmiech zabrzmiał nad sawanną. Hawaa wybuchła niepohamowanym chichotem, a nawet upadła na ziemię, co Nuka poczuł po delikatnym wstrząsie. Śmiała się dobra minutę, zanim wydusiła z gardła pierwsze słowa.

- Ja?! – znów parsknęła ze zdumieniem i musiała znów opanować emocje. – Sarafino... Ty niczego nie rozumiesz! Ja się nie zgubiłam! Odeszłam z własnej woli!

- Co takiego? – jęknęła zszokowana lwica. Zamilkła, a Hawaa wciąż chichotała. W końcu, młodsza z lwic powiedziała poważnie.

- Ciociu Sarafino... Zdecydowałam się, aby opuścić Lwią Skałę i dołączyć do Ziry z własnej woli. Nikt mnie nie porwał, nikt mnie nie zachęcał. Po prostu już nie mogła żyć pośród was, po tym co zrobiliście Skazie i jego rodzinie. Mam nadzieję, że nie musze tłumaczyć ci więcej.

- Ależ Hawo... My ciebie kochaliśmy... kochamy nadal! – jęknęła matka królowej.

- Doprawdy? – mruknęła lwica z ironicznym zaskoczeniem. – Ale gdybym była dzieckiem Złotych, skazalibyście mnie na pewną śmierć, poprzez wygnanie. Czyż nie?

- Nie. Nigdy byśmy nie...

- Powiedz to Yakcie! – syknęła Hawaa, płonąc gniewem. – Powiedz to cioci Shakisie! I powiedz to Nuce, Vitani i wszystkim tym, których skazałaś na głód i tułaczkę.

- Hawo, to było konieczne! – wykrzyknęła Sarafina, ale Złoziemka znów się zaśmiała.

- Ciociu... powiem ci, co jest konieczne. – odparła złowieszczym głosem. – Konieczne jest przywrócenie prawdy i sprawiedliwości. Konieczny jest powrót prawdziwej królowej na Lwią Skałę. Konieczne jest, aby pokonać wszystkich buntowników, a nawet zabić ich, jeśli nie okażą skruchy! – Nuka dostrzegł, że Hawaa podeszła do Sarafiny i nachyliła się nad jej uchem. – Ponieważ kiedyś kochałam cię, jak najdroższą opiekunkę, dam ci radę: kiedy zacznie się bitwa, padnij na ziemię i krzycz: <Skaza był prawdziwym królem Lwiej Ziemi, a ja pokłonie się jego potomkom!> A wtedy, to ty wypróbujesz naszej litości... uczucia, którego dla nas zabrakło! – jeszcze ciszej dodała. – Wstawię się za tobą, jeśli zdołam..

Starsza lwica przymknęła oczy z wrażenia i cofnęła się kilka kroków.

- To nie możliwe... moje dziecko... wróć ze mną.

- Nie, Sarafino. Nigdy nie wrócę do stada Simby. – odparła z dumą. – Ale ty możesz przekazać każdej Lwioziemce, która będzie cię chciała słuchać: nie zważamy na miejsce narodzin, kolor grzywy, czy futra. Patrzymy na serce każdego z osobna. Jeśli ktokolwiek z Lwiej Skały odda hołd pamięci Skazy i pochyli się przed władzą Ziry, przeszłość zostanie mu wybaczona i zaprosimy go do stada. Nawet ciebie! – Hawaa zmarszczyła brwi. – Zira opowiedziała mi o twoim i Sarabi spisku przeciw królowi. Ale wciąż masz szansę to odpokutować. Wróć na Lwią Skałę i ogłoś prawdę o rządach Skazy.

Sarafina wpatrywała się niemo w dawną podopieczną. Łzy napłynęły jej do oczu. Były to łzy szczerego żalu, bo czuła się winna zaginięciu Hawy i zmianie w sercu lwicy. Niemal strąciła nadzieję, ze przekona ją do powrotu.

- I co teraz? – spytała. – Co jest dla ciebie <konieczne>? Zabijesz mnie?

- Jeśli podniesiesz na mnie łapę, tak. – odparła młoda lwica. – Ale mam nadzieje, że tego nie zrobisz. – Sarafina odetchnęła i z ulgą i smutkiem. – Ale nie myśl, że w dniu powrotu Ziry zachowam te sentymenty. Zażądam od ciebie tego samego, co od wszystkich: skruchy i posłuszeństwa. Niech żyje królowa! – dokończyła młoda lwica i odwróciła się ku rzece. Już po chwili płynęła w kierunku swego domu.

„Och, na Gwiazdy!” pomyślała. „Przez nią straciłam chyba z godzinę snu. Będę jutro wykończona!” ale gdzieś głębiej w sercu obudziło się w niej szczere współczucie wobec  Lwioziemców, zwłaszcza wobec Sarafiny. Oni nie wydawali się źli, co najwyżej, zmanipulowani. Oślepieni przez pychę i nienawiść. Miała nadzieję, że w dniu powrotu królowej, nie tylko jej opiekunka wybierze, ale i inne lwice zdecydują się porzucić dawne błędy. A nawet... Nie, dla Simby nie było przebaczenia. On był źródłem całego chaosu i cierpienia, więc musiał być... usunięty ze sceny dziejów, raz na zawsze.

*

Nuka odczekał kilka minut i wstał. Hawaa już wspięła się na klif po stronie Złej Ziemi, a Sarafina odeszła wolnym krokiem na południe. Lew był zdruzgotany wydarzeniami tej nocy. Po pierwsze, wykonał pierwszy ruch w planie zabicia Simby. Ale co ważniejsze, ujrzał swoją ukochana w zupełnie innych świetle niż dotychczas. Wstydził się, że choć przez sekundę podejrzewał ją o rozważanie zdrady... Ale ona była Lwioziemką! Mogła w każdej chwili wrócić do dawnego domu, a mimo to wybrała zostać na ubogiej Złej Ziemi, razem z nowym stadem... i z nim. Nuka zrozumiał, że wcześniej nie doceniał Hawy. Była nawet silniejsza i odważniejsza, niż wcześniej przypuszczał. Zamiast ucztowania przy stole Simby, wybrała przepiórki i szczury Nuki. Było to poświęcenie najwyższej miary. Nuka pozbył się ostatnich oporów przed wprowadzeniem w życie swojego planu.

- Uczynię cię królową, Hawo! Wynagrodzę ci lata wyrzeczeń. Dostaniesz to, na co zawsze zasługiwałaś!

Jego plan był trudny, ale nieskomplikowany. Zwabić Simbę na Cmentarzysko Słoni i zabić go. Niemożliwe, dla tak słabego lwa?

- Jeszcze wam pokażę, kto zgarnie lwią cześć łupu! Matko, Hawo! Będziecie ze mnie dumne! – szepnął w pustkę nocy i skoczył do wody.

*

Sarafina wracała sawanną, w kierunku Lwiej Skały. Nie była śpiąca, zwłaszcza, że rozmowa z Hawą zabiła w niej resztki senności. A więc lwica żyła! Pozostawili ja kiedyś na pastwę losu i zapomnieli o niej.

- Co myśmy zrobili? – zapytała nocy stara lwica. – pozwoliliśmy Zirze zatruć jej serce. Nie jest już Lwioziemką.

Ale słowa Hawy niepokoiły ją także z innego powodu. Lwiczka mówiła szczerze, jakby czuła osobisty uraz wobec stada Simby. Sarafina zastanawiała się, czym konkretnie mogła skrzywdzić Hawę. Czuła się w pełni odpowiedzialna za te tragedię. Zanim Kilia umarła, poprosiła Sarafinę o pilnowanie jej córki. Tak na wszelki wypadek... ale ten wypadek się zdarzył. Poza tym, Hawaa mówiła o <bitwie> i <powrocie królowej>. Więc Simba miał rację, bojąc się zemsty Wygnańców. Wreszcie, starcie stad zbliżało się. Sarafina pytała się w duchu, czy zdołałaby wyprosić łaskę dla Hawy. Przecież kiedyś oni wszyscy okazali się bezlitośni, nawet dla kociąt. Czy ukoili już tę nienawiść?

*

Zira spała smacznie, aż do samego świtu. Głodna, obolała od treningów z lwicami, ale spokojna i wolna od zmartwień, chyba w stopniu, którego nie zaznała od śmierci Skazy. Znów śniła o Aminim, potem o narodzinach Kovu. Cóż za nonsens, Amini nie dożył do narodzin jej najmłodszego syna. Ale we śnie wciąż rozmawiał z Zira, tulącą Kovu i wciąż ostrzegał o przyszłości. A wtedy Sparthi (Sparthi? To był na prawdę nieprawdopodobny sen – przecież Sparthi zmarł trzy lata przed narodzinami Kovu!) tez tam przyszedł i dołączył do kazań Aminiego. Przemądrzały, jak każdy starszy brat. Ale Zira była tak uradowana jego widokiem, że od razu skoczyła na niego, niczym mała kotka i zaczęła go lizać z czułością. Więc Sparthi nie zdołał nic powiedzieć. Królowa obudziła się ze łzami w oczach, ale ciepłem w sercu.

- Skazo, Sparthi, Amini... – szepnęła, idąc zbudzić lwice. – Wkrótce przywrócę chwałę waszym imionom, dokonam zemsty... albo spotkam się z wami na niebie.

Nowy dzień wstał nad Złą Ziemią.

*

- Nie do końca o to nam chodziło... – ocenił krytycznie Skaza.

Trzy lwie duchy obserwowały budzący się dzień z wysokości swej siedziby na sklepieniu.

- Tak, chyba nie zrozumiała głównego przesłania. – ocenił Sparthi. – Ale starałem się...

- Oczywiście, że tak. – przytaknął zmarły król. – Ale coś nas od niej oddziela... Może to działanie Mufasy, a może problem tkwi w samej Zirze. Musimy wymyślić coś innego.

- A tymczasem... – dodał Amini. – Musimy ich chronić, nawet w staraniach o wypełnienie ich obecnego planu. Może im się powiedzie...

Skaza spojrzał na drugiego, czarnogrzywego ducha i odparł poważnym głosem.

- Mam nadzieję, że tak... ale musimy być przygotowani na najgorsze.

Logowanie

Cytaty

Chwila, chwila! Proszę o czas! Trzeba coś wyjaśnić! Ty znasz ją, ona zna ciebie, ale chce zjeść jego i... to wszystko ma być w porządku? GŁUPA RŻNIECIE?!

-- Timon