Królowa Piasku-IV

04 – Wietrzni Wędrowcy


Lwia Ziemia graniczyła na północy ze Złą Ziemią. Na północnym zachodzie rozciągała się Wielka Pustynia, a na północnym wschodzie rosła Potężna Dżungla. Na zachód od lwiego królestwa leżała sawanna, nieco bardziej sucha od żyznych traw wokół Lwiej Skały, ale patrząc dalej na południe, można było dostrzec, jak równina stawała się coraz bardziej podmokła, aż zmieniała się w Bagna Południowe. Na południowy wschód od Lwiej Ziemi ciągnął się ten sam pas żyznej sawanny, niknący gdzieś za horyzontem. Ale co było na dalszym wschodzie? Cóż, niemal nikt z Lwiej Ziemi nie interesował się dotychczas geografią odleglejszych okolic. Jedynie zwiad Złotych Lwic, wysłany za panowania Skazy odkrył masyw zielonych wzgórz, sięgający dalej, niż widziały zwiadowczynie. Pomimo piękna, wzgórza nie były żyzne i nie miały mieszkańców. Dotychczas.

- No proszę... - mruknął rudogrzywy lew o ciemnoszarym futrze. – Co my tu mamy... Całkiem miłe miejsce na postój! – odwrócił się do towarzyszy. W promieniach wschodzącego słońca, szczyt wzgórza błyszczał głęboka zielenią. Wyglądał kusząco, zwłaszcza dla wyczerpanych wędrowców. – Panowie, to będzie nasz nowy dom! – mówca prowadził trójkę młodszych lwów. Dwaj a nich wyglądali niemal identycznie, z brązowymi grzywami i piaskowymi futrami. A trzeci, nieco mniejszy i chyba młodszy, miał ciemniejszą karnacje i smolistoczarną grzywę. Cała trójka uśmiechnęła się na słowa wodza, a bliźniaczo podobne lwy odparły:

- Brzmi nieźle, szefie.

- Tak... – rudogrzywy zwrócił się do ciemnego lwa. – A co ty myślisz, Amini?

- Pięknie tu, Horen... – odparł ten, z nutką niepewności w głosie. – Ale nie widzę stad zwierzyny ani źródeł wody...

Przywódca, nazwany Horenem, wybuch śmiechem i podszedł to dwóch pozostałych lwów.

- Daki, Laki... słuchajcie go tylko! – wskazał na Aminiego. – Jest najmłodszy, ale ma głowę na karku! Patrzy na to co ważne... nie zachwyca się tą dekoracją, tylko myśli, co będziemy jeść.

- Jeśli jest taki mądry... – zaczął pierwszy lew.

- ...to na pewno coś wymyśli. – dokończył drugi i obaj roześmieli się.

- Dajcie spokój! – syknął Horen. Odwrócił się ku Aminiemu. – No, nasz proroku... Gdzie są zwierzęta?

Ciemny lew obserwował równinę w skupieniu, po czym podrapał się łapą za uchem.

- Teraz... Nigdzie. – odparł, zamyślonym głosem. – Może jakieś niedobitki pozostałej populacji. Ale... – spojrzał ku niebu. – Po tak obfitych deszczach, stada z pewnością powrócą z wyschniętych bagien... – wskazał na południowy zachód. - ...bo te znów stały się bagnami. No i przyjdą tam, na sawannę.

Bliźniaczo podobne lwy spojrzały się na siebie, a potem na towarzysza.

- Skąd... – zaczął Daki

- ...wiesz? – dokończył Laki.

Amini uśmiechnął się i wskazał na zachodnią równinę.

- Bo wszystkie smakowite zdobycze żyją ta sawannie. Czemu? Bo na równinie łatwiej im uciekać, a nam trudniej się podkradać. A od kiedy bagna stały się niebezpieczne... – zamilkł, wpatrując się w jakiś punkt na horyzoncie. Podniósł łapę, aby osłonić oczy od słońca. – Spójrzcie! Góra... a przynajmniej wielka skała. Jeśli żyje tu jakieś stado lwów, to na pewno mieszka tam.

Horen położył się na ziemi i zamknął oczy. Lew był śpiący z powodu całonocnej wędrówki, więc odparła zaspanym głosem.

- Nie ważne... Nie będziemy zadzierać z żadnym stadem... Znacie nasze zasady! – jego kompani pokiwali głowami. – Żadnych stad, żadnej walki o przywództwo. Jeśli nas nie chcą, nie wpychamy się. – uśmiechnął się do niepoważnej myśli. – No, chyba że stado nie ma króla i są tam same panienki. Wtedy możemy rozważyć przyjęcie zaproszenia. – Cała czwórka zachichotała. – Ale jeśli zobaczymy, że jest tam już władca, trzymamy się z dala.

- A co z jedzeniem? – zapytał Daki

- I piciem? – dodał Laki. Horen ziewnął, znudzony.

- Zobaczy się później. Teraz radzę wam spać. Za kilka godzin przekonamy się, co tu można upolować. Jestem pewien, że ci ze skały nie obrażą się za jedną zebrę mniej... A tym czasem... – znów ziewnął. – Dobranoc, panowie... To znaczy: właściwie już: dzień dobry, ale chodzi mi o... – zgubił myśl i ziewną po raz kolejny. – Nie ważne. Muszę uciąć sobie drzemkę. – już po chwili spał.

Jego towarzysze postanowili pójść za przykładem wodza.

*

- Ech, to nie ma sensu. – mruknął Simba z irytacją. – Wracamy!

Prowadził pościg lwic, ale uznał, że nikogo nie doścignie. Po dwóch dniach poszukiwań, znaleźli tylko kilka Złotych, niemal złapali dwójkę z nich, ale sprytne lwice zdołały wyrwać się z zasadzki. Więc wieczorem trzeciego dnia swoich rządów, król ocenił, że dość już poszukiwań. Sawanna była mokra, a bieganie stanowiło męcząca udrękę. W dodatku, Simba miał dość nerwów tego pościgu. Chciał odpocząć... A po kilku godzinach snu, zaszyć się gdzieś, sam na sam z Nalą, z dala zarówno od wrogiego, jak i własnego stada. Chwila spokoju... tego czego mu było trzeba.

- Jesteś pewien? – zapytała Nala, niepewnym głosem.

- Tak, kochanie. – odparł król. – Nie wiem, co zrobiły ci te lwice, że tak się na nie uwzięłaś, ale obiecuje, że jeśli któraś z nich wróci, nauczę ja respektu wobec królowej.

- Tak, oczywiście... – przytaknęła Nala, ale wciąż szukała wzrokiem niewidocznego wroga. – Dziękuję.

Simba zatrzymał się i zwrócił ku partnerce. Polizał jej policzek i szepnął.

- To już przeszłość... Tylko przeszłość. Nie wróci już nigdy.

Potem odwrócił się ku reszcie lwic, przebiegających obok i zaryczał. To był sygnał do odwrotu. Więc cała drużyna z Lwiej Skały ruszyła ku domowi. Złote były bezpieczne... na razie.

*

- Mamo? – zapytała Hawaa, kiedy grupa Simby wchodziła do jaskini.

- Tak, moja droga? – Kilia od razu zaczęła myć córkę językiem.

- Czy skończyliście już polować? – kotka spojrzała na lwice dociekliwym spojrzeniem.

- Póki co, tak. – odparła matka, dziwiąc się ciekawości córki.

- Ale nie widzę tu cioci Ziry i pana króla... – Kilia natychmiast zasłoniła usta Hawy własną łapą. – HMM? – wymamrotała kotka. – Mamo, co ty robisz? – powtórzyła, gdy lwica puściła ją.

- Ciszej, moje dziecko. – szepnęła ta. – Musisz mnie uważnie posłuchać. – Schyliła się ku uchu córki. – Mamy teraz nowego króla.

- Ale co się stało z panem Skazą? – zapytała kotka, przestraszonym głosem. – Gdzie się podziały te śmieszne pieski, który żyły obok domu?

Kilia chwyciła córkę w zęby i ruszyła ku wyjściu. W progu niemal wpadła na wchodzącego Simbę. Lwica pochyliła głową, a Hawaa zapytała nieśmiało.

- Cześć! Nie znam cię. Ale może wiedz gdzie są... – urwała, gdy poczuła, iż matka trzęsie nią gwałtownie. – Mamo, to boli! – pisnęła.

Ale Kilia tylko ruszyła po klifie ku tylniej jaskini Lwiej Skały.

- Mamo! – szepnęła Hawaa. – Czy to nie jest jaskinia króla Skazy i cioci Ziry? Mogę się obrazić, jeśli tam wejdziemy.

Lwice jednak weszła bez wahania i położyła córkę na królewskim łożu. Spojrzała w oczy kotki.

- Wybacz, kochanie, ale to było konieczne. – powiedziała. – Musze wytłumaczyć ci kilka rzeczy... – westchnęła, nie wiedząc, od czego zacząć. – Król odszedł.

- Gdzie odszedł? – zapytała Hawaa.

- Bardzo daleko. I królowa Zira też... razem z hienami.

Źrenice kociaka rozszerzyły się, a Kilia dostrzegła wzbierające łzy.

- Ale... ciocia Zira nie poszłaby nigdzie, nie żegnając się ze mną! Nie, nie wierzę w to! Nie wierze, że poszła bez Nuki!

- Nuka tez musiał odejść. – powiedziała Kilia, czując chłód w gardle. Nie zdawała sobie wcześniej sprawy, jak bardzo jej córka zżywa się z wygnańcami.

- JA CHCE SIĘ BAWIĆ Z NUKĄ! – załkała Hawaa i wybuchła płaczem. Lwica przytuliła dziecko i znów westchnęła. Nie wiedziała, co mówić dalej.

- Moja kochana... Musieli stąd odejść, bo Skaza zrobił coś bardzo złego.

- Nie prawda! Był dla nas taki dobry! – Kilia nie odpowiedziała, czekając, aż jej córka skończy płakać. – A jeśli nawet, to dlaczego poszła też ciocie Zira i Nuka? – spojrzała w oczy matce i powiedziała z niespodziewaną powagę. – Ale jak to było możliwe? Pan Skaza jest naszym królem i to on ocenia, czy ktoś zrobił dobrze, czy źle! – jednak zaraz potem znów zaczęła łkać.

- Mamy teraz nowego króla. – powiedziała lwica. – Ma na imię Simba.

- JA NIE CHCĘ SIMBY! – krzyczała Hawaa. – JA CHCĘ PANA SKAZĘ, CIOCIE ZIRĘ I NUKĘ! – a potem dodała ciszej. – No i tego miłego pieska, który cały czas się uśmiechał.

- Ciszej, dziecko... proszę! – jęknęła Kilia i zaczęła lizać córkę.

Po kilku minutach zmęczona kotka usnęła. Więc Kilia chwyciła ją w zęby i ostrożnie wyniosła z jaskini. Sakia mogła więc już wstać.

Lwica była tam przez cały czas, schowana za łożem zmarłego króla. Przyszła nad ranem, aby ukryć swój własny płacz i kryła się nadal, kiedy zjawiła się matka  z córką. Słuchała, a jedyną rzeczą, na jaką miała ochotę, to dołączyć do łkania dziecka. Kotka wyraziła dokładnie to, co kryło się w sercu lwicy. Z jedną tylko różnicą – ona miała odwagę krzyczeć głośno, a Sakia dusiła skargi w sobie. „O, Skazo!” jęknęła w myśli. „Zasłużyłeś na lepszych poddanych ode mnie!” Wstała, dyskretnie polizała łoże zmarłego monarchy i wyszła z jaskini. Ktoś mógł zauważyć jej nieobecność.

*

Nuka leżał w jamie, przytulony do Vitani. Jedyną lwicą, która z nimi została, była stara Rama, strzegąca królewskich kociąt. Ale i ona była tak cicha, że syn Skazy czuł, jak jego opiekunka drży w duchu.

- Czemu milczymy? – zapytał szeptem.

- Aby oni nas nie usłyszeli. – odparła Rama. Nuka postanowił nie drążyć tematu, kim są owi <oni>, tylko zadać następne pytanie.

- Gdzie jest mama?

- Wróci niebawem. – odparła Rama, wzdychając i przytulając Nukę i śpiąca Vitani. – Szuka pomocy. Będzie, kiedy znajdzie kogoś, kto nas ochroni.

- Czyli nie wracamy na Lwią Skałę? – dopytywał się lewek.

- Nie. – potwierdziła lwica. – Przynajmniej nie teraz.

- Ale... – to było już zbyt wiele dla kociaka. – Musimy tam iść po Yaktę i Hawę! Nie możemy ich zostawić na pastwę tych brutali, którzy zabili tatusia! – jęknął i rozpłakała się.

- Cicho, mój mały! – szepnęła lwica ze strachem. – CICHO! Oni mogą usłyszeć! – płacz zamilkł, jak ucięty nożem. – Przepraszam, ale musimy uważać. Kiedy wasza mama przyprowadzi pomoc, wrócimy na Lwią Skałę i odbijemy Hawę i Yaktę. Ale teraz, musisz być dzielny i nic nie mówić.

Nuka pokiwał głową i mocnej przytulił się do łapy lwicy. Chlipał jeszcze kilka minut, po czym zasnął, niespokojnym snem. Rama odetchnęła z ulgą, ale zaraz znów pogrążyła się w przerażających rozmyślaniach.

„O, Gwiazdy!” modliła się w duchu. „Pomóżcie Zirze! Pomóżcie nam wszystkim! Potrzebujemy cudu i to szybko. Królowie Przeszłości... ratujcie nas!”

Tarki stał tuż obok, choć oczywiście Rama nie mogła go widzieć. Podszedł do leżących i usiadł, wpatrując się w załzawione oczy lwicy. Podparł głowę łapą i mruknął.

- Łatwo mówić, paniusiu... trudniej zrobić. Jeśli masz jakieś pomysły, słucham uważnie.

Na zewnątrz znów lunął deszcz.

*

Ciężkie krople deszczu obudziły śpiące lwy. Pierwszy otworzył oczy Amini... aby zaraz uznać, że nadal śni. Przed sobą ujrzał najpiękniejszą lwicę, jaką kiedykolwiek widział. Pomimo deszczu... a może dzięki niemu jeszcze bardziej... futro nieznajomej zdawało się lśnić czystym złotem na tle szarozielonej trawy. Widział jej idealne rysy twarzy, pełne zdecydowania spojrzenie i tajemnicze, czerwone oczy, które wpatrywały się w niego z wyrazem ciekawości... i nadziei? Amini, jako wędrowny lew, wypędzony z własnego stada, nie miał pojęcia, czego może oczekiwać od niego ta niezwykła lwica. Nieśmiało otworzył usta i zapytał.

- Kim jesteś, pani?

Oblicze nieznajomej było wykrzywione ze zmęczenia i wysiłku, ale na głos lwa, uśmiechnęła się nieznacznie. Amini aż wypuścił powietrze z płuc.

- Kimś, kto potrzebuje waszej pomocy. – wyznała lwica. – Wszystkie potrzebujemy waszej pomocy.

Dopiero teraz lew dostrzegł, że złotofutra piękność nie przybyła sama. Za nią stała grupa lwic, równie zmęczonych i niespokojnych. Niektóre z nich były poranione, ale wciąż gotowe, aby w razie potrzeby skoczyć przyjaciółce na pomoc.

- Niech mnie ubiją! – ziewnął Horen. – Najpierw susza, potem powódź. Krąg Życia wymaga jakiegoś wycentrowania. – wędrowny lew otworzył oczy, aby ujrzeć dziewięć lwic, stojących na szczycie wzgórza. Natychmiast wstał i odwrócił się ku nowoprzybyłym. – Daki, Laki... wstawajcie. – syknął.

Złota lwica podeszłą do wędrowców, stając tuż obok najmłodszego z lwów. Spojrzała badawczo na drużynę, skupiła spojrzenie na Horenie, potem znów zwróciła się do Aminiego.

- jestem Zira, królowa Złotych Piasków i Lwiej Skały. A to moje stado. – wskazała na przyjaciółki za jej plecami.

- No to fajnie. – odparł rudogrzywy. – My jesteśmy drużyna Wietrznych Wędrowców, a ja nazywam się Horen. Co was tu sprowadza?

- Jestem Amini, moja pani! – dodał młodszy lew. Lwica uśmiechnęła się.

- Nie wiem, Horenie, kto tu rządzi, ale to Amini ma maniery godne przywódcy...

- Prowadzi nas Horen, pani. – powiedział Amini pokornym głosem.

Bliźniaczo podobne lwy wstały i spojrzały na gości.

- Spójrz, Laki. – mruknął Daki.

- No, całkiem miła pobudka. – odparł Laki, patrząc na lwice.

- No tak... – dodał Horen. – To są bracia, Daki i Laki. Skoro się już znamy, to może zdradzisz nam, czego szukasz?

Amini rzucił wściekłe spojrzenie na wodza, potem znów spojrzał na Zirę.

- Co się stało? Widzę, że niektóre z was są ranne... – spostrzegł ranę na uchu Ziry i inne obrażenia Złotych Lwic. – Jak możemy wam pomóc?

Deszcz wzmógł się, a trawa pod ich stopami powoli zmieniał się w błoto. Na twarzach nowoprzybyłych malowało się wycieńczenie. Tylko Zira stałą prosto i pewnie, acz w jej oczach uważny obserwator dostrzegłby błaganie od choć godzinę snu.

- Chodźmy się gdzieś schronić. – zarządził Horen. – A ty... – mruknął do Ziry. – Powiedz coś więcej.

Tak więc mieszana grupa lwic i lwów ruszyła w dół zbocza. Niedaleko od szczytu rósł samotny baobab, który nie wiedzieć czemu, zdobył krajobraz na takiej wysokości. Więc powoli, lwice z ogólnego wyczerpania, a lwy z lenistwa, szli pod rozłożyste konary drzewa. Już na miejscu stłoczyli się na niewielkiej, osłanianej od deszczu przestrzeni, a Zira, Horen i Amini podeszli do samego pnia. Królowa wdrapała się do sporej szczeliny w  drewnie i stamtąd spojrzała na wędrowców.

- Wiec... przybyłyśmy tu, aby znaleźć pomoc. Wierzę, że Gwiazdy kierowały naszymi krokami, bo natrafiłyśmy na was tak szybko.

- Tia... – przerwał Horen. – Tylko czemu mnie Gwiazdy nie raczyły uprzedzić?

- Ciii! – syknął Amini. – Daj jej mówić. – Wodza zaskoczyła bezczelność jego podopiecznego, ale umilkł.

- Znalazłyśmy was. – ciągnęła dalej Zira. – Jesteśmy Złotym Stadem ze Złotych Piasków, ale po opuszczeniu naszej ojczyzny, udaliśmy się na Lwią Ziemię. A tam... zawarłam przymierze z mieszkańcami Lwiej Skały, poprzez poślubienie króla Skazy Mądrego. – Słysząc to, Amini nieświadomie zmarszczył brwi. – I dzięki mądrości i odwadze mojego partnera, przetrwaliśmy Wielką Suszę. Zostałam matką królewskich dzieci... – Amini niechcący świsnął wydychanym powietrzem. - ...i królową Lwiej Ziemi. Ale to wszystko skończyło się, wraz z nadejściem uzurpatora. Simba, bratanek Skazy, wróciwszy z wygnania, zabił mojego ukochanego. – Ciemny lew przełknął ślinę. – A potem złamał przymierze stad, wypędzając nas z domu szukamy waszej pomocy, aby odzyskać należne nam dziedzictwo i pomścić zmarłego króla... – dodała cichszym i błagalnym głosem. – Musimy wrócić na Lwią Skałę. Mamy na utrzymaniu dwójkę królewskich kociaków, a jedna z naszych sióstr jest trzymana jako zakładniczka. Proszę... pomóżcie nam!

Amini wpatrywał się w oczy Ziry, ale Horen i bracia spoglądali na siebie niepewnie.

- Czy nagroda jest standartowa? – zapytał Daki

- Ręka królowej i pół królestwa? – dodał Laki i odwrócił się ku bratu. – Jejku, to kiepski interes. Po jednej ósmej królestwa na łepka.

- No i trzeba by podzielić królową... – dodał Daki. Bliźniacy wybuchli, jak na komendę, radosnym śmiechem, choć dwa dyskretne kopniaki autorstwa Aminiego szybko ich uciszyły.

- Wiem, że to trudne zadanie. – powiedziała Zira, spoglądając na Horena. – I nie mogę wam obiecać niczego, poza jednym. Prawdziwym domem.

Wędrowcy spojrzeli po sobie, nawet Amini oderwał wzrok od królowej i zwrócił się ku przywódcy. Horen poczuł niepokój. Był wściekły, że lwice naciskały na niego i jego kompanów, ale z drugiej strony, słowa <dom> szarpnęło dawno zaśniedziałą strunę w jego duszy. Od kiedy został wygnany z własnego stada („Och, Gwiazdy, kiedy to było? Trzy lata temu?”), nie słyszał tego wyrazu. Miejsce, które było jego miejscem? Dla wędrowca i wygnańca była to kusząca obietnica.

- Horen! Czy nie tego właśnie szukaliśmy? – szepnął Amini.

- Pomóżcie nam przywrócić sprawiedliwość i zdusić bunt. – dodała Zira. – A będziecie żyć z nami, jako dobroczyńcy i obrońcy stada.

- Proszę... – jęknęła Doria, wpatrując się w oczy Horena.

- Musimy... się naradzić. – oznajmił wódz i skinął głowa na kompanów. – Panowie, na zewnątrz! – rozkazał.

Czwórka lwów wyszła spod baobabu i odeszła koło stu metrów od drzewa. Deszcz niemal przestał padać, więc spacer nie był aż tak nieprzyjemny. A propozycja lwic rozgrzała serca i umysły wędrowców. Usiedli w kręgu na błotnistej trawie i zaczęli chaotyczna naradę.

- Słyszeliście? – wykrzyknął Amini. – Właśnie na to liczyliśmy, co nie?

- Szefie, te panienki są na prawdę cudowne. – uśmiechnął się Daki.

- A i ta skalna chałupa niczego sobie... przynajmniej widziana z tej odległości. – zauważył Laki.

- Poprosiły nas... musimy pomagać lwicom w potrzebie. – dodał Amini.

- Cisza! – huknął Horen. – Panowie, spokojnie! – ale w jego własnym głosie brzmiało podniecenie. Podniósł łapę, aby skupić uwagę kompanów. – Musimy myśleć logicznie. Spójrzcie tylko. Są tak zdesperowane... Tak! – zwrócił się ku Aminiemu, który chciał mu przerwać. – Są zdesperowane. Widziałem ich rany i strach. Są wyczerpane, obolałe i przybite utratą przyjaciółki. Jeśli to, co mówi, ta tak zwana <królowa>...

- To jest królowa! – wykrzyknął Amini. – Widać to w jej oczach.

- No dobrze... – ciągnął wódz. – Gdybym był taką królową, powiedziałbym wszystko... obiecałbym każda rzecz, aby nas zainteresować i zachęcić do działania. Ale musimy zadąć jedno pytanie: w czyim interesie nadstawiamy karki?

Amini syknął, zdumiony. Patrzył ma swego przywódcę i przyjaciela, lwa którego podziwiał, od czasu kiedy ten uratował go dwa lata wcześniej. Ale wtedy lew odkrył, że dzielny i mądry Horen stał się... po prostu Horenem, bez jego aury wzoru i autorytetu.

- Horen! Nie wierzę... – szepnął czarnogrzywy. – Odmawiasz im pomocy? Na gwiazdy, to są wygnańcy! Gdzie się podziało twoje poczucie solidarności?

- Szacuje zyski. – odparł wódz. – Oraz szuka niebezpieczeństw. – zwrócił się ku braciom. – A wy... Co o tym myślicie?

- Bo ja wiem... – mruknął Daki, po krótkim zastanowieniu. – Jeśli im pomożemy...

- ...znajdziemy w końcu dom! – dokończył Laki. – Ryzykowna gra, ale nagroda wysoka.

Horen wpatrywał się w podopiecznych, zdruzgotany. Po raz pierwszy, jego decyzja została zakwestionowana. To było coś nowego i bolesnego dla dumnego lwa. Był twórcą i opiekunem drużyny Wietrznych Wędrowców. Znalazł, przygarnął i wychował trójkę wygnanych lwów, czyniąc ich, kim byli w tamtej chwili. Nie spodziewał się sprzeciwu.

- Musimy im pomóc! – wykrzyknął Amini. – To sprawa naszego honoru.

Horen uśmiechnął się gorzko. „Honoru?” pomyślał. „Czy ty wiesz, dzieciaku, czym jest honor? Czym jest honor dla wyrzutka? Może ta <królowa> wie, ale my nie. Jesteśmy wędrowcami... szukającymi... Czego my właściwie szukamy?” zapytał bezgłośnie i odkrył, że w jego duszy jakiś głos woła, aby pomógł Zirze.

- Cóż... – powiedział powoli. – Załóżmy, że się zgodzimy. Ale co dalej? Nie wiemy, przeciwko komu stajemy, ani... – nie zdołał dokończyć, bo Amini rzucił mu się na szyje i ścisnął z radością.

- Wiedziałem, że się zgodzisz! – zawołał, niczym mały kociak. – Wreszcie znaleźliśmy dom! – odwrócił się ku bliźniakom. – Chodźcie, powiemy Zirze, że wchodzimy w to!

Po czym ruszył ku baobabowi, a bracia pobiegli za nim.

„Demokracja to wróg rozsądku.” Mruknął Horen i niechętnie podążył za przyjaciółmi.

*

O zmierzchu cała grupa schodziła ze wzgórz, ku kocięcemu schronieniu. Bliźniaki rozmawiały z lwicami, które wyraźnie były zachwycone nowoprzybyłymi, a Amini szedł na przedzie z Zirą. Horen wlókł się na końcu, obserwując ze strachem, jak urok samic opanował jego drużynę.

- Ten chłopak wpadł po same uszy! – mruknął, widząc Aminiego, adorującego królową wzrokiem.

- A więc, moja pani... – mówił czarnogrzywy lew z szarmanckim uśmiechem.

- Moja pani? – zdziwiła się Zira. – Miło to słyszeć, ale nie obrażę się, jeśli od czasu do czasu, nazwiesz mnie po prostu <Zirą>. – uznała królowa.

- Więc... Ziro... – powiedział Amini, jakby upajając się samym dźwiękiem tego imienia. – Dokończysz swoją opowieść? Chciałbym wiedzieć o tobie jak najwięcej... no wiesz... żeby wiedzieć, jak mogę pomóc.

Zira już wcześniej wyczuła te zauroczone spojrzenie. „W co ja się wpakowałam?” pomyślała. „Czy mam prawo wykorzystać jego i jego przyjaciół? Skazo, co mam robić?” znów spojrzała na lwa, aby stwierdzić, że czarnogrzywy jest na prawdę przystojny. „Słodki facet... i ma chyba dobre serce. Nie powinnam go w to wciągać. To nie jego bajka.” Ale zaraz odpowiedziała, gdyż Amini czekał.

- To długa historia, a najważniejsze jej wydarzenia już wam streściłam. Życzysz sobie więcej szczegółów?

Lew spuścił wzrok ku ziemi i odparł niepewnym głosem.

- Nie... nie mów, chyba że sama chcesz. Bardzo mi przykro, z powodu twojego partnera. – dodał ciszej. Zira zmarszczyła brwi, ale po chwili się uśmiechnęła.

- Dziękuję... – odparła ze szczera wdzięcznością. – Masz rację. To spadło na mnie tak szybko, że wciąż nie mogę w to uwierzyć. Wybacz mi, moje szorstkie zachowanie. Od tamtego czasu czuje się jak ktoś zupełnie inny. Jakby... – zamilkła na chwilę, niepewna, czy może podzielić się ta myślą. Ale zachęcające spojrzenie Aminiego przemogło. – Jakby stara Zira umarłą tamtej nocy, a nowa jeszcze się nie narodziła. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek się narodzi.

- Nie wiem, co powiedzieć. – mruknął ciemny lew. – Jestem pewien tylko jednego: jeśli będę w stanie ci pomóc, zrobię to.

Zira, nie zwalniając, nachyliła się do jego ucha i szepnęła.

- Dziękuję, Amini. Już pomagasz.

*

- Tak... – mruknął Tarki, spoglądając na ten dziwaczny kondukt z nieba. – Skaza powinien być zadowolony. Znalazłem Zirze opiekuna, a być może i nowego partnera, tak jak mój bratanek chciał. – zastanawiał się chwilę, obserwując czarnogrzywego lwa. – Oczywiście, pod warunkiem, że on ją przekona, aby zaniechała swej zemsty. Musimy przywrócić sprawiedliwość i ład, ale nie siłą. – skierował swe oczy ku wyższemu firmamentowi, gdzie zostawił śpiącego Skazę. – Mój chłopcze, pokażę ci, jak załatwiamy takie sprawy na górze. Mawiamy, że sprawiedliwość zawsze zwycięża i zwycięża szybko... Tylko, że jako Królowie Przeszłości, mierzymy czas pokoleniami.

Logowanie

Cytaty

- Cii! To sekret. Asante sana, zjem banana, we we nugu mi mi apana.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że ty jesteś pawianem, a nie ja! Ha, ha, ha!