Królowa Piasku-II

02 – Gloria victis


A więc Skaza był martwy.

Gdy noc okryła Lwią Ziemię deszczowe chmury rozstąpiły się, a niebo rozbłysło tysiącami gwiazd. Zira biegła przez mokrą sawannę, rozpaczliwie usiłując wypatrzyć na horyzoncie lwice ze Złotego Stada. Ale wydawało się to beznadziejne – one wciąż pewnie błąkały się po zachodnich obrzeżach, wysłane przez Sarabi. Tak, lwica wybrała doskonały moment na zamach stanu – król był osamotniony i odcięty od wszelkiej pomocy. Zira musiała przeszukać olbrzymi obszar równiny, aby znaleźć swoje przyjaciółki. Nie wiedziała co robić, więc zdała się na instynkt. Przymknęła oczy i pędziła za głosem serca.

„Królowie Przeszłości... ratujcie mnie!” wyszeptała w myślach. „Skazo, kochany, pomóż mi!”

Miała szczęście, gdyż tylko cudem minęła w ciemności patrol Lwioziemców, prowadzący na wygnanie Shakisę. Shakisa miała pecha, gdyż nawet nie domyśliła się, że jej siostry mogą zbierać siły do kontrataku. Potulnie poddała się wyrokowi i zgodnie z rozkazem, opuściła swą ziemię. I gdy była żegnana przez groźne pomruki lwic na północnej granicy, Zira pędziła na zachód. Kiedy już deszcz przestał padać, a gwiazdy zabłysły, te wciąż nie mogły wskazać królowej jej drogi. Niemal do świtu, Zira gnała na oślep i na próżno. Wciąż biła się z przytłaczającymi myślami.

„On nie żyje. On nie ŻYJE! ON NIE ŻYJE!” powtarzała łamiącym się głosem. W ciągu jednej doby cała jej życie legło w gruzach. Zmieniło się z ciężkiej, ale chwalebnej roli królowej do losu wygnańca. Ale nawet ta świadomość nie zmąciła myśli lwicy. Myślała z żelazną logiką.

„Muszę znaleźć moje siostry, przekazać im, co się stało i wracać do Nuki i Vitani... jak najszybciej!” myślała trzeźwo, ale i niespokojnie. Straciła już partnera. Utrata dzieci nawet nie mieściła jej się w głowie. Musiała zrobić coś, aby...

- RAMA! – wykrzyknęła Zira, głosem pełnym nadziei i ulgi, gdy na wzgórzu ukazała się dobrze znana sylwetka. Lwica spacerowała beztrosko, ale gdy tylko ujrzała królową, rzuciła się na nią ze śmiechem.

- Zira! – krzyknęła. – Deszcz, moja pani! Jesteśmy uratowani! – Zira podbiegła do przyjaciółki, a ta objęła ją w nagłym przypływie radości. „Spójrz! Woda! Skaza uratował nas wszystkich! – wybuchła kocięcym śmiechem.

- Skaza nie żyje. – wyjąkała królowa, oswobadzając się z uścisku Ramy. Ta zastygła w szoku i spojrzała na władczynie przerażonymi oczyma.

- Ale... jak to?! – powtarzała, zdruzgotana. – Co czym ty mówisz?

- Uspokój się! - krzyknęła Zira, sama niepanująca nad sobą. – Musisz mnie wysłuchać... błagam! – dokończyła niemal chlipiąc. – Był bunt na Lwiej Skale. Simba wrócił z wygnania i zabił Skazę. Hieny zwróciły się przeciwko nam. Oni chcą nas zabić! – Rama usiadła bezwładnie na ziemi, trzęsąc się na całym ciele. Chciała coś powiedzieć, pocieszyć królową, ale ta wciąż mówiła. – Moja droga... musisz zrobić dokładnie to, co powiem. Znajdź nasze lwice i skieruj je do kryjówki kociąt. Tam wciąż są Nuka, Vitani i Yakta. Ja muszę wracać, tak szybko, jak mogę.

- Tak jest, pani! – odparła Rama, odzyskując zimną krew. Nie miała pojęcia kim jest ów „Simba”, ale wiedziała, że było zbyt mało czasu na pytania.

- Idź już! – krzyknęła Zira. – Znajdź Złote i ostrzeż je przed Lwioziemcami. Potem idźcie do kryjówki.

Zanim lwica zdołała zadać królowej choć jedno pytanie, została sama na błocie sawanny. Zira już pędziła ku swoim dzieciom. Tak więc Rama odwróciła się ku zachodowi i rozpoczęła swoją wędrówkę.

- Co się stało? – pytała nocy. – Wszystko szło tak dobrze, deszcz nadszedł... Przeżyliśmy! A Skaza nie żyje? Gwiazdy, miejcie nas w opiece!

*

Nuka płakał, jakby już wiedział, co zaszło.

- Mamo, wybacz... – jęknął, kiedy Zira weszła do jamy. – Powiedziałem ci za późno!

Lwica nie pytała o nic, tylko przytuliła syna i śpiącą córkę. I tak trwali przez kilka godzin, aż Nuka usnął, a niespokojny oddech Vitani zwolnił. Dotyk dzieci uspokoił także samą Zirę i zmusił ją znów do logicznego myślenia. Choć była w szoku, zdała sobie sprawę, ile od niej zależy. Była odpowiedzialna nie tylko za dzieci, ale także za całe stado. Ta myśl wygnała ostatnie płomyki paniki z jej umysłu. Znów była „Żelazną Zirą”, lwicą która przeprowadziła swój lud przez pustynię. Dziś, zamiast pustyni mierzyła się z furią Lwioziemców, ale cel był podobny – przetrwanie.

„Nie wolno mi płakać!” pomyślała. „Jeszcze nie. Mam zadanie do wykonania.”

Kiedy pierwszy promień słońca padł na sawannę, obudziła Nukę.

- Mój malutki... – szepnęła cicho, aby nie przeszkadzać Vitani. – Muszę iść na polowanie.

- Ale przecież Sarabi nam przyniesie... – zbaczał kociak, ale zaraz przypomniał sobie dramat nocy. – Nie, nie przyniesie. Musisz iść.

- Nuka, zostań tu i bądź cicho. Mogą tu przyjść złe Lwice z Lwiej Skały.

- Te, które zabiły tatusia? – zapytał lewek, zaspanym głosem.

Zira zamarła w zdumieniu. Skąd on mógł domyślać się tego? Ale zmusiła się, aby mówić dalej, ciepłym i spokojnym głosem.

- Tak, musimy wystrzegać się Lwioziemców. Reszta stada będzie tu już niedługo, a wtedy wszyscy będziemy bezpieczni.

- Mamo! – jęknął Nuka, który wydawał się być już na dobre rozbudzony. – Ty też musi uważać. Oni chcą skrzywdzić ciebie, przede wszystkim.

- Ciii! Nic mi nie będzie. – odparła. – Ale musze zdobyć cos do jedzenia. Bądź dzielny, Nuka. Pamiętaj, że jesteś synem Skazy!

Polizała jego twarz i pocałowała otwarte usta córeczki. Potem stała i wybiegła na sawannę. Choć była wyczerpana, pędziła szybko. Jej dzieci potrzebowały mięsa, jej dzieci musiały babrać sił, przed ucieczką. Bo Zira była pewna, że niedługo będą musieli uciekać.

*

- No i co teraz? – zapytała Sarafina.

Lwice leżały w głównej Grocie Królewskiej, pomiędzy resztą stada. Świt zbliżał się szybko, a one były przestraszone jego światłem. Bo za dnia należało coś zrobić. Co?

- Nie wiem, Sarafino! – odparła Sarabi szczerze.

- Simba nawet nie wie o istnieniu Złotych... a oni nie wiedzą nic o Simbie. Musimy to wykorzystać, zanim wrócą.

W głosie Sarafiny brzmiał strach, zmieszany z żalem. Lwica wiedziała, że zaczęły coś... większego, niż chciały zacząć. Śmierć Skazy i wygnanie Shakisy stanowiły jedynie początek. Od tamtej nocy, stada musiały stać się sobie śmiertelnie wrogimi.

- Nala powinna poradzić Simbie, aby znalazł i... – zamilkła na chwilę, szukając odpowiedniego słowa. - ...zneutralizował tych przybłędów.

- Sama mu powiedz. – odparła Sarafina. – Simba jest twoim synem. – zauważyła.

- Ale i królem! – powiedziała Sarabi. – Nie możemy mu rozkazywać. To musi być jego wolą. – znów cisza zapadła w jaskini.

- No więc... – odezwała się w końcu niepewnym Sarafina. – Czy powiemy Simbie... całą prawdę?

- A cóż to jest prawda? – zapytała królowa-matka. – Że król ma na głowie co najmniej dziesięć lwic, które mogą spróbować pomścić Skazę? Nie tego się spodziewał, wstępując na tron.

No tak... zgodnie z opowieścią Nali, Simba zdetronizował nie króla, a tyrana. W jej opowieści, Skaza był władcą szalonym i niekompetentnym, wszyscy mieszkańcy Lwiej Ziemi z niecierpliwością czekali końca jego rządów. Ale przecież nie było to prawdą. Sarabi i Sarafina wiedziały, że Złote Stado było gotowe do walki o dziedzictwo martwego króla, zwłaszcza jeśli przewodzić im będzie...

- Zira! – syknęła Sarabi. – Zira poprowadzi je do walki. Musimy temu zapobiec.

Przez kilka minut, w ciemności jaskini nie odezwał się żaden głos, oprócz sennych oddechów śpiących lwic. Żadnego ruchu, tylko rozpaczliwe myśli zagubionych spiskowców.

- Niech Nala zadecyduje. – odezwała się w końcu Sarafina. – Teraz ona jest królową.

A więc dwie przyjaciółki ostrożnie wstały i cicho podeszły do królewskiego łoża. Po kilku dyskretnych szturchańcach, władczyni otworzyła oczy i podążyła za matką i przyjaciółka na zewnątrz.

Sakia słuchała tego od początku. Nie spała, kiedy Sarabi i Sarafina rozmawiały, więc wiedziała, co zamierzają zrobić lwice. Ale nie odezwała się ani słowem.

„Król nie żyje.” Pomyślała. „Wszyscy go zdradzili... ja też go zdradziłam. Jesteśmy zgubieni.” Wybuchła cichym płaczem. “Panie... wybacz mi, jestem zbyt słaba!”

*

Skaza unosił się bezwładnie, w jakimś ciemnym miejscu. Wiedział, że nie żyje, ale to wcale nie ugasiło jego cierpienia. Ból ran znikł, ale zaczął go szarpać ból serca. Prześladowały go straszne obrazy umierającej Ziry i jego dzieci. Czuł przygniatający ciężar odpowiedzialności, za bliskich, pozostawionych na dole. Zawiódł ich.

- Nie, nie zawiodłeś. – powiedział dziwaczny głos. Martwy król słyszał go jednocześnie uszami, jak i całym ciałem. Już miał zapytać, kto do niego mówi, ale rozmówca odezwał się pierwszy.

- Nie mów nic... Jesteś w szoku, nic z resztą dziwnego. Przeszedłeś... na drugą stronę. Unosisz się ku niebu.

- Ja? – zdumiał się w myślach Skaza. – Ja miałbym być Królem z Firmamentu? Ja, który zawiodłem stado i rodzinę?

- Dosyć! – ryknął tajemniczy głos. Miał w sobie coś z dźwięku dorosłego lwa, ale jednocześnie przypominał pisk kociaka. W każdym razie, był potężny i przejmujący. – Zginąłeś jak bohater, ratujący stado i rodzinę. Będziesz jasną gwiazdą nieba, niezależnie od twojego obecnego jęczenia.

- Zira... – wyszeptał Skaza i otworzył oczy.

Ale zrozumiał, że nie ma już oczu.

Patrzył na świat z cienistego ciała ducha. Nie dostrzegał żadnych szczegółów, bo wokół było ciemno. Raczej czuł, niż widział, a czuł, że powoli wznosi się ku niebu.

- Spokojnie! – poradził...

...kociak? Obok zmarłego króla unosił się zielonooki lewek o ciemnym futrze i dobrze znanych rysach twarzy.

- Ojcze?! – wyjąkała Skaza ze zdumieniem.

- A skąd! – zaprzeczył kociak. – Nie jestem twoim ojcem... a stryjem. Jestem Tarki, syn Mohatu i Zauditu. Jestem twoim opiekunem. – Lewek dostrzegł wyraz niedowierzania na twarzy Skazy. – Nie pytaj o zbyt wiele, wiedza sama przyjdzie z czasem. Teraz... musisz mi ufać. Zaopiekują się twoją partnerką i dziećmi. Właściwie, zawsze chciałem ich poznać osobiście, ale poczekam... – wybuchł napadem kocięcego śmiechu. – Kapujesz? Osobiście! Ja, duch! – ale spostrzegł, że martwy król był zbyt zszokowany, aby docenić żart. – No dobra... przepraszam. Będę chronił ich przed stadem Simby.

- To jest moje stado! – uściślił odruchowo Skaza.

- Tak jest... ale znajduję się chwilowo pod zarządem twojego bratanka.

- Zira jest królową! – jęknął Skaza, usiłując spojrzeć na ziemię. Nie było to łatwe, bo cały świat wirował wokoło, przyprawiając martwego lwa o mdłości. „Czy zmarły może mieć mdłości?” zastanawiał się Skaza.

- Zamknij oczy i... nie myśl o niczym. – rozkazał Tarki. – Teraz odchodzę, ale tylko, aby pilnować twoich bliskich. Wrócę niebawem. Zgoda?

Skaza nie odpowiedział. Znów zapadł się z smolisto-czarną dziurę, bez światła, dźwięki, czy nawet myśli. Bycie martwym okazało się niełatwym zadaniem.

*

Pierwszy dzień nowej władzy zapowiadał się dziwacznie.

Oczywiście, musiał być inny niż poprzednie, gdyż zmieniła się pora roku. Deszcz uderzał w ziemię z rozpaczliwą mocą, jakby chciał odpokutować wcześniejsze zaniedbania. Sawanna stawał się kałużą błota, ale lwice, które od niemal trzech lat żyły w ciągłym pragnieniu, tylko radowały się z tej anomalii. Simba stał na tarasie Lwiej Skały i ze zdziwieniem patrzył na stado, tańczące i tarzające się w kałużach.

- Nala... – szepnął do partnerki. – Czy to... normalne?

Nowa królowa uśmiechnęła się i polizał czoło króla.

- Oczywiście, Simba... Cieszą się z twojego powrotu i deszczu. Ty... – na sekundę zawahała się, walcząc z sobą. - ...uratowałeś nas.

Lew spoglądał na królestwo z obawą. Susza i ogień zniszczyły niemal całe bogactwo ziemi, a Simba nie miał pojęcia, jak przywrócić życie sawannie. Już miał podzielić się ta wątpliwością z partnerka, kiedy ta uprzedziła go.

- Simba... jest co, o czym musisz wiedzieć. – W głowie Nali błyskały obrazy z odległej przeszłości: ona ze Skazą, w tych dawnych czasach, gdy wszystko było jeszcze proste, a jej król... „Nie!” ucięła myśli. „To już przeszłość. Nie ma odwrotu. Muszę mu powiedzieć to, to radziła matka.” Więc mówiła dalej. - Skaza przywiódł tu grupę zwolenników... Nie mam na myśli hien, ale inne lwice. – Simba w zdumieniu otworzył usta. – Posłuchaj mnie... Nazywają się Złotym Stadem i są prowadzone przez lwicę Zirę. Z pewnością spróbują pomś... odzyskać władzę. – dokończyła łamiącym się głosem.

Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Ten krąg, raz zaczęty, nie zatrzymywał się sam. Wciąż domagał się kolejnych kłamstw, by toczyć się dalej. Można go było żywić... lub wyjawić prawdę. Całą prawdę.

- Ale czemu? Kim one są? – wyjąkał król.

- To nie jest najważniejsze! – przerwała Nala. – Musimy zatrzymać je, jak najszybciej. Proszę, rozkaż lwicom znaleźć i przechwycić tych obcych...

Król był dezorientowany, ale starał się myśleć logicznie.

- Ile ich jest? Jeśli podzielimy siły, mogą nas pokonać.

- One same są rozproszone. – wyjaśniła Nala. – Są na zwiadzie na zachodnich rubieżach, w dwuosobowych zespołach. Łącznie osiem samic, nie licząc Ziry i tej, która wygnaliśmy wczoraj.

„Na Gwiazdy!” jęknął w myśli Simba. „My? Nie chciałem wypędzać tej biednej istoty... a jej dziecko...” Tym czasem Nala liczyła.

- Ale najprawdopodobniej, Zira nie może walczyć. Ma dwójkę kociaków, jednego noworodka. Osiem wyczerpanych i rozproszonych lwic... na naszą dwunastkę, pod twoim przywództwem.

- Więc... co mam zrobić? – zapytał Simba.

Nala wciąż myślała. Król nie pytał o zbędne szczegóły, wiec spokojnie układał plan walki. Dopiero teraz zauważył, że przewaga Lwioziemców jest przygniatająca. Mieli tylko jednego kociaka pod opieką (to była Hawaa, córka Kilii), a na dodatek byli w znacznie lepszej kondycji. Drużyna łowiecka ubiła dwa dni wcześniej antylopę, więc lwice zaspokoiły pierwszy głód. Złote były najpewniej wycieńczone zwiadem i...

- Wiem! – wykrzyknęła Nala. – Wiem, gdzie się zamierzają zebrać! – wskazała łapą kierunek kocięcego schronienia. – Musimy dotrzeć tak jak najszybciej i wyłapać je, zanim połączą się z Zirą.

Simba ufał partnerce i nie pytał o szczegóły. Tylko zaryczał, aby zwrócić uwagę poddanych i powtórzył plan Nali. Polowanie się rozpoczęło.

*

- Rama! – wykrzyknęła Zira, widząc przyjaciółkę, ranną i kulającą. Stara lwica stąpała ciężko, a na jej nodze czerwieniło się głębokie cięcie. Królowa wypuściła z ust ciało schwytanej mangusty i podbiegła do rannej. – Rama! Połóż się na ziemi i... nie ruszaj się! – zbadała skaleczenie na nodze i na boku lwicy. – Nic ci nie będzie...

- Lwioziemcy! – wydyszała Rama. – Zaatakowali nas... Kazałam Dorii biec do sanktuarium... Chciałam ich odciągnąć, ale...

- Cicho, nic nie mów. – poprosiła Zira, delikatnym głosem.

- Czy Doria dotarła? – jęknęła lwica ze strachem. Była jej bliską przyjaciółką... była niemal jak matka dla młodszej samicy.

- Na pewno... Wie gdzie iść. Czekaj... – Zira podbiegła do wypuszczonej zdobyczy i przyniosła ją przyjaciółce. – Jedz, musisz odzyskać siły. – Rama niemal rzuciła się na skromny posiłek, ale po pary kęsach zamarła.

- To dla twoich kociaków. – szepnęła zrozpaczonym głosem, z ledwością powstrzymując się od wyrwania kolejnego kęsa.

- To dla mojego stada. – odparła Zira i podetknęła resztę mięsa pod pysk lwicy. – Jedz, potrzebuję cię żywej i silnej.

Gdy Rama choć trochę ugasiła palący głód, wyjaśniła, co się stało. Odnalazła Dorię, wracającą z rekonesansu i opowiedziała jej, co zaszło na Lwiej Skale. Obie ruszyły ku schronieniu, ale patrol Lwiozieców zastawił na trasie zasadzkę, jakby dokładnie wiedział, gdzie szukać ofiar. Rama rzuciła się na prześladowców, a Doria ruszyła ostrzec pozostałe siostry. Ale przez to rozdzieliła się ze starsza lwicą na dobre. Rama zdołała ujść pościgowi... ale nie bez szwanku.

- Wybacz, moja droga... ale musimy iść. – wyszeptała Zira, łamiącym się głosem. Strach o dzieci szarpał jej umysł.

- Wiem... – wydyszała Rama. – Ziro... Idź sama, zostaw mnie.

Królowa skinęła z żalem głową i ruszyła na północ. Ale po kilku krokach, stanęła, przerażona swoim zamiarem „Skaza nie zostawił nikogo! Nigdy!” pomyślała i odwróciła się ku lezącej lwicy.

- NIE! – warknęła, zdecydowana. – Nie mogę. Jesteśmy stadem.

- Ratuj dzieci. – szepnęła Rama. – Zatrzymam ich, choćby na chwilę...

Ale Zira wróciła do przyjaciółki i delikatnie popchnęła jej bok. Ta wstała niepewnie, a królowa podparła ją łapą i ciałem. Ruszyły przez sawanną, może powoli, ale szły gotowe na wszystko.

*

Tylko Sarafina i mała Hawaa zostały na Lwiej Skale. Lwica miała opiekować się kociakiem, jak to już działo się wielokrotnie w przeszłości. Sarafina była bliską przyjaciółką Kilii, a kotka nawet nazywała ją swoją ciocią. Co prawda, częściej Hawą opiekowały się Złote Lwice lub sama Zira (zwłaszcza, odkąd mała zaczęła bawić się z Nuką.), ale... wszystko się zmieniło. Starsza lwica została, aby młodsze mogły szukać Złotych razem z Simbą. „Ciekawe, czy ona rozumie, co się stało?” zastanawiała się Sarafina, patrząc na kotkę. Ta była rozkosznym maleństwem o szarym futrze i bystrych, brązowych oczach.

- Ciociu? – zapytała Hawaa. – Gdzie się podziali wszyscy? Mamusia powiedział, że idą na polowanie, ale nie widzę Sarabi, pana króla, ani cioci Ziry...

Lwica zmarszczyła brwi w zdumieniu. „Cioci Ziry?” pomyślała. „Czy ten dzieciak tak bardzo już się zżył z tymi przybłędami? Zira nie jest już <królową> a <ciocia>?!” Podeszła do kotki i pogłaskała ją po głowie.

- Wszyscy poszli na polowanie. – odparła. Hawaa była jedynym kociakiem na Lwiej Skale. Kilia odmówiła propozycji Ziry, aby zabrać dziewczynkę do schronienia, razem z Nuką. „I dzięki Gwiazdom!” pomyślała Sarafina. „Gdyby nie to, Zira miałaby teraz zakładnika!”

- A kiedy wróci Nuka? – dopytywała się Hawaa, radosnym głosem. – Wreszcie przyszła ta rzecz, zwana <deszczem>... – Lwica zamarła w zdumieniu. „To dziecko nigdy wcześniej nie widziało deszczu!” ale kotka mówiła dalej. - ...A ciocia Zira powiedziała, że Nuka wróci, jak deszcz spadnie. No to chyba już może wracać z tego... schronienia, nie?

Lwica nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zaczęła lizać podopieczną, aby chociaż ukryć zakłopotanie.

- Ale ciociu... ja już jestem czysta! – odparła kotka, próbując wyswobodzić się z objęć opiekunki. – Ja chce się bawić z Nuką!

- I będziesz. – odparła lwica. – Ale teraz musimy zaczekać... aż wrócą z polowania.

*

Polowanie zakończyło się klęską. Wszystkie Złote, ranne, wycieńczone, ale żywe, dotarły do kocięcego schronienia. Zira leżała w jamie i liczyła towarzyszki.

- Rama, Doria... Gdzie jest Shakisa? – zapytała ze strachem.

- Nie mam pojęcia. – odparła Rama. – Przecież ona została z tobą... tutaj!

- Tak, ale kazałam jej dołączyć do mnie na Lwiej Skale... – nagle zrozumiała, w jakim niebezpieczeństwie znalazła się jej przyjaciółka. – Na Gwiazdy! Wzięła ze sobą Yaktę! Jeśli zaczną ją ścigać, nie ma szans uciec!

Lwice spoglądały na siebie w ciszy. Żadna się nie odezwała, ale wszystkie czuły, że straciły siostrę. Tylko...

- Musimy biec na Lwią Skałę! Musimy ją uratować! – jęknęła Doria. Ale w następnej sekundzie spojrzała na zgromadzone lwice. Wszystkie były ranne, zmęczone i obolałe. Przedstawiały wartość bojową plutonu surykatek. – Ale... nie możemy, tak?

Kilka Złotych wybuchło płaczem. Tego było zbyt wiele – śmierć króla i dobroczyńcy, wygnanie z domu, utrata przyjaciółki. Susza skończyła się, ale prawdziwe piekło dopiero miało się rozpocząć. Zira również chciał płakać, ale je oczy były suche. Błagała więc jedynie w myślach. „Skazo, udziel nam swojej mądrości.”

- Słuchajcie! – zawołała. – Musimy wrócić na Lwią Skałę, aby odzyskać dom i pomścić naszego ukochanego monarchę... Ale nie zdołamy tego dokonać dzisiaj, w takim stanie. Musimy zwyciężyć, a teraz nie zdołamy. – lwice pokiwały głowami. Patrzyły z szacunkiem na przywódczynię, która nawet w takim momencie potrafiła zachować ducha walki. – Musimy znaleźć pomoc... Miejsce, gdzie wypoczniemy oraz sojuszników. Sądzę, ze możemy zrobić tylko jedno... – Słuchaczki zamarły, czekając na decyzję władczyni. – Musimy znaleźć grupę wędrownych lwów. Niech zaopiekują się nami, dopóki nie wyzdrowiejemy i niech nauczą nas walczyć... A może nawet namówimy ich, aby nas wspomogli. Wiem, że nie tego was uczono... Wiem, że stado powinno załatwiać swoje sprawy samo... ale nasza sytuacja jest krytyczna. Potrzebujemy pomocy i mam nadzieją, że Gwiazdy się nad nami zlitują.

Nie pozostało już nic do dodania.

Lwice legły na ziemi, do niespokojnego snu. Zmęczenie szybko pozamykało im oczy i po chwili już tylko Zira czuwała nad własnym stadem. Tuliła do piersi Nukę i Vitani, a sama wpatrywała się w południowy horyzont, skąd spodziewała się ataku. Ale żaden Lwioziemiec nie nadszedł.

„Może masz już dość, Simbo?” pomyślała Zira. „Dość zadawania cierpienia i zabijania? Co uczyniło cię tak zachłannym i bezlitosnym? Wydajesz się kopią Mufasy z opowieści Skazy... O, Skazo! Co my bez ciebie poczniemy?!”

Zmierzch zmienił się w noc, ale chmury wciąż przykrywały gwiazdy na firmamencie. Więc Zira trwałą sama, pozbawiona nawet tej świetlnej formy obecności swego partnera.

- Wiem... – szepnęła w ciemność. – Pozostałą już tylko jedna rzecz, która możemy zrobić. Mój najdroższy... tak samo, jak cię kocham, tak pragnę zemsty!

*

Wysoko nad nią, duch zmarłego króla wołał z gwiazd. Usiłował przekazać partnerce, ze nie zależy mu na zemście, że chce, aby Zira wpierw zatroszczyła się o siebie i dzieci. Ale chmury, zarówno te na niebie, jak i chmury nienawiści, w sercach obydwu stad, tłumiły te krzyki. Gwiazdy wołały, ale nikt nie ziemi nie potrafił ich usłyszeć.

Logowanie

Cytaty

Wszyscy jesteśmy złączeni w wielkim kręgu życia.

-- Mufasa